O kaskach rowerowych, czyli państwo nie jest naszym właścicielem

O kaskach rowerowych, czyli państwo nie jest naszym właścicielem

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Istnieją uniwersalne zasady, którymi kieruje się – choćby nieświadomie – każda władza. Jedną z nich jest stałe powiększanie zakresu swoich kompetencji i interwencji w życie obywateli. Oczywiście ten proces zachodzi bardziej lub mniej intensywnie w zależności od tego, jaki paradygmat dana władza reprezentuje. Władza z przekonania paternalistyczna, czyli żywiąca przekonanie, że obywatele są zbyt głupi, aby kierować się własnym rozeznaniem i ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje, będzie poszerzać zakres regulacji godzących w wolność znacznie szybciej niż władza mająca świadomość tego, jakie tworzy to zagrożenia i rozumiejąca konieczność samoograniczenia. Ale nawet ta ostatnia nie jest w stanie uniknąć takiej tendencji – ona jest immanentna dla każdej administracji. Dlatego tak ważną kwestią jest tu kontrola ze strony mediów i opór obywateli.

Niestety, większość współczesnych Polaków tego zagrożenia nie dostrzega i chętnie godzi się na coraz dalej idące paternalistyczne posunięcia. Wbrew naszemu własnemu częstemu przekonaniu, nie jesteśmy społeczeństwem wyczulonym na ograniczanie wolności – tej codziennej, a nie tej wielkiej, z romantycznych epopei.

Jest przy tym pewien specyficzny sposób rozumowania, którym usprawiedliwia się kolejne regulacje, a który bardzo często jest stosowany nie tylko przez władzę, ale też w codziennych internetowych dyskusjach. Sposób bardzo groźny i prowadzący do nieobliczalnych skutków, gdyby zastosować go z całą konsekwencją. Warto mu się zatem przyjrzeć.

Inspiracją do tego tekstu była pozornie banalna twitterowa dyskusja o ewentualnym wprowadzeniu obowiązku jazdy na rowerze w kasku. (Dla porządku muszę wspomnieć, że sam kasku rowerowego używam zawsze, zwłaszcza że wiele lat temu uratował mnie przed prawdopodobnie bardzo poważnym urazem głowy.) Sposób argumentacji, o którym mowa, pojawił się dość szybko. W tym wypadku w następującej postaci: państwo może nakazać noszenie kasków rowerowych, bo za leczenie ewentualnych urazów głowy płacimy wszyscy. A skoro płacimy wszyscy, to można się domagać, żeby ten koszt zminimalizować poprzez przepisy, zmniejszające ryzyko.

Mamy tu do czynienia z samonapędzającym się mechanizmem: państwo, przyjmując lub przejmując odpowiedzialność za poszczególne dziedziny, a wraz z nią ich finansowanie, ma się czuć uprawnione do ich regulacji, wkraczając w obszar naszych suwerennych decyzji. A ponieważ, jako się rzekło, poszerzanie własnych kompetencji to cecha każdej władzy i każdego państwa, więc idzie za tym przekonanie, że każdą taką kolejną dziedzinę można regulować, ograniczając naszą wolność. Łatwo się zorientować, że jest to mechanizm nie do zatrzymania i pozbawiony ograniczeń. A potencjalnie niezwykle niebezpieczny.

Pierwsze pytanie, jakie trzeba postawić w tym konkretnym wypadku, brzmi: dlaczego wyróżnieni mają być akurat jeżdżący rowerem bez kasku? Wszak dzięki podatkowi, obłudnie zwanemu składką zdrowotną, państwo finansuje leczenie chorób i urazów, będących w ogromnej części skutkiem swobodnie podejmowanych ludzkich decyzji, takich jak ta o niezakładaniu kasku w czasie jazdy rowerem. Leczy kierowców po wypadkach, spowodowanych ich własną brawurą i bezmyślnością – zresztą samo jeżdżenie samochodem jest groźne, a przecież kierowcy nie płacą na NFZ więcej niż inni. Leczy palaczy tytoniu, którzy przyczyniają się do własnych chorób krążenia lub nowotworów, ale od nich również nie wymaga się zwiększonej składki. Leczy wielbicieli sportów ekstremalnych, którzy przy każdym swoim wyczynie ryzykują co najmniej bardzo poważnymi urazami. Oni również nie płacą więcej niż inni. Leczy tych, którzy notorycznie odżywiają się niezdrowo, ryzykując miażdżycę, cukrzycę i zawały serca. Leczy również tych, którzy zbyt lekko ubierają się w chłodne dni i wskutek tego kończą z przeziębieniem, zapaleniem oskrzeli czy płuc.

Gdyby do każdej z tych grup zastosować opisane wyżej rozumowanie – a nie ma logicznego powodu, żeby tego nie czynić – musielibyśmy dojść do wniosku, że w celu zminimalizowania kosztów, ponoszonych przez wspólnotę, państwo ma prawo interweniować w każdym z tych przypadków. Na przykład dobrze byłoby zakazać jazdy autem, która jest w ogóle niebezpieczna. Ewentualnie można by pomyśleć o ograniczeniu prędkości na wszystkich drogach do statecznych 30 kilometrów na godzinę. Trzeba by też zakazać palenia tytoniu (to już się w zasadzie dzieje, bo kolejne obostrzenia i kolejne z gruntu nieskuteczne hasełka czy obrazki, umieszczane na opakowania produktów tytoniowych, są wprost uzasadniane tym, że leczenie chorób, będących skutkiem palenia tytoniu, za dużo państwo kosztuje), uprawiania sportów ekstremalnych, wprowadzić obowiązkową zdrową dietę dla obywateli oraz kontrolować sposób, w jaki się ubierają, wychodząc na dwór.

Mało tego – rzecz nie musi się kończyć na kwestiach zdrowotnych. Państwo dba o drogi – więc może niech w trosce o budżet ograniczy nam możliwość przemieszczania się, a mniej będą kosztować remonty infrastruktury. Państwo jest właścicielem spółek energetycznych – więc niech w trosce o ich bilans ograniczy nam zużycie prądu. Państwo finansuje policję – więc na pewno koszty tej służby będą mniejsze, jeśli ogłosi się godzinę policyjną. Straż pożarna też jest państwowa – będzie kosztować mniej, jeżeli wprowadzi się limity sprzedaży zapałek. I tak dalej, i tak dalej.

Że to bez sensu? Otóż nie – to jak najbardziej ma sens i jest logiczne, o ile wyjdziemy z założenia, że państwo jest właścicielem obywateli i może z nimi zrobić wszystko w imię troski o „swoje” pieniądze (tak naprawdę państwo oczywiście „swoich” pieniędzy nie ma). Z tym że to prosta droga do totalitaryzmu jak z najciemniejszych antyutopii. Państwo, czując się właścicielem obywateli, mogłoby narzucić nam każdą zasadę – tak jak hodowca jest właścicielem zwierząt, na które łoży, więc dba o ich dobrostan, nie konsultując się z nimi.

Logiczne i uczciwe są tylko dwa wyjścia. Wyjście pierwsze – skoro stworzono system, który zasilają składki wszystkich obywateli, niezależne od ich stylu życia, stanu zdrowia, nawyków i charakteru, a jedynie od dochodów, to nie można domagać się, żeby państwo nakazami i zakazami regulowało postępowanie jakiejś jednej grupy podatników w celu zmniejszenia kosztów. Musimy pogodzić się z tym, że w ramach takiego systemu pozwalamy ludziom na zachowania, które znacząco zwiększają prawdopodobieństwo, że staną się klientami tegoż systemu – na koszt własny, ale też innych. Alternatywą w tym systemie jest pójście w stronę opiekuńczego totalitaryzmu.

Wyjście drugie – uczciwsze – wprowadzamy system, którego zasadniczym założeniem jest, że państwo zajmuje się najwyżej zapewnieniem podstawowej ochrony (oczywiście możliwe są wyjątki natury socjalnej, dotyczące emerytów itp. – ale to detale), zaś reszta zależy od kontraktu poszczególnych obywateli z prywatnymi firmami. Wtedy możemy być pewni, że te firmy uzależnią swoje stawki od tego, z kim mają do czynienia, tak jak to się dzieje w systemie amerykańskim. Jeśli jesteś kierowcą rajdowym, to ponosisz większe ryzyko i ubezpieczenie kosztuje cię więcej. Jeśli miałeś już dwa zawały, jesteś dla firmy większym obciążeniem, więc płacisz więcej – zatem dbaj o siebie, żeby tych zawałów nie mieć. Ale to twój wybór. Jeśli wreszcie poniosłeś szkodę częściowo z własnej winy – na przykład dlatego, że nie miałeś na głowie kasku podczas jazdy rowerem – być może będziesz musiał częściowo sam sfinansować swoje leczenie i rehabilitację po wypadku. Ale to wszystko kwestia umowy obywatela z firmą ubezpieczeniową i wolnej decyzji tego obywatela.

Dopóki jednak takiego systemu nie ma – a nie sądzę, by kiedykolwiek w Polsce nastał – nie ma powodu, aby uzasadniać kolejne paternalistyczne interwencje państwa troską o wspólną kasę, chyba że godzimy się na paternalistyczny totalitaryzm. Ja się nie godzę.

Powie ktoś: to sprowadzanie rzeczy ad absurdum i bezzasadna ekstrapolacja rozsądnego pomysłu. Doprawdy? Zapewniam, że zdecydowana większość dziś obowiązujących przepisów, których uzasadnieniem jest troska o obywateli, podszyta troską o budżet, jeszcze sto lat temu wydawałaby się nie do pomyślenia. Tu działa zasada równi pochyłej.

Inne wpisy tego autora

„Oświeceni” kontra „foliarze”

Sanitaryzm znów naciera, tym bardziej agresywnie, im większy pojawia się rozdźwięk pomiędzy polskim liberalnym stanowiskiem w sprawie walki z epidemią a rozwiązaniami przyjmowanymi przez niektóre