Umierające rady pracownicze. Reanimować? Ale po co…

Umierające rady pracownicze. Reanimować? Ale po co…

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Przez media przelewa się fala informacji o strajku nauczycieli. Konkurują z nimi informacje dotyczące „wojny” z Uberem i protesty taksówkarzy. Ale dla polskich firm w tle pojawia się problem poważniejszy. Trudno w to uwierzyć, ale tym problemem mogą być… rady pracownicze.

 

Przestrzeganie ustawy z 2006 r. o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji sprawdzała Państwowa Inspekcja Pracy. Zdaniem PIP – z radami pracowniczymi jest źle, bo… praktycznie nie funkcjonują. Jest ich mało, pracodawcy nie przykładają się do informowania o radach, nie pilnuję przeprowadzania wyborów, jednym słowem lekceważą przepisy. Jednocześnie PIP uczciwie przyznaje, że nigdy i nigdzie nie stwierdzono, aby członek rady pracowniczej, jeśli już taka powstała, był jakkolwiek szykanowany.

Raport PIP podchwycił Instytut Spraw Obywatelskich, który wystąpił do premiera Mateusza Morawieckiego z apelem o… zwiększenie uprawnień rad pracowniczych. Sprowadzając do nieco złośliwej konstatacji wydźwięk wystąpienia jest następujący: skoro coś nie działa, chociaż mogłoby działać bez kłopotów, to zwiększmy uprawnienia niedziałającego organu. Dodajmy: wszystko na koszt pracodawców. Na szczęście tylko tych średnich i dużych, bo regulacje dotyczące rad omijają najmniejsze polskie firmy.

Co zatem zrobić z radami? Podnoszenie ich kompetencji wydaje się niepotrzebne, w sferze uprawnień do otrzymywania informacji od pracodawcy obecna ustawa wydaje się wystarczająca. Do tego absurdem wydaje się sztuczne „pompowanie” uprawnień i korzyści, by na siłę udowadniać przydatność rad.

Może więc zlikwidować fikcyjną w dużej mierze regulację? Nie do końca można, bo rady to pomysł nie tyle rodem z PRL (choć wiele osób pamięta rady w przedsiębiorstwach państwowych), co z unijnych regulacji. Więc rady teoretycznie być muszą…

Ale gdyby jednak nic nie zmieniać w przepisach i dalej trzymać rady jako organy zmarginalizowane, co się zmieni? Nic. I nie sądzę, by to komuś przeszkadzało.

Niechęć do poszerzania uprawnień rad pracowniczych nie oznacza, że jestem przeciwnikiem angażowania pracowników w sprawy firm, w których pracują. Jestem zwolennikiem dialogu pracodawców i pracowników.

Tyle tylko, że zamiast analizowania sytuacji rad z mniejszymi lub większymi uprawnieniami trzeba się zastanowić jak organizować związki zawodowe. Tak, tradycyjne związki, obecne w polskim systemie prawnym od wielu dekad. Oczywiście można znaleźć wiele przykładów, gdy związki działają nielogicznie i nieracjonalnie. Irytują sytuacje, gdy czytamy raporty o uzwiązkowieniu w państwowych spółkach na poziomie 130%, gdy jeden pracownik należy nawet do kilku związków.

Z drugiej jednak strony równie irytują sytuacje, gdy w wielkich sieciach handlowych pracownicy nie mogą być zrzeszeni, bo twórcy związków są zwalniani na etapie organizacji związku. Irytują sytuacje, gdy w bankach w ramach „procesów restrukturyzacji” tracą pracę tysiące pracowników, szybko rosną płace zarządów, a związku w takiej instytucji nie ma. I nie będzie. Od lat wątpliwości budzą też kwestie tzw. reprezentatywności związków. W naszym systemie sprzeciw niewielkiego, radykalnego związku może utrudnić lub zablokować wypracowywane porozumienie z pracodawcą.

Dlatego lepszym rozwiązaniem jest zmiana kompetencji związków, bez poszerzania kompetencji rad. A gdy poziom uzwiązkowienia w Polsce wzrośnie z obecnych 10 proc. (według różnych danych jest to od 7 do 11%), to rady staną się zupełnie niepotrzebne. I zapewne nikt nie będzie za nimi tęsknił.

Inne wpisy tego autora

Urzędnik da umowę o pracę? Jest taki projekt

Czy urzędnik będzie decydował o kształcie umowy między przedsiębiorcą a jego współpracownikiem/pracownikiem? Państwowa Inspekcja Pracy chciałaby takich rozwiązań. Osobiście wolę, by spory pracownik–pracodawca rozstrzygał jednak