Na granicy rzeczywistych kłopotów 

Na granicy rzeczywistych kłopotów 

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

To, co się dzieje obecnie na granicy z Białorusią, nadal jest tylko preludium do problemów, jakie mogą się wydarzyć zimą. Ograniczanie się do budowy muru i czekania na ruch drugiej strony może je jedynie spotęgować.

W Polsce rządzącym najbardziej opłaca się pchanie kraju w coraz większe kłopoty, bo tak podtrzymują swe złudzenia, że na tym zyskują. Podejście do zagrożenia, jakim stała się sytuacja na granicy z Białorusią, stanowi najlepsze potwierdzenie tej prawidłowości. Ten mechanizm jest prosty do prześledzenia. Obecny obóz władzy dostrzega, że większość społeczeństwa popiera powstrzymywanie napływu obcych i uszczelnianie wschodniej granicy. W tym, wyjątkowym przypadku działania Warszawy spotykają się z pełną aprobatą Komisji Europejskiej oraz rządów krajów UE. Te dwie korzyści uzupełnia trzecia. Trudno mianowicie nie zauważyć, iż epatowanie cierpieniem „uchodźców” przez media sympatyzujące z opozycją, daje efekty coraz bardziej odwrotne do zamierzonych. Im więcej obrazków „dręczonych” przez polską Straż Graniczną dzieci i kobiet, tym większe zobojętnienie przeciętnego odbiorcy.

Zupełnie jak w przypadku pandemii, na początku wywoływała ona gwałtowne emocje, po czym ludzie stopniowo do niej przywykli. Aż w końcu komunikat o śmierci kolejnej setki zarażonych robi wrażenie jedynie na znikomej mniejszości. Obecnie odbiorcy informacji tak samo przywykają do zdjęć małych dzieci koczujących w nadgranicznych lasach, zaś regularne zestawienie ich ze zdjęciami polskich dzieci ewakuowanych po układzie Sikorski-Majski z ZSRR do Iranu nie wzbudza chęci zaoferowania gościny, lecz w najlepszym przypadku irytację.

Z tego wynika czwarta (być może najbardziej atrakcyjna dla rządzącej dziś w Polsce Zjednoczonej Prawicy) korzyść. Oto opozycja znów stała się zakładnikiem sympatyzujących z nią mediów. Nie może ona pójść pod prąd kampanii „wzbudzania wyrzutów sumienia” i otwarcie popierać to, czego chce większość wyborców – czyli szczelnej granicy. W takim przypadku naraziłaby się na zarzut „współuczestniczenia w zbrodniach PiS” i mogłaby zacząć tracić najtwardszy elektorat. Wprawdzie, poza Lewicą od podsycania „wyrzutów sumienia” odstąpiła dawno temu PO, ignoruje tę kampanię Polska 2050 oraz PSL, lecz i tak idzie ona na konto partii opozycyjnych. Dzięki temu, pomimo licznych kłopotów PiS, sondaże preferencji wyborczych prezentują się jak zacementowane.

W tym rachunku niewątpliwych korzyści politycznych dostrzec można zwiastun nadciągającej katastrofy, bo dalszy rozwój sytuacji cały czas jest uzależniony nie od poczynań strony polskiej, lecz determinacji Aleksandra Łukaszenki oraz planów Kremla.

Jeśli idzie o to – do jak wielkiej determinacji w dążeniu do celu jest zdolny białoruski dyktator, można było łatwo to sobie uzmysłowić pod koniec sierpnia 2020 r. Wówczas nieprzeliczony tłum Białorusinów maszerował w Mińsku na pałac satrapy, żądając jego odejścia. Ale on, wymachując „kałasznikowem”, przekazał wszystkim jasny komunikat, iż prędzej każe wystrzelać protestujących, a ich rodziny umieści w obozach pracy, niż sam poda się do dymisji. O takim człowiek (który notabene w początkach swej władzy wysyłał komanda śmierci, mordujące jego przeciwników politycznych) można powiedzieć jedno – jest zdolny do każdej zbrodni, gdy chce osiągnąć cel. Jego celem obecnie jest w pierwszej kolejności wymuszenie na Polsce bezpośrednich negocjacji, co byłoby upokorzeniem Warszawy, przy jednoczesnym zademonstrowaniu Białorusinom, że ich władca okazał się potężniejszy od Lachów. Następnie wycofanie się z sankcji przez stronę polską i unijną i wreszcie zaprzestanie wspierania białoruskiej opozycji. Dyktator z Mińska znajdował się zbyt blisko utraty władzy, by obecnie nie być krańcowo zdeterminowanym w umacnianiu jej kruchych fundamentów. Jednocześnie rozpoczęta przez niego wojna migracyjna pozostaje w pełni zbieżna z interesem Kremla, który od wielu lat wspiera wszystko, co po cichu destabilizuje państwa UE.

Skoro więc, wedle zimowego rozkładu lotów na lotnisku w Mińsku będzie w każdym tygodniu lądować 55 samolotów z Bliskiego Wschodu, to należy zakładać, że przywiozą z tamtych okolic kolejne grupy migrantów. Podstawowy samolot linii lotniczych Belavia Boeing 737 zabiera na pokład 148 pasażerów. Łatwo policzyć, iż w pobliże granicy co tydzień może zostać przerzucanych ok. 8 tys. migrantów. Jako że nie od razu uda się im przedrzeć, nastąpi ich kumulacja na niewielkim obszarze. Przy pogarszającej się pogodzie ludzie ci będą coraz bardziej zdesperowani. W takim momencie aż prosi się uformować grupy mężczyzn po kilkaset osób, wyposażyć choćby w pałki i pchnąć równocześnie w różnych punktach na drugą stronę zasieków. To oznaczałoby dla polskich służb mundurowych konieczność niewyłapywania przemykających chyłkiem grupek, lecz stoczenie walki wręcz z setkami krańcowo zdesperowanych, młodych osób. Być może kilka bitew jednocześnie, co oznaczałoby przewagę liczebną drugiej strony.

Jeśli komuś taki scenariusz wydaje się nieprawdopodobny, niech poczyta sobie np. o bitwie stoczonej na himalajskim pograniczu w lutym tego roku przez oddziały chińskie i indyjskie. W dzisiejszych czasach wymagane jest trzymania się konwencji nieużywania broni palnej z ostrą amunicją. Dlatego Chińczycy zatłukli na śmierć 20 indyjskich żołnierzy, używając metalowych prętów i kamieni. Hindusi twierdzili, że w ten samo sposób zabili 40 chińskich żołnierzy, jednak Pekin tego nie potwierdził.

Z punktu widzenia Łukaszenki, a także Kremla obecna sytuacja wydaje się gwarantować nieuchronny sukces. Jeśli z powodu mrozów w nadgranicznych lasach umrze duża liczba migrantów, a zwłaszcza dzieci i kobiet (ich śmierć gwarantuje większy oddźwięk i zasięgi w mediach krajów demokratycznych) to świetnie. Przy odpowiednio prowadzonej propagandzie jest spora szansa uczynienia Polski co najmniej współodpowiedzialną za cierpienie i straszny koniec bezbronnych ofiar.

Gdyby doszło do starć grup migrantów z polskimi służbami i padli zabici pod obu stronach, też znakomicie. Konflikt eskaluje, polska strona trwa zepchnięta do defensywy, w III RP narastają spory oraz poczucie zagrożenia. Równie pożyteczne są efektowne przedarcia się grup setek osób przez granicę i rozproszenie się ich po kraju. Wówczas następuje zademonstrowanie słabości III RP jej obywatelom oraz światu. Daje też szansę na to, że Niemcy zamknął swą granicę i zaczną wypychać napływających migrantów z powrotem do Polski. To zaś skuteczne podsyciłoby u nas nastroje ksenofobiczne, antyniemieckie i antyunijne.

Już tylko ta skrótowa wyliczanka obrazuje, że Mińsk i Moskwa dysponują olbrzymim polem manewru przy prowadzeniu swojej ofensywy. Natomiast Warszawa jedyne co robi, to uparcie uszczelnia granicę, choć już wiadomo, że z powodu ukształtowania terenu planowany mur nie wystarczy. Jednocześnie trwa wewnętrzny spór na ile okazywać pomoc i człowieczeństwo migrantom, którzy przecież są ofiarami wznieconego przez białoruskiego dyktatora konfliktu. Jego żywą bronią, która o ironio losu dobrowolnie płaci organizatorom transportu od 5 tys. do 7 tys. dolarów od głowy za dostarczenie jej na miejsce bitwy w nowym rodzaju wojny. Trzymając się wojennej terminologii pora nadmienić, że oblężeni w dłuższym okresie, nawet ukryci za jak najwyższym murem, statystycznie rzadziej odnoszą zwycięstwo, niż ci, co ich oblegają. Zwłaszcza gdy sami nie próbują kontraktować. Narzędzia, jakimi dysponuje III RP, są bardzo skromne, ale jednak są i pora zacząć myśleć, jak najskuteczniej ich użyć.

Pierwsze to jak najszersza akcja informacyjna w regionach świata będących rezerwuarami migrantów dla Łukaszenki. Podstawowymi kanałami, którymi przekazuje się tam wiadomości, są komunikatory internetowe, lokalne radia i telewizje oraz rekordowo popularna katarska Al Jazeera. Należy zatem szukać sposobów dotarcia do tychże kanałów z informacjami o piekle migrantów na granicy polsko-białoruskiej. Lepszej metody na próbę ochronienia kolejnych przed cierpieniami, a nawet śmiercią nie ma.

Drugie narzędzie to sojusznicy z NATO. Polski rząd, z racji wymienionych na początku doraźnych korzyści wewnętrznych, jak diabeł święconej wody unika umiędzynarodowienia konfliktu. Nie korzysta więc z możliwości, które daje Traktat Północnoatlantycki, a zwłaszcza jego artykuł 5 mówiący, że zbrojna napaść na kraj członkowski NATO: „będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim”.

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby zacząć na początek domagać się wsparcia od sojuszników na niwie dyplomatycznej. USA, Wielka Brytania, a także Francja posiadają na Bliskim Wschodzie rozbudowaną sieć placówek dyplomatycznych oraz kontakty umożliwiające wpływanie na tamtejsze elity rządzące i posłuszne im media. Dzięki takiemu wsparciu można by zarówno zwielokrotnić zasięg akcji informacyjnej, jak też utrudniać loty z migrantami do Mińska. Takiego samego wsparcia należałoby się domagać od Wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josepa Borrella. Zwłaszcza że od kilku lat obecny władca Kataru emir Tamim ibn Hamad Al Sani stara się zacieśniać współpracę z UE, zaś jego własnością jest podstawowe źródło czerpania wiedzy przez mieszkańców Trzeciego Świata – telewizja Al Jazeera.

Obok ofensywy informacyjnej należałoby zastanowić się nad tym, jaki rodzaj nowych sankcji miałby szansę okazać się najbardziej bolesny dla reżimu Łukaszenki. Nie jest tajemnicą, że podstawowym źródłem jego dochodów wciąż pozostaje przetwarzanie ropy naftowej dostarczanej przez Rosję i sprzedaż produktów ropopochodnych. To wskazuje trop, którym należałoby podążyć.

Jest też jeszcze jedno narzędzie, zapewne najskuteczniejsze, lecz też najbardziej kontrowersyjne i najtrudniejsze do użycia. Kraje południa UE nie chcąc wypowiadać Konwencji Genewskiej, nauczyły się ją omijać. Cały trik polega na umieszczeniu obozów dla migrantów poza granicami Unii, w tym wypadku przede wszystkim w Libii. Tam są oni odsyłani i oczekują na rozpatrzenie wniosków azylowych. Świadomość, że system wypycha przybyszy poza granice wymarzonego lądu, działa coraz bardziej zniechęcająco na potencjalnych migrantów. Stąd też gremialnie wolą ofertę białoruską od ryzyka płynięcia przez Morze Śródziemne, żeby na koniec wylądować w Libii. Trudno powiedzieć na ile realne (a raczej nierealne) jest, by nasi sojusznicy umożliwili wykorzystanie obozów, jako miejsca docelowego dla odsyłanych z Polski osób, które nielegalnie przedarły się przez białoruską granicę. Jednakże już tylko rozpowszechnienie informacji, że potencjalny emigrant wyda 7 tys. dolarów, przejdzie przez zimowe piekło nieopodal Puszczy Białowieskiej, a na koniec wyląduje w Libii, miałoby szansę na bardzo mrożący efekt. A o to przecież właśnie chodzi, żeby jak najmniej ludzi zgłaszało się na ochotnika, by zostać żywą bronią w wojnie Łukaszenki. Jeśli nie spróbujemy temu zapobiegać, prawdopodobieństwo, że to białoruski dyktator wygra, staje się coraz większe.

Inne wpisy tego autora

Niemieckie samochody na zakręcie

Czasami cokolwiek by się nie zrobiło, okazuje się to wstępem do nowych kłopotów. Ta prawidłowość, niczym fatum wisi od kilku lat nad branżą motoryzacyjną w

Atomowe histerie Niemców

Pierwszy raz od dawna w UE wydarzyło się coś kompletnie sprzecznego ze strategią niemieckiego rządu i przekonaniami tamtejszej opinii publicznej. Oto Komisja Europejska zaproponowała wpisanie

Stare elity kozłem ofiarnym nowych czasów

Najbliższe tygodnie dla elit, które rządziły do 2015 r. Polską, zapowiadają się fatalnie. Wiele wskazuje, że to one zostaną najbardziej poszkodowane przez kumulującą się u