Lekcja z Kabulu, czyli rozsądnie z tą demokracją

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Amerykanie ostatecznie opuścili Afganistan, kabulskie lotnisko zajęli talibowie. Te wydarzenia należą niewątpliwe do takich, które zmieniają świat, albo przynajmniej symbolizują zmianę. Tym razem niekoniecznie musi to być jednak zmiana na gorsze – a taki ton dominuje w komentarzach. Następuje raczej dostosowanie ambicji do możliwości, urealnienie polityki największego mocarstwa. I najprawdopodobniej koniec utopii, która stała się przyczyną wielu nieszczęść – zaprowadzania zbrojnie zachodniej demokracji tam, gdzie ona nijak nie pasuje.

Upadkowi komunizmu i historycznemu zwycięstwu modelu zachodniego towarzyszyło powszechne przekonanie, że jest on nie tylko najlepszy z istniejących, ale też pożądany wszędzie i przez wszystkich, z wyjątkiem wrogów ludzkiej wolności.

W imię tak rozumianego state building zachód, głównie USA stoczyły kilka wojen: Irak, Afganistan, Kosowo, Somalia, Libia. Pierwsza wojna z Irakiem miała jeszcze realne cele polityczne, ograniczone i sprecyzowane – odbicie Kuwejtu okupowanego przez wojska irakijskie, druga była już demokratyczną krucjatą.

Nigdzie, ale to nigdzie mesjanistyczne cele nie zostały zrealizowane. Irak przeżył hekatombę wojny domowej i wojny z obcą okupacją, a obecnie współrządzą w nim ci, którzy w latach 2000 strzelali do amerykańskich i polskich żołnierzy, czyli sadryści. Kraj znalazł się de facto pod kontrolą szyickich bojówek, które dopuszczały się zbrodni wojennych. Afganistan – sami widzimy. Somalia pozostaje podzielona między milicje klanowe, rząd centralny nie kontroluje nawet całego Mogadiszu. W Kosowie państwo jest dysfunkcjonalne bez zachodniej pomocy. Libia to horror ciągnącej się wojny domowej z udziałem obcych interwentów – Turcji, Rosji, Emiratów, Egiptu, Kataru.

Afganistan postawił w końcu kropkę nad „i”. State building poprzez interwencje militarne jest kosztowną i szkodliwą utopią. W wielu regionach świata zachodnia demokracja po prostu nie pasuje i nigdy się nie przyjmie. Czas najwyższy przyjąć to do wiadomości.

Bardzo naiwne i niepoparte poważną analizą jest twierdzenie, że Afgańczycy odrzucają rządy talibów. Gdyby tak było, nie zdobyliby oni tak łatwo władzy, praktycznie bez walki. Komentatorzy, a i politycy, zbyt łatwo mylą odczucia i głosy wielkomiejskiej elity z Kabulu, Heratu czy nawet Mazar e-Szarif z większością mieszkańców tego kraju.

To, że nam Taliban się nie podoba i odrzucamy jego wartości i cele, nie oznacza, iż podobnie myślą Afgańczycy. Takie rozumowanie jest niczym więcej jak myśleniem życzeniowym. Chcemy, aby odrzucali talibów, więc zakładamy, iż odrzucają. A jeśli jest zupełnie inaczej? Niechaj Afgańczycy sami urządzają sobie kraj zgodnie z własnymi zapatrywaniami, tradycją i możliwościami.

Podobnie wszędzie indziej. Na przykład w Somalii nie ma ani demokracji, ani efektywnego rządu centralnego, ale po latach wojny klany dogadały się i wypracowały modus operandi współistnienia, dzięki czemu w kraju rośnie stopa życiowa i pojawiają się zagraniczne inwestycje.

Moda na siłowe wprowadzanie demokracji mija. Co ważniejsze, skończyły się też możliwości w tym zakresie. Zasoby Ameryki kurczą się wraz ze wzrostem zasobów Chin i innych mocarstw azjatyckich, musi zatem koncentrować je tam, gdzie posiada kluczowe interesy, a nie wszędzie, gdzie demokracja się prosi o wprowadzenie i utrwalenie. Indo-Pacyfik i Europa – oto regiony twardych interesów USA, wszędzie indziej Ameryka będzie prędzej czy później zwijała swoje zaangażowanie.

To słuszne i realistyczne podejście, każde inne byłoby marnowaniem owych kurczących się zasobów. Afganistan nie jest klęską zachodu czy USA, jest otrzeźwieniem. Upadek Kabulu zwiastuje powrót zdrowego rozsądku.

 

Tekst oddaje osobiste poglądy autora

Inne wpisy tego autora

Dyskretny urok dyscypliny

Aleksander Bocheński uważał, że największą wadą Polaków jest brak dyscypliny. – Właśnie z tego powodu utracili swoje państwo w XVIII wieku, a potem nie potrafili