Rosja idzie na coraz ostrzejszą wojnę nerwów z NATO [OPINIA]

Doceniasz tę treść?

Rosja oskarża NATO i Stany Zjednoczone o prowadzenie Europy i świata w kierunku nowego kryzysu kubańskiego (karaibskiego). Według Kremla jedynie redukcja zasobów NATO na wschodniej flance, a także zaakceptowanie szeregu warunków gwarantujących swobodę działania Rosji w regionie, tak naprawdę pozwoli na realną deeskalację. Wszystko to dzieje się w czasie, gdy wokół Ukrainy nadal dyslokowane są znaczne siły rosyjskie, których działania i cele są wysoce nietransparentne, jeśli chodzi o cele wojskowe. Lecz, gdy można zastanawiać się nad planami czysto militarnymi, to polityczne cele strony rosyjskiej są jednak o wiele bardziej widoczne i warto się nad nimi chwilę zastanowić.

Rosjanie cały czas eskalują sytuację w Europie, czego przejawem jest nie tylko faktyczna koncentracja wojsk w pobliżu Ukrainy, ale również przyjmowanie tonu coraz większej konfrontacji z Zachodem w kolejnych wypowiedziach kluczowych polityków czy też komentatorów. Idealnym wręcz przejawem tego jest, chociażby ostatnia wypowiedź Siergieja Riabkowa udzielona dla agencji informacyjnej RIA Nowosti. Wiceminister spraw zagranicznych Rosji wskazał w niej, że działania Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników z NATO skłaniają Rosjan do brania pod uwagę powtórki scenariusza kryzysu rakietowego z 1962 r. Zdaniem Riabkowa to wszystko oczywiście wina działań NATO, a siłę rażenia tego porównania historycznego mają podkreślać również sformułowania w stylu „świat na granicy wojny nuklearnej”, etc. Generalnie, zdaniem strony rosyjskiej to Stany Zjednoczone są ich zdaniem zafiksowane na idei tzw. „rosyjskiej groźby” uderzenia na Ukrainę. Przy czym dodaje się, że wszelkie działania sił zbrojnych Rosji na własnym terytorium są sprawą tylko i wyłącznie strony rosyjskiej.
Tak czy inaczej, Rosjanie (a dokładniej mówiąc elity decyzyjne) mają uważać, że państwa NATO nie mają prawo rozbudowywać własnej infrastruktury na wschodniej flance, a także wzmacniać własnej obronności systemami precyzyjnego rażenia, szczególnie na dalekich dystansach. Uważają też, że NATO i jego partnerzy prowadzą prowokacyjne manewry wojskowe, które burzą stabilność w przestrzeni transatlantyckiej. Stąd też, władze w Moskwie oczekują zaprzestania konfrontacyjnych, ich zdaniem, kroków ze strony Stanów Zjednoczonych i NATO. Jak również wskazania Rosji specjalnych gwarancji, zapewniających np. ograniczenia w zakresie rozmieszczania części systemów uzbrojenia w pobliżu rosyjskich granic (zapewne też białoruskich). W tym miejscu, na marginesie rozważań, można się tylko domyślać, jak interesujące były reakcje w kręgach planistycznych, gdy Finlandia zapowiedziała ostatnio zakupy maszyn 5. generacji F-35.
Co ciekawe, Rosjanie zarzucają również członkom NATO i całej tej strukturze, że nie można im ufać z racji częstych zmian planów. Kreml ma nie wierzyć w zapewnienia Zachodu, chociażby w zakresie rozmieszczania broni atomowej bardziej na wschód od dotychczasowych lokacji (mowa w domyśle zapewne o programie NATO Nuclear Sharing). Finalnie, Riabkow twierdzi, że Moskwa może być zmuszona do odpowiedzi o charakterze militarnym oraz wojskowo-technologicznym. Wszystko, gdyby zabrakło zaakceptowanego przez stronę rosyjską rozwiązania polityczno-dyplomatycznego. Można tylko domyślać się, że chodziłoby o zwiększenie ilości wojsk zlokalizowanych w rejonie Zachodniego Okręgu Wojskowego, a także ulokowanie tam (zapewne w sposób ostentacyjny) konkretnych systemów uzbrojenia. Pytaniem otwartym pozostaje czy nawet bez tego rosyjskie siły zbrojne nie zrobiłby tego samego, a przede wszystkim czy pod osłoną tajemnicy wojskowej część z tych elementów odpowiedzi wojskowo-technologicznej już nie znajduje się w naszym regionie – po stronie rosyjskiej.
Na razie rosyjska administracja ma przygotowywać własne propozycje względem Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników, zgodnie z pomysłem Władimira Putina. Prezydent Rosji mówił wcześniej o potrzebie stworzenia nowej struktury bezpieczeństwa w Europie. Strona rosyjska nie ukrywa przy tym, że zamierza przede wszystkim rozmawiać z Amerykanami i uznaje NATO za strukturę niejako podporządkowaną całkowicie woli Waszyngtonu. Lecz w wypowiedzi wiceministra spraw zagranicznych Rosji nie zabrakło przy tym pogardliwego stwierdzenia, że europejscy członkowie NATO powinni przestać „płynąć z prądem”, czyli według wytycznych strony amerykańskiej i szefostwa NATO z Brukseli. Czyli z jednej strony Kreml dąży do rozmów z jednym akceptowalnym rozmówcą z NATO, a z drugiej wskazuje państwom europejskim, aby się mu przeciwstawiły.
Tyle możemy wyczytać z oficjalnego przekazu władz rosyjskich, z których rysuje się mocne przekonanie o własnej sile i potrzebie wykreowania nowych zasad w relacji NATO-Rosja. Jednakże, w tego rodzaju wypowiedziach możemy zauważyć kilka kluczowych prawidłowości, które stają się niejako znakiem rozpoznawczym obecnych działań władz na Kremlu. Należą do nich m.in.:
Próba uwypuklenia wirtualnego zagrożenia militarnego dla Rosji ze strony NATO. Mają temu służyć użytkowane w narracjach propagandowych wszelkiego rodzaju wątki modernizacji i rozbudowy narzędzi państw natowskich z zakresu obronności i odstraszania. Stanowi to naturalnie wykorzystywany tradycyjny oręż propagandy rosyjskiej, do której mieliśmy czas się przyzwyczaić i niejako nań uodpornić. Takie argumenty strony rosyjskiej zupełnie pomijają kolejność zdarzeń. Gdzie to przecież rosyjskie działania zbrojne, począwszy od 2014 r., wymusiły na całym NATO zmianę podejścia do priorytetów z zakresu bezpieczeństwa i obronności. W tym właśnie potrzebę zmian obejmujących wzmocnienie flanki wschodniej NATO. Pamiętajmy, co wcześniej było kluczowym aspektem działania NATO – Afganistan i szerzej debata o misjach/operacjach reagowania kryzysowego. Działo się to nawet pomimo sygnałów ze strony państw natowskich zlokalizowanych w rejonie umownej wschodniej flanki. Trzeba również zaznaczyć, że obecne działania rosyjskie to naturalna próba storpedowania wszelkich zmian, które pojawiły się po szczytach NATO w Walii, ale też, chociażby w Polsce (itd.) i odnosiły się do potrzeb państw regionu wspomnianej wschodniej flanki. Mówiąc dobitnie, dziś walka toczy się o dążenie Moskwy do odwrócenia kolejności w relacji przyczyna-skutek. Kluczowe jest więc obrazowanie realnego kalendarium wydarzeń, jak również cały czas podkreślanie, że NATO jest sojuszem obronnym, funkcjonującym zgodnie z zasadami Karty Narodów Zjednoczonych. Działającym od lat w sposób wysoce transparentny dla wszystkich państw członkowskich, a także państw, z którymi NATO współpracuje lub ma kontakt. Rosjanie bardzo dobrze o tym wiedzą, gdyż NATO od lat starało się działać na rzecz dobrego i czytelnego kanału komunikacji z Rosją. Można wręcz zażartować, że przy takiej skali nasycenia kadrowymi oficerami wywiadu misji rosyjskiej przy Kwaterze Głównej NATO, strona rosyjska wie, jakie są kluczowe cele organizacji obronnej, która nigdy nie planowała żadnych „inwazji”. Tak czy inaczej, słysząc główne linie narracyjne strony rosyjskiej, nie powinniśmy mieć współcześnie wątpliwości jak ważne w działaniu NATO i nas jako państwa członkowskiego jest posiadanie zasobów komunikacji strategicznej. Co więcej, należy nadal walczyć o większą świadomość wiedzy o NATO w społeczeństwach, gdyż musimy być pewni prób dyskredytacji idei NATO wśród również obywateli państw członkowskich. Szczególnie przy wykorzystaniu zróżnicowanej i dostosowanej gamy narzędzi – „NATO jest nieefektywne”, „NATO jest amerykańskie”, „NATO należy zastąpić regionalnym układem”, „…” itd.
Władze rosyjskie cały czas starają się również przerzucić odpowiedzialność za erozję systemu budowy środków zaufania w Europie na Stany Zjednoczone i NATO. Taka postawa władz rosyjskich i podlegającego im aparatu działań informacyjnych widoczna jest, chociażby w kuriozalnych zarzutach odnoszących się do cyt. „niskiej transparentności manewrów wojskowych i ćwiczeń natowskich”. Słowo kuriozalne jest wysoce uprawnione, gdyż akurat strona transatlantycka jest w tym zakresie wysoce komunikatywna i od lat podkreśla potrzebę czytelnego prezentowania własnych zamierzeń wszystkim zainteresowanym. Przy czym, to przecież sama Rosja wprowadza zupełnie odmienne standardy względem własnych manewrów wojskowych. Chociażby poprzez zaniżanie liczby żołnierzy oraz sprzętu w nich uczestniczących. Prezentowaniu scenariuszy działań, które mogą i powinny być odbierane jako zawoalowane groźby np. wobec państw flanki wschodniej NATO. Przypomnijmy, chociażby w tym kontekście manewry ZAPAD-2017, z całą ich otoczką. Dziś już zupełnie wykorzystując maksymalnie nowe „standardy” kamuflowania aktywności wojskowej, poprzez gromadzenie ok. 100 tys. żołnierzy przy Ukrainie. Podsumowując: manewry Defender Europe 21 angażujące ok. 30 000 żołnierzy z 26 krajów, którzy byli rozrzuceni na ok. 30 poligonach i które były dostępne dla obserwatorów oraz były omawiane szeroko przez prasę/analityków są w takim swoistym rosyjskim ujęciu mało transparentne. Zaś gromadzenie ponad 100 tys. żołnierzy przy granicy z Ukrainą to już sprawa wewnętrzna Rosji. Sprzeczność idzie w parze z kolejną sprzecznością. Nie mówiąc o wcześniejszym ograniczaniu możliwości wykonywania misji w ramach traktatu o otwartych przestworzach, co było bezpośrednim powodem wycofania się z niego Stanów Zjednoczonych. Przypomnijmy, że strona rosyjska zmniejszała/blokowała możliwości przelotów nad Moskwą, Czeczenią oraz w pobliżu dwóch zbuntowanych regionów Gruzji, kontrolowanych przez Rosję – Abchazji i Osetii Południowej. Utrudniano także obserwację, wynikającą z zapisów traktatowych, jeśli chodzi o obszar obwodu kaliningradzkiego. Tak samo, gdy mowa jest o kryzysie wokół traktatu INF, gdzie to u podstaw podważenia jego skuteczności leżały ewidentnie rosyjskie zbrojenia. Nie może zaskakiwać, że teraz strona rosyjska najgłośniej wzywa do eliminacji zagrożenia wyścigiem zbrojeń, jeśli chodzi o systemy rakietowe średniego i krótkiego zasięgu. Trzeba bowiem pamiętać, że władzom rosyjskim o wiele łatwiej było się poruszać przy dysproporcji zasobów, ale już trudniej będzie wykorzystywać ten segment własnego potencjału wojskowego, gdy strona natowska zacznie się do niego lepiej przygotowywać i nadrabiać zaległości w tych technologiach. Szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę sprawę zasobów państw NATO i ich potencjał naukowo-badawczy.
Należy zwrócić uwagę na przywoływanie krytycznych elementów z historii zimnej wojny jak kryzys kubański (karaibski). Takie żonglowanie historią ma na celu wywarcie presji psychologicznej, szczególnie na państwach zachodnioeuropejskich. Dlatego mowa jest o postawie amerykańskiej, zbliżonej do Reagana, etc. żeby oddziaływać na część elit zachodnioeuropejskich, które wychowały się w nurcie antyamerykańskim z końca zimnej wojny. Amerykanom zaś serwuje się właśnie odwołanie do kwestii Kuby, aby przywoływać słynne napięcie, które na stałe wpisane zostało w historię tego społeczeństwa. Ewidentnie temu samemu służy mocne podkreślanie wątków związanych z bronią atomową. Chodzi o wskazanie, że jakiekolwiek formy stawiania na wzmacnianie własnego systemu obrony i odstraszania są niczym proszenie się o kolejny kryzysy rakietowy, analogiczny do sytuacji z Kubą w latach 60. XX w. Nie da się ukryć, że używając argumentów zimnowojennych, strona rosyjska stara się również wzmacniać własny wizerunek, pozycjonując się równoprawnego następcę zasobów ZSRS. Jest to więc celowy zabieg dezintegracyjny wobec przestrzeni transatlantyckiej, ale też element dążenia do zakamuflowania własnych braków i słabości. Oddaje też, oczywiście, nostalgię za czasami świetności, gdy spotkania na szczycie liderów sowieckich i amerykańskich pozwalały kreować realia międzynarodowe. Pytanie, jak mocno, próba powtórzenia tego np. przez pryzmat spotkań Putin-Biden jest też próbą wyparcia ze strony rosyjskiej, że dla Waszyngtonu o wiele istotniejsze stają się spotkania z liderami chińskimi.
Ważnym aspektem jest próba wprowadzenia kwestii zagrożenia wobec Ukrainy na pole szerszej relacji względem NATO. Co naturalne, gra już od dawna nie toczy się tylko i wyłącznie wokół możliwości zagrożenia suwerenności samego państwa ukraińskiego. Wywołanie obecnego kryzysu, co przewidywało wielu ekspertów, już dość dawno temu stało się narzędziem względem całego NATO. Co więcej, może to być próba zminimalizowania obrazu Rosji, która była i jest agresorem. Przede wszystkim, jeśli chodzi o nielegalną okupację Krymu, ale także kontrolowanie konfliktu we wschodniej części Ukrainy, gdzie raz po raz pojawia się groźba eskalacji. Co ciekawe, minister Riabkow stanowczo mówił o Krymie jako części Rosji, a więc przekaz jest nader jasny. W nowych układach, tworzonych w oparciu o rosyjskie determinanty, oprócz osłabienia więzów NATO i państw natowskich z Ukrainą ma nastąpić pełna formalizacja aneksji wykonanej za pomocą operacji wywiadowczo-wojskowej w 2014 r. Można zauważyć, że Rosja chce jak najszybciej uzyskać swoiste moratorium lub wręcz wytarcie wszelkich form agresji. Dlatego też na szalę gry z Zachodem rzucone są właśnie Ukraina, ale też Gruzja. To akurat jest jednym z największych wyzwań, przed jakim stoimy obecnie pod względem konsekwencji w przyszłości. Wszelkie ustępstwa w tym zakresie byłyby zaproszeniem do podejmowania kolejnych prób siłowego zmieniania granic i to nie tylko w samej Europie. W Polsce chyba najlepiej pamiętamy jak widoczne były skutki słabości reakcji Zachodu i wspólnoty międzynarodowej na agresję rosyjską wobec Gruzji. Przy obecnej skali konfliktów na świecie i znacznej niestabilności, tego rodzaju sygnał idący z Europy zapewne będzie miał o wiele większą siłę rażenia.
Trzeba zauważyć inny wymiar swoistych ciągot do rozmów bilateralnych ze Stanami Zjednoczonymi, o wiele bardziej pragmatyczny niż tylko sentymentalny.
Płynie z niego bowiem bardzo niebezpieczna forma swoistej pułapki założonej na partnerów w NATO. Z jednej strony, chodzi o wywołanie napięcia międzynarodowego i przekazanie następnie woli deeskalacji (klasyczna gra eskalacja-deeskalacja, wpisana w tradycję ekipy prezydenta Putina w różnych konfiguracjach). Później następuje wyciągnięcie ręki do Stanów Zjednoczonych. Ma to sugerować, że Waszyngton jest skłonny przyjmować w relacjach ze stroną rosyjską format 1+1, tworząc przy tym bardzo czytelne wrażenie realizacji rosyjskiego scenariusza. Jednakże każde tego rodzaju rozmowy ze strony rosyjskiej naturalnie będą wykorzystywane do rozbijania struktury relacji transatlantyckich. Już teraz widać możliwość wykorzystywania narracji odnoszącej się do pozycjonowania Stanów Zjednoczonych jako niepewnego partnera, który jest skłonny do rozmów ponad głowami innych. Zaś, aby Europa miała przysłowiowy głos w tego rodzaju sytuacji, należy dążyć do omijania formatu natowskiego i oczywiście zmierzać do budowania własnych kanałów komunikacji z Kremlem. Spoglądając na zróżnicowane, pod względem skali i form, analogiczne działania prowadzone w okresie zimnowojennym nie powinniśmy być w żadnym razie zaskoczeni. Szczególnie że może pojawić się realna próba, podjęta przez stronę rosyjską, do rozdzielania dwóch narzędzi wpływu – wojskowego (np. kryzys wokół koncentracji wojsk przy granicach z Ukrainą) i energetycznego (dostawy gazu) lub/i granicznego (presja migracyjna, etc.). Tak, aby było wrażenie, że pierwszy z nich wymaga właśnie relacji tylko ze Stanami Zjednoczonymi, a drugi wymaga wyłączenia Stanów Zjednoczonych i rozwijania kooperacji stricte europejsko-rosyjskiej.
Finalnie już teraz musimy uznać, że każde słowo krytyki wobec rosyjskich planów realizacji nowej formuły systemu bezpieczeństwa widzianego przez pryzmat interesów Kremla będzie postrzegane jako przejaw rusofobi; niechęci do zapewnienia bezpieczeństwa w Europie; przykład amerykańskiego militaryzmu NATO; złej woli państw takich jak Polska, Litwa, Łotwa czy Estonia nie wspominając o Ukrainie i Gruzji, etc. Trzeba być przekonanym, że obecne wydarzenia wokół Ukrainy, i to niezależnie od ich militarnego aspektu, są już teraz i będą wykorzystywane w budowaniu podziałów na linii Europa Zachodnia-Europa Środkowa i Wschodnia.
Podsumowując, Rosja użytkuje obecnie szereg narzędzi przede wszystkim z zakresu presji psychologicznej i działań informacyjnych bazujących na atutach w postaci wojska, arsenału atomowego i surowcach energetycznych. Celem jest realizacja własnych celów politycznych i geostrategicznych, przede wszystkim w części Europy, gdzie strona rosyjska utraciła znaczną część atutów. Szczególnie w ostatnich latach, gdy np. Ukraina zauważyła agresywne postawy Rosji i wobec nich postanowiła budować własne środki odstraszania. Zaś państwa NATO rozpoczęły próby dostosowania własnych sił zbrojnych oraz infrastruktury do nowej rzeczywistości. Właśnie, najprawdopodobniej ta coraz większa asertywność NATO i partnerów Sojuszu w regionie spowodowała obniżenie efektywności kluczowego rosyjskiego oręża — czyli strachu przed potencjałem wojskowym tego państwa. Zrozumienie własnego potencjału w ramach NATO i wśród kluczowych partnerów, oczywiście z całym bagażem mankamentów i twardą diagnozą sytuacji w Europie, pozwoliło przecież na wypracowywanie metod zaradczych. Trzeba spojrzeć, chociażby na obecność sojuszniczą w Polsce czy też państwach nadbałtyckich, a także w Rumunii i Bułgarii. Nie wolno tego pomijać w ocenie obecnej narracji strony rosyjskiej, bowiem pokazuje to skalę i wagę zmian, jakie zaszły na flance wschodniej. Zmian, które często możemy krytykować, zapominając o ich efektywności. Nie wspominając o projektach wzmacniających, chociażby, stronę ukraińską. W tym kontekście, tym mocniejsze obawy budzą głosy, że Niemcy za rządów Angeli Merkel wsparte przez Holandię mogły blokować zakupy dla ukraińskiego wojska od państw natowskich. Szczególnie że to Ukraina została napadnięta przez Rosję i to wojska ukraińskie są dziś stroną broniącą własnego terytorium przed zbrojną aktywnością obcych wojsk i wspieranych przez nie sił paramilitarnych.
Obecnie trzeba przy tym stwierdzić wprost, że im większe zdolności z zakresu własnej obronności i odstraszania, tym niższa wrażliwość na wszelkie próby wywierania presji przez różne pokazy siły strony rosyjskiej. Stąd też być może, Moskwa stara się obecnie już tak mocno i w dużej skali kreować swoją koncentrację wojsk przy Ukrainie- swoisty układ odpornościowy obszaru transatlantyckiego przyzwyczaił się do wcześniejszych działań o niższym poziomie narracji, czy też mniejszej koncentracji wojska i sprzętu bojowego. Stąd też najgorszym z możliwych scenariuszy byłoby dostosowanie się do warunków rosyjskich, jeśli chodzi o wytworzenie standardów w zakresie specyfiki uzbrojenia, baz wojskowych, etc. w naszym rejonie Europy. Nie mówiąc już o żadnych formach pomijania i ograniczania wsparcia dla np. Ukrainy czy Gruzji. Albowiem z jednej strony musielibyśmy wówczas zakładać i zaakceptować wytworzenie się gigantycznego podziału w ramach wspólnoty transatlantyckiej, a z drugiej ponowne osiągnięcie dysproporcji w siłach względem Rosji. Nikt bowiem nie uwierzy chyba w zapewnienia Kremla o podporządkowaniu się reżimom zbrojeń itp., wiedząc, jak to wyglądało w przeszłości w przypadku, chociażby INF. Dlatego też należy liczyć, że wspólnota wolnych państw tworzących przestrzeń bezpieczeństwa transatlantyckiego w ramach NATO i w kooperacji z partnerami wytrzyma obecną wojnę nerwów, wywołaną przez Rosję. Co więcej, wyjdzie z niej wzmocniona, jeśli chodzi o podejście do kolejnych prób szantażu ze strony rządzących na Kremlu. Powtarzalności takich akcji, biorąc pod uwagę XXI w., musimy się bowiem spodziewać.

Tekst ukazał się na stronie Defence24.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: Liberalne wiatraki

Zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE? I jak bardzo podnieść ceny? Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE