Mocarstwa kieszonkowe

Mocarstwa kieszonkowe

Doceniasz tę treść?

Dziesięcioro ambasadorów miało zostać wydalonych z Turcji w trybie natychmiastowym, po podpisaniu apelu o uwolnienie Osmana Kavali, tureckiego milionera i filantropa od czterech lat przetrzymywanego w areszcie pod bardzo wątpliwymi zarzutami. Najpierw oskarżono go o zorganizowanie demonstracji w obronie parku Gezi w Stambule, który planowali wyciąć biznesmeni związani z prezydentem Erdoğanem. Kiedy sąd go uniewinnił, to jeszcze w więzieniu aresztowano Kavali ponownie, tym razem pod zarzutem zorganizowania zamachu stanu w 2016 r.

Ambasadorowie krajów zachodnich od USA po Nową Zelandię wystąpili z listem, żądającym uwolnienia aresztowanego milionera. Ten ma wszakże pecha, bo Recep Tayyip Erdoğan bardzo go nie lubi. I po wysłaniu listu wpadł we wściekłość, zapowiadając natychmiastowe wydalenie ambasadorów (niemal bez wyjątku reprezentujących państwa sojusznicze Turcji) pod zarzutem naruszenia konwencji wiedeńskiej zakazującej dyplomatom wtrącanie się w sprawy wewnętrzne państw urzędowania. Z jednej strony spotkał się z biernym oporem własnych urzędników, łącznie z samym ministrem spraw zagranicznych, który podobno zagroził dymisją. Z drugiej wszakże wielu specjalistów prawa międzynarodowego – w tym na swoim facebookowym profilu wieloletni ambasador RP w krajach arabskich Krzysztof Płomiński – potwierdzało, że list wykraczał poza normy wyznaczone przez konwencję wiedeńską. Ostatecznie dyplomaci, w rozmowach prowadzonych w tureckim MSZ, stwierdzili, że oczywiście będą przestrzegali konwencji. Erdoğan łaskawie ogłosił, że skoro się pokajali, to na razie ich nie wyrzuci, ale jeżeli jeszcze raz… to on im pokaże. Amerykański Departament Stanu zareagował błyskawicznie. Dyplomaci zawsze przestrzegali konwencji i list absolutnie nie był jej naruszeniem – stwierdzili ludzie Antoniego Blinkena.

Pozostawiając na boku kwestię, kto miał rację w sprawie interpretacji konwencji, wypada zauważyć trzy rzeczy. Po pierwsze nieproporcjonalną do sprawy reakcję Erdoğana. Nawet jeżeli chce się dyplomatę jakoś skarcić za nadmierne ingerowanie w sprawy państwa-gospodarza, to w najgorszym razie wzywa się go na rozmowę do MSZ i wydaje stosowny komunikat. Wydala się przedstawicieli państw nieprzyjaznych i za o wiele „grubsze” sprawy. Bo sojuszników, nawet przyłapanych na szpiegostwie czy notorycznym prowadzeniu samochodu po pijanemu albo na używaniu narkotyków prosi się dyskretnie, żeby wyjechali i nie robili skandalu. Po drugie na niezwykłą skalę wydarzenia. Dziesięcioro ambasadorów z państw sojuszniczych? Takiego przypadku wydalenia nie było chyba w dziejach dyplomacji. I wreszcie kuriozalny komentarz prezydenta o sygnatariuszach listu: „Ich flagi, języki, twarze i miny są różne – wyjaśnił prezydent – ale cel jest jeden: zapobiec powstaniu wielkiej i potężnej Turcji”. Po trzecie wreszcie na pogorszenie wizerunku Turcji, jako kraju, który jest nie tylko niedemokratyczny, ale po prostu nieprzyjazny wobec Zachodu.

Komentatorzy nielubiący Erdoğana wykonują wymowny gest pukania się w czoło, powątpiewając w racjonalność myślenia i działania prezydenta Turcji. Obawiam się wszakże, że jest zdecydowanie gorzej. Otóż działanie Erdoğana nie było wybuchem niekontrolowanego gniewu. Łącznie ze słowami o zapobieżeniu „wielkości” Turcji mieści się w praktykowanym od dobrych kilku lat (co najmniej od niedanego puczu wojskowego w 2016 r.) modelu polityki Ankary. Recep Tayyip Erdoğan odwrócił dotychczasowy model polityki tureckiej obowiązujący od czasów Ataturka. Zamiast dążenia do zbliżenia z Zachodem Turcy zaczęli walczyć o odbudowę imperium osmańskiego. Co prawda Kemal Ataturk pozostaje świeckim świętym współczesnej Turcji, ale jest coraz rzadziej wspominany, a już w ogóle nie jest naśladowany. Zamiast garniturów i kapeluszy wprowadzanych siłą przez Kemala mamy nowe meczety. Zamiast zabiegów o to, by Turcja była traktowana jako część Europy mamy próby powrotu do dominacji nad sąsiednimi regionami: Bliskim Wschodem i Południowym Kaukazem. Opowieść Erdogana, czy jak to się zwykło mówić „narracja”, to historia o Wielkim Turanie rozciągniętym od chińskiego Xinjiangu aż po Albanię i północną Afrykę. I oczywiście zarządzanym przez Turków.

Pechowo dla prezydenta Turcji współczesny świat wraca do konkurencji imperiów. Tylko tych prawdziwych, a nie kieszonkowych. Ambicje przywódcy tureckiego stały się wygodnym narzędziem dla prawdziwych mocarstw. Przede wszystkim Rosji i USA. Rosjanom Turcja jest potrzebna z kilku powodów. Przede wszystkim chcą wykorzystać ambicje Erdoğana do osłabienia albo wręcz rozbicia NATO. To oczywiste, cała polityka gazociągowa Rosji,  sprzedaż zestawów rakietowych S-400 czy tolerowanie tureckiego aliansu z Azerbejdżanem są na to obliczone. Rosjanie liczą również na to, że Turcja angażując się w Azji Środkowej (a robi to coraz intensywniej) zderzy się z Chinami. Dla Moskwy powstrzymywanie ekspansji chińskiej tureckimi rękami jest dużo wygodniejsze od bezpośredniej konfrontacji z Pekinem. Na dodatek, wobec bardzo bliskich relacji turecko-pakistańskich kolizja turecko-chińska może być narzędziem osłabiającym związki Pekinu z Islamabadem, co ucieszy nie tylko Rosjan, ale także Amerykanów i Hindusów.

Polityka kieszonkowej mocarstwowości uprawiana przez Ankarę ma także poważne zalety z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych. Tureckie rojenia imperialne utrudniają życie Rosji. Temu służy wspieranie dialogu turecko-ukraińskiego czy polityka wspierania mniejszości Gagauzów w Mołdawii. W tym ostatnim wypadku jest to zabranie Moskwie niezwykle dogodnego małego separatyzmu regionalnego.

Buszowanie po bezdrożach Azji Środkowej i Kaukazu także nie martwi USA. Przeciwnie, sponsorowane przez Moskwę wyciąganie gorących ziemniaków z chińskiego ogniska leży jak najbardziej w amerykańskim interesie. Skracając fronty i wycofując się z lądowej części Eurazji, Waszyngton nie widzi powodu, by oddawać je w zarząd chiński. Aktywność turecka jest mu więc na rękę.

Można wręcz przypuszczać, że utrzymując bardzo krytyczną narrację wobec rządów w Ankarze, Amerykanie wyciągają do nich rękę między innymi w polskiej rękawiczce. Zakup tureckich dronów, ogłaszany jako wielki sukces i dowód polskiej niezależności, był co najmniej uzgodniony z amerykańskim sojusznikiem. No bo wyrzucenie Turcji z NATO nie jest tym, o czym Amerykanie marzą.

Gorzej, że asertywna polityka Erdoğana doprowadziła do napięcia w całym wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Twardy alians francusko-grecki ogłoszony niedawno i przypieczętowany zakupem francuskich łodzi podwodnych osłabia zarówno NATO, jak i Unię Europejską.

Najbardziej wszakże martwi mnie to, że rząd w Warszawie ogłasza specjalne relacje z Turcją i to nie tylko w dziedzinie woskowej. Można wręcz odnieść wrażenie, że polityka turecka stała się wzorem dla Polski.

Tymczasem zabawa w kieszonkowe mocarstwo może przynosić chwilowe korzyści propagandowe, ale jest finansowo kosztowna, a przede wszystkim, wbrew całej narracji Erdoğana, dramatycznie Turcję osłabia. Turcy cieszą się, że są obiektem zabiegów mocarstw. I oczywiście ich położenie geograficzne stanowi tutaj bardzo poważny argument. Podobnie jak członkostwo w NATO i umiarkowana jak na normy świata muzułmańskiego polityka religijna. Natomiast mocarstwowe napięcie muskułów jest obiektem zabiegów, w takim samym stopniu jak piłka jest obiektem zabiegów futbolistów. Jest nieustannie w centrum uwagi, ale wyłącznie w tym celu, by kopnąć ją w pożądaną dla siebie stronę. Naśladowanie polityki tureckiej bez aktywów wspomnianych wyżej, zalecane przecież przez część naszych ekspertów, jest w istocie działaniem samobójczym. Podobnie jak wspieranie polityki agresywnej i rewizjonistycznej, wtedy gdy polską racją stanu winna być stabilizacja za wszelką cenę. Niestety kieszonkowa mocarstwowość jest nieskuteczna, a dla krajów takich jak Polska najzwyczajniej w świecie groźna.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: Liberalne wiatraki

Zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE? I jak bardzo podnieść ceny? Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE