Tygodnie złych wróżb

Tygodnie złych wróżb

Doceniasz tę treść?

Minione tygodnie były wyjątkowo intensywne w polityce europejskiej. Oczywiście odbyło się – trwające ponad 2 godziny – spotkanie video prezydentów Bidena i Putina. Turę rozmów odbył amerykański sekretarz stanu. A. Blinken odwiedził Państwa Bałtyckie, był w Sztokholmie na szczycie ministerialnym OBWE, konsultował się ze swoimi odpowiednikami w Niemczech i Francji. Tyle oficjalnie. A prawie na pewno części rozmów i konsultacji nie podano do publicznej wiadomości.

Ważne były też rozmowy Amerykanina z ministrami państw Południowego Kaukazu. Bo konflikt Armenii i Azerbejdżanu wciąż pozostaje nierozstrzygnięty. Z liderami tych państw rozmawiał również w Soczi Władimir Putin.

No i wreszcie mieliśmy serię rozmów amerykańskiego prezydenta z liderami najważniejszych państw Europy i z grupą sojuszników z Europy Środkowej i Bałkanów.

Do tego doszły intensywne wymiany wizyt pomiędzy państwami środkowoeuropejskimi, debaty sankcyjne w Brukseli i całe mnóstwo wypowiedzi publicznych czołowych polityków i dyplomatów. Najkrócej mówiąc, wszystko to razem wygląda, jak rozstawianie na nowo figur na europejskiej szachownicy.

W tym miejscu zgodnie ze starą zasadą dowcipów można powiedzieć, że wynikają z tego zamieszania dwa wnioski: dobry i zły. Zły jest taki, że do ożywienia polityki regionalnej doprowadzili pospołu panowie Łukaszenka i Putin. Eskalacja napięcia zaczęła się od próby użycia migrantów jako broni politycznej przez białoruskiego dyktatora. Najpierw zaatakował Litwę, potem Łotwę i Polskę. Awantura graniczna, stopniowanie napięcia, granie losem tysięcy ludzi doprowadziły do kryzysu, który w założeniu autora, miał wzmocnić Łukaszenkę, doprowadzić do uznania jego władzy przez świat zachodni i udowodnić patronowi białoruskiej dyktatury w Rosji, że Aleksander Łukaszenka jest dla niego absolutnie niezbędny. A przy okazji odwrócić uwagę obywateli Białorusi od pogarszającej się sytuacji ekonomicznej i szalejących represji politycznych.

Dość szybko jednak zarządzanie kryzysem przejęła Moskwa. Po uzyskaniu faktycznego uznania swojej dominacji nad Białorusią (bo przywódcy Zachodu w sprawie Łukaszenki dzwonili właśnie do Putina) Kreml postanowił zalicytować wyżej. Kolejny już raz w tym roku Rosjanie zaczęli wzmacniać swoją obecność wojskową na granicach Ukrainy i – prawdopodobnie – organizować wewnątrz elit w Kijowie własną frakcję mającą obalić prezydenta Zełeńskiego. Alarm tym razem podnieśli Amerykanie. I tu jest ta druga – dobra wiadomość. Wydaje się bowiem, że seria kryzysów politycznych zarządzanych z Moskwy sprawiła, iż Waszyngton uznał konieczność wyraźnego zaznaczenia swojej obecności na wschodniej flance NATO.

Poprzednia rozmowa Bidena i Putina, która miała miejsce w czerwcu, w Genewie, polegała w dużej mierze na wyznaczeniu przez USA i Rosję swoich „czerwonych linii”. Warto pamiętać, że genewskie rozmowy skrócono, a komunikaty obu liderów były dość chłodne i lakoniczne. Jak się wydaje, „czerwone linie” Bidena i Putina co najmniej w kilku punktach się przecięły. Z polskiego punktu widzenia najważniejsze były zastrzeżenia Amerykanów co do obecności wojskowej Rosji na Białorusi oraz zdecydowane wsparcie dla Ukrainy.

Tym razem Rosjanie postanowili zalicytować jeszcze wyżej. Wykorzystując kryzys wywołany przez Łukaszenkę, postanowili wzmocnić napięcie i przetestować zdolność Zachodu do skoordynowanego działania. Warunek strony rosyjskiej był w istocie jeden. Prawna deklaracja, że NATO nie rozszerzy się na wschód i że kraje środkowoeuropejskie pozostaną w strefie obniżonego bezpieczeństwa.

Rozmowy kuluarowe zdawały się stwarzać nadzieję, że przynajmniej na Białorusi i na Ukrainie Amerykanie się cofną. Ale skąpe komunikaty z rozmów nie wskazują na to, by Biden zdecydowała się na istotne ustępstwa. Co więcej, ze strony amerykańskiej (ale po konsultacjach z Niemcami) popłynął komunikat, że w razie agresywnych działań wobec Ukrainy zostanie zablokowane uruchomienie gazociągu Nord Stream II. A z drugiej strony, jako zachęta Amerykanie wycofali z Kongresu pakiet sankcji skierowanych przeciwko tej inwestycji.

Równie marnie rzecz wygląda, jeśli idzie o rozszerzenie NATO. Z jednej strony Biden twardo powiedział, że rozszerzenie Sojuszu to jego wewnętrzna decyzja i Rosji nic do tego. A z drugiej, przedstawiciel Sekretarza Generalnego do spraw Kaukazu Południowego (Javier Kolomina) oznajmił, iż nie jest możliwe przyjęcie do NATO Gruzji bez gwarancji dla Abchazji i Osetii Południowej. Taka propozycja padała kilka razy z ust Sekretarza Generalnego jako sygnał (także – choć nie wprost dla Ukrainy), że Sojusz rozważa rozszerzenie bez wchodzenia w bezpośredni konflikt z Rosją. Komunikat Javiera Kolominy był w istocie obliczony na uspokojenie Rosji. Dopóki trwają zamrożone konflikty na granicach (np. okupacja Krymu), nie ma mowy o rozszerzeniu NATO.

Podobnie wypowiedział się niezwykle doświadczony dyplomata, łotewski minister spraw zagranicznych Edgars Rinkeviczs. W rozmowie z dziennikiem „Rzeczpospolita” podkreślił, że  „na razie Władimirowi Putinowi chodzi o szantażowanie Zachodu. Chce wymóc gwarancję, że Ukraina ani nie przystąpi do Sojuszu, ani nie będzie od niego otrzymywać wojskowego wsparcia”. Minister spraw zagranicznych Łotwy dodał, że „konsultacje, które przeprowadził, wskazują, że przyznanie takich gwarancji – czy to przez NATO, czy prezydenta Bidena – jest właściwie niemożliwe”. Z drugiej strony przyznał jednak, że Ukraina w ciągu najbliższej dekady raczej nie będzie mogła myśleć o członkostwie w NATO.

Polityka USA stoi wobec trudnego dylematu. Rosyjscy analitycy porównują obecny kryzys do kryzysu kubańskiego z lat 60. ubiegłego wieku, który doprowadził świat na krawędź wojny atomowej. Być może przesadnie, ale dość precyzyjnie definiuje to Marek Budzisz, pisząc, że „mamy do czynienia z najpoważniejszym, jak można przypuszczać, testem w zakresie polityki zagranicznej, przed którym staje administracja Bidena. Wynik sprawdzianu amerykańskich możliwości, jaki zarządził Władimir Putin, wpłynie nie tylko na sytuacje naszej części Europy, ale szerzej, układ sił w Azji i światową pozycję Stanów Zjednoczonych”.

Dla porządku trzeba jeszcze dodać, że test ten obejmuje nie tylko Ukrainę, ale również Białoruś i Południowy Kaukaz. Od solidarnej reakcji Zachodu zależy, czy zamiary Władimira Putina, wciąż dysponującego bardzo ograniczonymi środkami, spełzną na niczym. Co więcej, można sądzić, że kryzys rozpoczęty na granicy Polski i Litwy z Białorusią będzie podtrzymywany i używany do globalnej rozgrywki Moskwy, Waszyngtonu i Pekinu.

A co do polityki polskiej? Cóż mieliśmy spotkania niemiecko-polskie. Najpierw nowa minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock spotkała się z ministrem Rauem i prezydentem Dudą, a dzień później nowy kanclerz federalny Olaf Scholz zjechał do Warszawy na spotkanie z premierem Morawieckim. Z oficjalnego przekazu wynika, iż oboje zostali potraktowani lodowato. Zamiast dialogu o przyszłości Europy, na który liczyli niemieccy rozmówcy, Polacy urządzili im wykład o historii i przedstawili litanię żądań. Decyzja, by Warszawa była zaraz po Paryżu i Brukseli, a właściwie równolegle, bo była to jedna tura podróży obojga nowych szefów niemieckiej polityki zagranicznej, celem wizyt, miał wskazywać na dobrą wolę nowego rządu niemieckiego. Powitanie IV Rzeszą i pożegnanie żądaniem reparacji nie wydaje się dobrym pomysłem w sytuacji, gdy to Niemcy dzierżą klucz do polityki całej Europy, a Polska bezpośrednio graniczy z obszarami zagrożonymi konfliktem zbrojnym i rosyjskim rewizjonizmem.

W pakiecie mamy jeszcze kompletnie nieudane spotkanie grupy partii antyeuropejskich mające rozpaczliwie przykryć nasze osamotnienie, a wykonane w istocie na zamówienie Victora Orbána. W efekcie my płacimy cenę za fetowanie Madame Le Pen, a Orbán przyjmuje w Budapeszcie Emanuela Macrona.

Powtórzę to, co pisałem w tym miejscu już kilka razy. Rosja wchodzi w okres skrajnie asertywnej polityki, nasza armia i wszystkie struktury państwa wymagają daleko idącej reformy, a Amerykanie tylko z konieczności trzymają jeszcze resztki parasola nad Europą. To na czym powinno nam zależeć to spokój i stabilizacja oraz czekanie na otwarcie się okienka nowej smuty w Moskwie. Oraz bardzo intensywne budowanie narodowego consensusu wokół głównych celów polityki zewnętrznej Polski i jak najszybsza reforma sił zbrojnych i struktury władzy. Polityka lustrzanego odbicia tych celów może doprowadzić do nieszczęścia.

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: Liberalne wiatraki

Zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE? I jak bardzo podnieść ceny? Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE