Co się z nami stało?

Co się z nami stało?

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kryzys wywołany konfliktem w sprawie kopani Turów pokazuje, jak bardzo jesteśmy inni od naszych przodków. Nie chodzi tylko o polityczne elity, ale o naród – a przynajmniej znaczną jego część – który wyżej ceni spokój niż realizację własnych interesów.

Gdy w 1918 roku kończyła się I wojna światowa i stawało się jasne, że wszyscy zaborcy ponoszą klęskę, Polacy nie czekali, aż zwycięzcy darują nam państwo. Zdawali sobie sprawę, że gmatwaninie interesów światowych mocarstw odbudowywana Rzeczpospolita nie tylko nie będzie tematem najważniejszym, ale może nawet przeszkadzać w budowie nowego układu sił. Dlatego, aby odgrywać jakąkolwiek rolę w układanej ponownie Europie, musieli sami wywalczyć sobie pozycję. Ten słaby wówczas kraj, który nie miał wytyczonych granic, składał się z trzech osobnych właściwie organizmów państwowych (z różnymi systemami prawnym, podatkowymi, a nawet odmiennymi systemami miar). Był jednak w stanie mocno rozepchnąć się w regionie. W ciągu trzech lat zwycięsko wyszedł z konfliktów z: Niemcami (i to dwa razy, bo w Powstaniu Wielkopolskim i Powstaniach Śląskich), Ukraińcami, Litwinami i wreszcie bolszewikami, którzy pragnęli czerwony sztandar rewolucji zanieść do pogrążonego w chaosie Berlina, a może i dalej.

Na marginesie należy przypomnieć, że wojna z sowiecką Rosją pokazała prawdziwe sojusze. Węgrzy dostarczyli nam całe zapasy amunicji, Finowie broń, Francuzi przysłali wojsko i pomogli w przetransportowaniu Błękitnej Armii gen. Józefa Hallera, Amerykanie – pilotów. Czesi natomiast zajęli polski Cieszyn, gdyż wiedzieli, że zaangażowana w wojnę z bolszewikami polska armia, nie będzie w stanie zareagować. Zgodnie z ustaleniami traktatu wersalskiego w mieście tym miał odbyć się plebiscyt, po którym na pewno przypadłoby ono Rzeczpospolitej, gdyż żywioł polski był tam dominujący. Ta bezprawna aneksja miasta oraz późniejsze traktowanie przez Czechosłowację polskiej mniejszości jako obywateli drugiej kategorii było zresztą jedną z głównych przyczyn fatalnych relacji polsko-czeskich w okresie międzywojennym. Ale wówczas był to tylko margines naszych problemów.

Istotniejsze jest stwierdzenie, że gdyby nie zdecydowana postawa ówczesnych Polaków – najważniejsze jest zachowanie narodu jako całości, gdyż same elity niczego same nie dokonają – doprowadziła do tego, że II Rzeczpospolita nie została sprowadzona do roli kadłubowego państewka znajdującego się na łasce wielkich, wrogo nastawionych sąsiadów. Mogła odgrywać znaczącą rolę w europejskiej polityce, a jej potencjał sprawił, że nie było możliwe zorganizowanie drugiej konferencji w Monachium, by oddać nas Hitlerowi. Dla Niemiec wojna z Rzeczpospolitą oznaczała wywołanie światowego konfliktu, który prędzej czy później musiał sprowadzić na nich klęskę.

No to puśćmy na chwilę wodze fantazji i wyobraźmy sobie, co by się stało z odradzającą się II Rzeczpospolitą, gdyby ówcześni Polacy (oraz część elit) przejawiali stan ducha mieszkańców III Rzeczpospolitej z początku XXI wieku. Strach przed europejską i światową opinią publiczną zdusiłby zdolność do domagania się Kresów Wschodnich. Obawa przed Niemcami pozbawiłaby nas Śląska i najprawdopodobniej części Wielkopolski. W imię ułożenia się z Ukraińcami oddalibyśmy Lwów, a z Litwinami Wilno. By nie drażnić bolszewików, w najlepszym razie doprowadzilibyśmy do finlandyzacji malutkiej Polski. Malutkiej, gdyż z pokorą czekalibyśmy na sprawiedliwe – jak zawsze – decyzje mocarstw, choć wiadomo, że chciały wyznaczyć granicę II Rzeczpospolitej na Bugu. Najtrafniej tę postawę charakteryzowały chyba słowa byłej premier Ewy Kopacz, która przekonywała, że w sytuacji konfliktowej najlepiej zamknąć się w domu i się nie wychylać.

Być może dzięki takiej postawie w okresie dwudziestolecia międzywojennego mielibyśmy lepsze relacje z sąsiadami, ale setki tysięcy, a może miliony Polaków ze wschodnich rubieży I Rzeczpospolitej skazalibyśmy na śmierć (operacja polska prowadzona przez sowietów na Kresach objęłaby wówczas znacznie większą liczbę naszych rodaków), a mniejszość z Niemiec i Litwy na prześladowania na tle narodowościowym.

Niestety, prawdziwa Realpolitik polega na bezwzględnym dbaniu o własne interesy. Nawet jeśli oznacza to konflikty z sąsiadami czy organizacjami międzynarodowymi. Właściwie można nawet stwierdzić, że nie da się realizować istotnych celów bez takich sporów.

Jaka była cena na przykład dobrych relacji z Niemcami w ostatnich dekadach? Zrezygnowaliśmy z budowy elektrowni atomowej, gdyż wywoływało to protesty w nadgranicznej Brandenburgii. Opóźniliśmy budowę gazoportu w Świnoujściu. Zlikwidowaliśmy polski przemysł stoczniowy, który Niemcy zrestrukturyzowali, dofinansowali i wyprowadzili na prostą. Rozwiązania prawne zastosowane przy budowie autostrad spowodowały, że co prawda drogi powstały, ale zarobiły głównie konsorcja zagraniczne, w większości niemieckie. Polscy podwykonawcy poszli za to z torbami.

Tego rodzaju przykładów jest znacznie więcej, ale możemy być pewni, że żadne ustępstwo nie wiązało się z realnymi korzyściami dla Polski. Te musieliśmy wywalczyć sobie sami. Ciężką pracą milionów obywateli, sprytem i rzutkością naszych przedsiębiorców i determinacją w dążeniu do państwowej podmiotowości, jaką przejawia część naszych elit.

Podobnie wyglądały relacje z Litwą. Polacy – z niezrozumiałych względów – uważali, że kraj, z którym kiedyś tworzyliśmy jedno mocarstwo, będzie naszym naturalnym sojusznikiem. Nie zwracając uwagi, że współczesna Litwa została zbudowana na antypolonizmie, nasze elity patrzyły na sąsiada z Północy jak na niesforne dziecko, który musi dojrzeć. Dopiero urealnienie relacji spowodowało, że Wilno zaczęło dostrzegać w Rzeczpospolitej partnera, z którym łączą je wspólne interesy.

Analogiczna była sytuacja z Ukrainą, na którą – pewnie z powodu żywej ciągle idei Jerzego Giedroycia – nasze elity patrzyły z paternalistyczną wyrozumiałością. Jakby nie dostrzegając, że Kijów orientuje się raczej na Moskwę lub Berlin, a nie na Warszawę. Sytuację może zmienić dopiero poczucie wspólnego interesu, który w polityce jest znacznie silniejszym afrodyzjakiem niż mgliste poczucie wspólnoty i tradycji.

Spór z Czechami o Turów u dużej części polskich polityków i komentatorów przywołuje ponownie chęć ustąpienia w imię dobrosąsiedzkich relacji. Nie pamiętają, że nawet w stolicy niewielkiego państwa rodzaju myślenie wywołuje raczej uśmiech politowania, a nie szacunek. Przecież nie w imię przyjaźni rząd w Pradze blokował sprzedaż polskiego drobiu i innych produktów spożywczych na czeskim rynku. Po prostu dostrzegł, że ich firmy przegrywają konkurencję i postanowił im pomóc. Nawet nie z niechęci do Polski, ale z powodu dbania o własne interesy. W tego rodzaju sporach najlepszym sposobem odbudowania relacji jest adekwatność. Jeśli Czesi nie spodziewają się ze strony polskiej retorsji, nigdy nie zatrzymają się przed podobnymi atakami.

I nie chodzi tu o samo sedno sporu. Być może nawet czeskie roszczenia są słuszne i wymagają działań ze strony Polski. Jednak niechęć doprowadzenia do rozwiązania problemu na drodze kompromisu jest sygnałem, że nie chodzi o spadek poziomu wód gruntowych, ale o politykę. A na tym polu nie ma miejsca dla słabych i ustępliwych.

Inne wpisy tego autora

Unijna zawierucha

Debata w Parlamencie Europejskim to rodzaj rytuału, w którym prawda nie ma żadnego znaczenia. Nawet najcelniejsze i najbardziej logiczne argumenty i tak rozbiją się o

Najtrudniejsze wyzwanie przed nami

Dążenie do ukarania Polski za niewykonanie wyroku TSUE w sprawie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego oznacza, że niechybnie zmierzamy do reformy Unii Europejskiej. W najbliższych latach

Nowa twarz rewolucji

Po słowach o tym, że krzyż powinien zniknąć z instytucji publicznych, Donald Tusk stał się przedmiotem drwin, gdyż natychmiast przypomniano mu zdjęcia z rodziną przy