Nastolatki do pracy? To świetny pomysł, byle z głową

Nastolatki do pracy? To świetny pomysł, byle z głową

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Media społecznościowe rozgrzała dyskusja – czy nastolatki powinny pracować. Argumenty używane w dyskusji pokazują nie tylko dramatyczne różnice w postrzeganiu sytuacji uczestników dyskusji, ale też absurdy prawne otaczającego nas świata. Więc jako ojciec trójki dzieciaków (choć już praktycznie dorosłych) napiszę jednoznacznie: „Do roboty! Byle z głową”.

Spór, o którym wspomniałem, jest dość zawiły. Zaczęło się od lewicowej aktywistki zbierającej w Internecie na komputer. Dorosła kobieta, działaczka szukała sponsorów na sprzęt. Wywołało to serię złośliwych komentarzy, a dziennikarka Agnieszka Gozdyra (Polsat) wrzuciła „zdjęcie-ogłoszenie” nastolatków szukających pracy, w postaci świadczenia dobrych usług. Zdjęcie wywołało szereg pochlebnych komentarzy (no, młodzi pracują, brawo), ale też sprowokowało tekst w serwisie Krytykapolityczna.pl pt. „Nastolatki do roboty? To ponury pomysł. Nie róbcie tego swoim dzieciom”, w którym autor Piotr Wójcik skrytykował pomysł pracy nastolatków.

Sięgnął po 2 typy argumentów – prawne, że chcą pracować za długo, są gotowi nosić zbyt ciężkie przedmioty, że nie każdy nieletni może pracować. Drugi typ to argumenty – nazwijmy je roboczo – spocjologiczno-edukacyjne. Na podstawie głównie amerykańskich badań stwierdzał, że na pracy cierpi nauka, młodym pracującym grozi alkoholizm i narkotyki, ale też – co jest argumentem ważnym – że zarabiając na swoje potrzeby, zaczynają lekceważyć szkołę.

No więc rozumiejąc co Piotr Wójciek napisał, jasno powiem, że jego argumenty w tym akurat przypadku są po prostu nietrafione.

Analizując ogłoszenie nastolatków widać, że z formalnego punktu widzenia nie szukają oni pracy. Dzieciaki zgłaszają gotowość świadczenia drobnych usług, w określonych godzinach, w określonym zakresie. To oczywiście drobne, dorywcze prace fizyczne. Tu ewidentnie chęć zarobienia kilkunastu, kilkuset złotych, a nie próba trwałej, idiotycznej zmiany w życiu, w stylu – „idę do pracy, rzucam szkołę, zarobię miliony”.

Analizując tę kwestię od strony prawnej, bardziej widzę tu „nierejestrowaną działalność gospodarczą nieletnich”, niż szukanie stałej pracy. I to – z punktu widzenia prawa – jest kluczowe.

Tym samym obawy, że okazjonalne zajęcie zniszczy karierę edukacyjną, wydają się być absolutnie chybione. Ale tu warunek – jeśli ta działalność czy „parapraca” będą prowadzone z głową. Faktycznie – w niewielkim wymiarze czasu, bez zarywania godzin nauki, w warunkach adekwatnych do możliwości nastolatków. Ale też bez gorsetu rozwiązań z prawa pracy stosowanych wobec młodzieży będącej na stałej praktyce czy formalnie przyuczającej się do zawodu.

Z drugiej strony jest oczywiste, że „usługi” świadczone przez małoletnich muszą być dostosowane do ich możliwości fizycznych. Oczywiste jest, że nie można powierzać im drogiego sprzętu i zlecać zadań specjalistycznych. Ale też za oczywiste uważam, że wynagrodzenie musi być adekwatne do jakości usług i czasu ich świadczenia. Zaryzykuję wręcz tezę, że ostrożnie można posługiwać się minimalną stawką godzinową przy wycenie ich pracy. I piszę to, mając pełną świadomość, że stawka minimalna godzinowa nie dotyczy działalności gospodarczej, a tym bardziej „nierejestrowanej działalności”.

Z pewnym rozbawieniem przyjąłem informację o tym, że małoletnim grozi narkomania. To wynik amerykańskich badań nad małoletnimi pracującymi. Tak, jeśli ktoś musiał zmienić styl życia, zawala szkołę i pracuje, aby przeżyć, to jest to groźna sytuacja dla młodego człowieka. Rzecz w tym, że to dotyczy osób w głębokim kryzysie rodzinnym i społecznym. Przykładanie do takiej sytuacji dwójki nastolatków chcących wyłącznie dorobić to absurd. Oni są w zupełnie innej sytuacji życiowej.

Zresztą o stronie prawnej i badaniach można dyskutować bez końca. Ważniejsze jest coś innego – na drobne usługi, które chcą świadczyć młodzi ludzie, istnieje naturalny rynek i nie jest to rynek krwiożerczych korporacji. To rynek sąsiadek, które nie są w stanie odśnieżać chodnika, to rynek właścicieli domów, których nie stać na profesjonalne usługi ogrodnicze, a mogą zapłacić 30 zł za skoszenie trawnika. To tysiące, dziesiątki tysięcy drobnych zleceń. Żadnej zorganizowanej pracy, żadnego systemu zależności. Prosta usługa, za opłatę tak niską, że żadna profesjonalna firma nie spojrzy na takie zlecenie.

Dla lewicowych przeciwników pracy młodzieży mam złe wieści – struktura demograficzna ludności w Polsce jednoznacznie pokazuje starzenie się społeczeństwa, w dodatku bardzo szybkie. Zapotrzebowanie na drobne usługi będzie rosło. Drobne zlecenia będą naturalną częścią „srebrnej gospodarki”. Co więcej, młodzi i bardzo młodzi ludzie powinni po takie zlecenia sięgać i to z kilku powodów.

Po pierwsze, w polskim społeczeństwie, względnie biednym, praca młodych może pomóc w zaspokajaniu uzasadnionych potrzeb młodych ludzi. Uzasadnionych potrzeb. Oczywiście, co to jest „uzasadniona potrzeba” możemy się pospierać. Lewicowy aktywista ma prawo wierzyć, że zbiórka publiczna na komputer aktywisty/aktywistki to lepsze rozwiązanie, niż praca. Były lider liberalnej partii ma prawo wierzyć, że komputer kosztuje 300 zł i każdy może dziecku go kupić. Ale tak czy inaczej, większość na swoje komputery (po 2–3 tys. zł) jest gotowa zarobić. Bez ryzyka obciachu i bez wiary w to, że można go nabyć za półdarmo.

Po drugie, i to ważniejsze, praca małoletniego daje mu realne przygotowanie do życia, pozwala poznać wartość zarobionego pieniądza. Inaczej wydaje się kieszonkowe od rodziców, inaczej samodzielnie zarobione pieniądze. Bo samodzielne zarabianie racjonalizuje podejście do zakupów, pozwala poznać realną wartość rzeczy. Młody człowiek przestaje myśleć w kategoriach „40 zł od rodziców”, zaczyna myśleć w kategoriach „2 godziny pracy”. To bezcenne doświadczenie życiowe, to ogromna nauczka na przyszłość. To też swoisty test – co potrafię, a co nie. To lepsza weryfikacja własnych umiejętności, niż teorie wypisywane w mediach społecznościowych.

Po trzecie, satysfakcja. Mimo niezłych warunków materialnych w domu już jako nastolatek pracowałem. Niewiele, dorywczo, ale regularnie. I napiszę wprost – satysfakcja z niewielkich wypłat była ogromna, nawet jeśli wypłaty w końcówce PRL były one obiektywnie żałosne. I mimo swojej mizerii (za miesiąc pracy zarabiało się równowartość rynkową np. 15 USD, wiem, że młodzieży dziś trudno w to uwierzyć) dawały poczucie satysfakcji.

Ale też przyznam – nigdy na nic nie zbierałem w necie, nie wiem zatem, ile satysfakcji daje zebranie kasy na komputer na publicznym forum.

Jest jednak jeszcze jedno. Piotr Wójcik na łamach Krytykipolitycznej.pl przytoczył mnóstwo przepisów regulujących pracę młodych. Tak jak już napisałem, uważam, że nie mają one zastosowania do świadczenia okazjonalnych usług. Jednak przytoczenie tych przepisów jest cenne z dwóch powodów. Z jednej strony pokazuje, jak mocno regulowany jest rynek pracy. I każe zadać pytania czy nie ma tu nadmiernej regulacji. Czy zapis, że w dniu nauki praca ma trwać do 2 godzin, ma jakikolwiek sens? A może lepiej zapisać, że w dniu nauki łączny czas nauki i pracy nie powinien przekraczać 6 godzin? To bardziej elastyczne i racjonalne.

Natomiast jedna kwestia nie powinna budzić wątpliwości. Czy praca, czy „świadczenie usług” przez małoletnich to ważna kwestia nadzoru i zdrowego rozsądku. Dźwigania mniejszych ciężarów, zlecania prac bezpiecznych, ochrony wynagrodzenia, nawet w relacjach nieformalnych. Więc zatrudniajmy młodych, wyjdzie im to na zdrowie. Ale zatrudniajmy i zlecajmy usługi – z głową.

Inne wpisy tego autora

Urzędnik da umowę o pracę? Jest taki projekt

Czy urzędnik będzie decydował o kształcie umowy między przedsiębiorcą a jego współpracownikiem/pracownikiem? Państwowa Inspekcja Pracy chciałaby takich rozwiązań. Osobiście wolę, by spory pracownik–pracodawca rozstrzygał jednak