Dyskretny urok dyscypliny

Doceniasz tę treść?

Aleksander Bocheński uważał, że największą wadą Polaków jest brak dyscypliny. – Właśnie z tego powodu utracili swoje państwo w XVIII wieku, a potem nie potrafili obronić odrodzonej Rzeczpospolitej – można by dodać. Ma rację, także dzisiaj brak dyscypliny nie pozwala Polsce grać na arenie międzynarodowej na miarę swoich możliwości i ambicji, podmywa też nasze wewnętrzne życie polityczne.

Ta narodowa przypadłość nie jest etnograficzną ciekawostką, ale fundamentalnym problemem dla bezpieczeństwa kraju. W jej efekcie bowiem osłabiamy możliwości działania naszego państwa. Podminowujemy fundament, na którym siedzimy i mur, który nas chroni.

Dyscypliny nie ma klasa polityczna, to prawda. Przede wszystkim jednak nie mają jej obywatele. Ci, którzy łamią nagminnie przepisy i ograniczenia wprowadzone przez ich własne państwo, przez wybrane przez nas legalnie rządy. Te, czy inne – nieistotne. Istotna jest legalność sprawowania władzy, a nie poglądy polityczne. Dyscypliną pogardzają ci, którzy łamią przepisy drogowe, nie noszą maseczek w pandemii, palą papierosy w miejscach publicznych, piją tamże alkohol i nie sprzątają psich kup na trawnikach. Dlaczego to czynią? Bo wiedzą lepiej, co jest dla nich dobre, a co złe. Dla nich samych, co najwyżej wraz z rodziną. Nie biorą przy tym ani na jotę pod uwagę, co jest dobre dla wspólnoty.

Psia kupa na chodniku podważa bezpieczeństwo państwa? Fakt, brzmi to groteskowo, ale groteskowe wcale nie jest. Chodzi bowiem o samą konstrukcję czynu – nie robię tego, co nakazane, ponieważ wiem lepiej, sam decyduję, co czynić. Owa psia kupa jest oznaką samowoli, pogardy dla wspólnoty. Dziś właściciel pieska nie posprząta, ktoś inny wypije „niewinnie” ćwiartkę na ławce w parku, a jutro – w czas próby – nie stawi się na mobilizację, albo ucieknie z wyznaczonego mu posterunku, narażając innych. Ignorowanie drobnych zakazów buduje atmosferę anarchii i społecznego przyzwolenia na warcholstwo. Nadmiar wprowadzanych przepisów i niechlujstwo prawne też robi swoje to fakt, ale gdyby było ich mniej, gdyby legislacja była staranniejsza, czy nasza postawa by się zmieniła? Wątpliwe.

Pandemia pokazała cenę braku dyscypliny. Wielu z nas umiera, bo miłośnicy swobody decydowania postanowili się nie szczepić, nie nosić maseczek, odwiedzać tłumnie miejsca publiczne. To już nie jakaś psia kupa, ale ludzkie życie. Zbyt wielu z nas nie poważa interesu wspólnoty, zbyt wielu z nas ma ją za nic.

Niestety dotyczy to także niektórych publicystów. Głoszą konieczność zachowania swobody obywatela niemal w każdych okolicznościach. Pytanie tylko, kto jest tym obywatelem, ilu jest ludzi, którzy poczuwają się do obywatelstwa, nie tylko w sensie formalnym, ale tym zgodnym z podstawowym znaczeniem tego słowa? Ilu chce wypełniać obowiązki obywatelskie bez przymusu prawnego?

W dawnych systemach przedstawicielskich obywatelami był drobny procent populacji, co oddawało stan rzeczy, gdyż właśnie drobny procent populacji brał na siebie obywatelskie obowiązki, miał przygotowanie i kompetencje do brania udziału w życiu politycznym. W Wielkiej Brytanii na przykład przed przełomową reformą systemu wyborczego w 1832 r. prawo wyborcze miało 2 proc. ludzi. Po owej rewolucyjnej zmianie udział ów wzrósł do… 4 procent. Obecnie społeczeństwa są oczywiście dużo lepiej wykształcone, ale i tak założenie, że ich wszyscy dorośli członkowie mają jednakowe wyrobienie polityczne, że posiedli cnoty obywatelskie, jest czystą demagogią.

Powszechne prawo wyborcze to wielki dorobek i nie ma co podnosić na nie ręki. Trzeba jednak zaiste być mocno użądlonym ideologicznie, aby zakładać, że wszyscy oni będą się zachowywać po obywatelsku. Pisząc o prawach i wolnościowej postawie, wielu publicystów, piszę o sobie i swoich znajomych nie o populacji, jako takiej. Ich wolność, z pewnością odpowiedzialna i propaństwowa, dla wielu innych jest wolnością picia wódki na ławce w parku. Tyle i nic więcej.

Może zatem nakazy i zakazy wprowadzane przez legalne władze nie są wcale takie złe, choćby raziły wolnościowca swoją arbitralnością? Może ich stosowanie wychowałoby nas w końcu do dyscypliny i odpowiedzialności za to, co wokół, za państwo? Może przestrzeganie najprostszych przepisów bez ich podważania na każdym kroku w imię wolności służy jednak dobru wspólnemu? Może na końcu tej marszruty złożonej z drobnych kroczków będzie silne państwo chroniące wspólnotę jako całość?

Dyscyplina nie godzi w wolność, przeciwnie jest jej strażniczką. Co komu po wolności w upadłym państwie? W takiej Somalii wolności jest pod dostatkiem, ale nikt tam jakoś nie chce żyć, jeśli nie musi. Dyscyplina nie ma nic wspólnego z musztrą i rygorem, opresją. To samoograniczenie, również samoograniczenie własnej wolności w imię dobra wspólnego – przetrwania i rozwoju państwa. To dojrzałość, w przeciwieństwie do infantylnego, wolnościowego warcholstwa.

Warto spróbować takiego samoograniczenia, póki nie jest za późno. Zacząć można choćby od dyscypliny słowa.

Inne wpisy tego autora