Co dalej z Unią?

Co dalej z Unią?
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ostatni miesiąc przyniósł wiele wydarzeń determinujących relacje Polski, a dokładnie polskiego rządu, z Unią Europejską. „Brukselski okupant” wypłacający Europosłom PiS sowite pensje, w kuluarach oznajmia, że kończy mu się cierpliwość do polskiego partnera i szantażuje rząd Mateusza Morawieckiego narzędziami, które sam rząd dał Komisji Europejskiej do ręki. Dodatkowo mamy do czynienia z zalążkiem nowej fali migracyjnej wspomaganej przez łukaszenkowską Białoruś w celu destabilizacji sytuacji politycznej w Europie. Politycy spod patronatu Zbigniewa Ziobry oraz marszałek Terlecki rozpoczęli oswajanie z hasłem Polexitu, które wcześniej funkcjonowało na marginesie politycznym. Jaka przyszłość czeka relacje polsko-unijne wobec rosnących napięć?

Kiedy na granicy polsko-białoruskiej pojawili się imigranci, bardziej uważny czytelnik mógł skojarzyć sytuację z wcześniejszą podobną próbą przerzutu migrantów przez białoruskie służby na granicy z Litwą i Łotwą. Gazety polonijne informowały o krokach litewskich władz takich jak pospieszne budowanie płotów czy instalacje drutów na granicy, Litwa i Łotwa ogłosiły również swoje stany wyjątkowe, jednak mniej restrykcyjne od polskiego. Litwa niezwłocznie zwróciła się do KE po pomoc i otrzymała zielone światło do budowy muru. Dodatkowo Litwa rozpoczęła informacyjną kontrofensywę i zwróciła się do Iraku, przekazując dowody na postępowanie białoruskich służb wobec obywateli Iraku, co spowodowało tymczasowe wstrzymanie połączeń lotniczych na linii Bagdad–Mińsk, które wcześniej stanowiły część trasy nielegalnego przerzutu. Po działaniach litewskiego rządu, ruch na granicy naturalnie zmalał, a PiS, który zignorował problem, ograniczając się do niewiele wnoszących deklaracji, został „zaskoczony” taką samą strategią służb białoruskich na granicy z Polską.

Kiedy jednak migranci pojawili się na granicy polskiej i zostali otoczeni przez Straż Graniczną, odpowiedzią opozycji była propozycja wpuszczenia imigrantów do Polski i zapewnienia im miejsc w ośrodkach dla cudzoziemców. Nadzieją dla tych środowisk miała być Unia Europejska. Spodziewano się nagany wobec PiS za bezduszność, nieprzyzwoitość, znęcanie się i brak poszanowania praw człowieka. Taki głos jednak nie przyszedł i na ringu politycznej dyskusji o losie imigrantów środowiska opozycji pozostały same, bez unijnego wsparcia. Dlaczego?

Przede wszystkim Unia Europejska wyciągnęła wiele istotnych wniosków z przebiegu kryzysu migracyjnego z 2015 r. Ówczesna polityka otwartych drzwi zaproponowana przez Angelę Merkel przyniosła ogromną destabilizację Unii Europejskiej. Następstwa kryzysu migracyjnego z 2015 r.? 2015 i 2016 – fala terroru ze strony imigranckich członków ISIS, poparcie części islamskiej społeczności dla rewanżyzmu wobec państw Zachodu, gwałtowny wzrost przemocy, kradzieży, gwałtów, maskowanie statystyk i cenzurowanie informacji o pochodzeniu przestępców. W konsekwencji Unia Europejska utraciła przychylny jej rząd PO–PSL w Polsce już w 2015 r., w 2016 r. wzrost antyimigranckich haseł doprowadził do Brexitu. We wszystkich państwach UE drastycznie wzrosło poparcie dla ugrupowań prawicowych i antyunijnych – hiszpański VOX urósł z niczego do 15%, we Włoszech dwie prawicowe partie panują w sondażach, we Francji pozycję wzmocniła Marine Le Pen, a w Niemczech zyskał AfD. Otwarcie nowego kryzysu migracyjnego, użycie tych samych metod wobec państw UE jak nacisk na otwarcie granic, nieudolna relokacja, wzrost antagonizmów społecznych utorowałby drogę dla AfD w dojściu do władzy już pod koniec września br. w Niemczech wobec wyborów parlamentarnych i ustąpienia Angeli Merkel. Partia populistyczno-prawicowa u steru niemieckiego rządu byłaby dla UE katastrofą. Wsparci w kwietniu 2022 r. przez nową Prezydent Le Pen, mogliby położyć kres Unii Europejskiej. Twarda postawa i wsparcie dla Litwy i Polski wobec przerzutu migrantów do UE to polityczna konieczność ze strony Komisji Europejskiej w celu ocalenia żywota brukselskiego kolosa. Dodatkowymi argumentami, które KE musiała brać pod uwagę, jest m.in. konsekwentność – skoro KE wyraziła poparcie dla budowy muru przez Litwę, nie może ona ordynarnie zaprzeczyć samej sobie i potępić takie samo zachowanie ze strony Polski. Dlatego też ci, którzy sprzeciwiają się działaniom rządu i Straży Granicznej, mogą przestać liczyć na wsparcie ze strony UE, ponieważ ono, głównie ze względów politycznych, nie nadejdzie.

Osobną kwestią, która doprowadziła do wprowadzenia sztandaru z hasłem „Polexit” przez Ryszarda Terleckiego i Janusza Kowalskiego jest spór o praworządność. W tej sytuacji pozostaję bezwzględnie po stronie Unii Europejskiej – ale nie dlatego, że taki jest mój pogląd, tylko dlatego, że strona prawicowa (Konfederacja) i populistyczno-prawicowa (PiS) opiera się w tym sporze na kłamliwych argumentach. Dodatkowo to właśnie z rąk PiS Unia Europejska uzyskała liczne kompetencje dyscyplinarne wobec Polski. Konfederacja buduje swoją argumentację na niechęci do UE – nie lubimy ich, więc nie przestrzegajmy prawa unijnego, co nam zrobią? Następnie, gdy UE przechodzi od słów do czynów, rozlega się larum, że Unia przecież tak nie może. Taki pogląd jest oczywiście na gruncie rozumowania prawniczego nie do wybronienia. A jak do sprawy podchodzi PiS?

Pozwolę sobie przytoczyć fragment rozmowy w innym temacie, która miała miejsce na antenie TVP. Poseł Jakub Kulesza wspomina, że lex specialis derogat lex generalis, na co redaktor Klarenbach odpowiada „a czyjego prawnika jest to pogląd?”. Na tej zasadzie PiS buduje swoje argumenty –  lecz nie walczy on z przeciwnym poglądem, a atakuje logikę prawniczą, a ta jest wobec populistów wrogiem bezwzględnym i zawsze zwycięskim. Jeśli jako Polska, w drodze procedury demokratycznej przyjęliśmy na siebie zobowiązanie do przestrzegania minimalnych standardów odnoszących się do zasad praworządności i wyposażyliśmy TSUE w kompetencję rozstrzygnięcia w tym przedmiocie, to znaczy, że TSUE może określić, co jest standardem praworządności. I tak określił, że elementem praworządności jest niezawisłość sądów. Sąd zależny nie może być nazywany sądem, ponieważ przeczy roli i pozycji sądownictwa w państwie demokratycznym. Tym samym wszystkie kraje Unii muszą stosować się do tego standardu, gdyż jednolita wykładnia jest kluczem stabilności i funkcjonalności systemu prawa. Istnienie Unii Europejskiej nie miałoby sensu, gdybyśmy byli tam tylko „for fun”, bez stosowania się do prawa unijnego i zobowiązań wynikających z Traktatów. Wówczas z UE mielibyśmy Ligę Narodów-bis, a zakończenia tej historii przypominać nie trzeba. Polska nie może uprawiać cherry pickingu zobowiązań, które jej pasują.

Dodatkową kwestią wstrzymującą akceptację polskiego planu na Fundusz Odbudowy jest złożony przez Premiera Morawieckiego wniosek o zbadanie nadrzędności polskiej Konstytucji nad prawem UE. Pogląd ten był rzeczywiście rzetelnie debatowany przed 2015 r. Niestety, obecnie uległ on plemionizacji. Plemię opozycji wyśmiewa każdego, kto stwierdzi, że Konstytucja RP ma pierwszeństwo przed Traktatami, a plemię PiS wyzywa od zdrajców każdego, kto uzna wyższość TUE i TFUE. Sprawa nie jest jednak prosta z punktu widzenia litery prawa, ponieważ z jednej strony to z Konstytucji wynika legitymizacja prawa międzynarodowego w polskim porządku prawnym oraz Konstytucja stanowi hierarchicznie akt najwyższy. Z drugiej jednak strony, powinniśmy mieć na uwadze, że obecność w Unii Europejskiej wiąże się z przyjęciem zobowiązania do przestrzegania Traktatów. Jest to zagadnienie skomplikowane i złożone, wymagające odpolitycznionego spojrzenia. Niestety, obawy unijnych urzędników są uzasadnione i decyzja o nieakceptacji polskiego planu słuszna (z punktu widzenia kompetencji UE), ponieważ obecny trybunał konstytucyjny nie stanowi żadnej gwarancji uczciwego i praworządnego rozstrzygnięcia w tej materii.

Konflikt prawno-polityczny pomiędzy rządem PiS a Komisją Europejską największą niekorzyść przynosi przede wszystkim obywatelom Polski – pomimo pozornego przekonania, że spór o sądownictwo to jakaś odległa od codzienności walka o interes „kasty”, to w rzeczywistości walka rozgrywa się o to, czy idąc do sądu będziemy mieli chociaż minimalne poczucie bezpieczeństwa i wolności od politycznego nacisku. Czy możemy jednak rzeczywiście mówić o nadchodzącym Polexicie? Z bardzo dużym prawdopodobieństwem – nie. UE sama nie ma uprawnień do wyrzucenia Polski ze wspólnoty, lecz może stosować kary i środki dyscyplinujące. PiS do rozpoczęcia procedury Polexitu musiałby w pierwszej kolejności przynajmniej zorganizować w sprawie referendum, a obecnie 89% Polaków chce pozostania w Unii. Nawet wśród wyborców PiS chęć wyjścia z Unii jest niewielka. Niestety, rzekoma obrona suwerenności przed „okupantem” to kolejna tania zagrywka rządu na zbudowanie przekonania o oblężonej twierdzy na potrzeby wewnętrznej propagandy. PiS nie ma argumentów merytorycznych, nie ma argumentów prawnych, by odeprzeć kontrofensywę KE i TSUE, ponieważ racja leży bezwzględnie po stronie Unii – co ciekawe wyłącznie dzięki regularnemu przekazywaniu kolejnych kompetencji Unii przez sam PiS. Partia zwyczajnie potrzebuje wskazania kolejnego wroga w celu mobilizacji elektoratu wobec pogłębiającego się kryzysu i inflacji, która coraz bardziej zagląda do portfeli wyborców także i PiS-u. Władza to widzi i potrzebuje skierowania uwagi opinii publicznej na tanie resentymenty i chwyty pozwalające pozować się na obrońcę narodowej wspólnoty – jednocześnie szkodząc tej wspólnocie potrójnie – raz w momencie oddania kompetencji do instytucji unijnych, dwa w momencie naruszania prawa i narażania się na sankcje nakładane w ramach przekazanych kompetencji, trzy w momencie ograniczania praw obywatelskich do niezależnego sądownictwa czy blokując przyznane Polsce dofinansowania.

Inne wpisy tego autora

Włoska bitwa o lockdown

Lockdown w europejskim wydaniu, tj. w kształcie próby pogodzenia ograniczania mobilności społeczeństwa z poszanowaniem tradycyjnego katalogu wolności obywatelskich nie wypalił. Jednocześnie przyczynił się do kryzysu

Zbrodnia na rządach prawa

Jakość i standard polskiej legislacji od dawna pozostawiał wiele do życzenia, jednakże czasy epidemii koronawirusa szczególnie obnażyły słabości tego obszaru.

Rynek Pacyfiku na chińskim talerzu 

15 listopada 2020 r. ma potencjał zapisać się w historii równie doniośle co 18 kwietnia 1951 r., w którym to podpisany został układ paryski powołujący