Debata o niewoli słowa

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Kilka dni temu przysłuchiwałem się zorganizowanej przez WEI w Świetlicy Wolności debacie na temat, a jakże, wolności słowa. Relacjonował jej nie będę, nie chcę też wchodzić w polemikę z pojedynczymi tezami. W największym skrócie: dwóch panelistów – Tomasz Wróblewski i Łukasz Warzecha twierdziło, że wolność słowa jest ograniczana i cenzura postępuje, dwóch ekonomistów – Paweł Dobrowolski i Rafał Trzeciakowski, że wolność słowa ma się dobrze, coraz lepiej. Jerzy Kisielewski opowiadał, jak z cenzurą PRL-owską walczył jego tata – słynny Kisiel i, jak powiedział, każde pokolenie musi znaleźć swój sposób na chronienie wolności słowa. Wśród przysłuchujących znalazła się też zwolenniczka cenzury – pani z biura Rzecznika Spraw Obywatelskich. Wiem, bo sprowokowałem drobną pyskówkę i pani z wielkim wzmożeniem i uważaniem mówiła o potrzebie walki z fake newsami. Problem nie jest nowy. Np. cenzura za PRL tak walczyła z fake newsami, że zagłuszała Radio Wolna Europa, Głos Ameryki, Sekcję Polska BBC i innych siewców nieprawdy i nienawiści.

Problem ciągłego ograniczania wolności słowa jest jednym z najważniejszych wyzwań, przed jakimi stoją dziś zachodnie społeczeństwa. Z wolności myśli i przekonań, a dalej swobody głoszenia ich wywodzą się wszystkie inne wolności, biorą się też nauka, sztuka, obyczaje, wszystko to, co składa się na naszą kulturę, cywilizację. Wolność słowa jest podstawą demokracji. Postępująca, coraz powszechniejsza cenzura, stanowi tu i teraz znacznie większe zagrożenie niż te przyszłe i niedoszłe katastrofy związane z domniemanym globalnym ociepleniem. Sprawy związane z klimatem przywołuję tu specjalnie, bo twierdzę, że już niedługo, lada moment, wszelkie informacje, czy opinie kwestionujące globalne ocieplenie, podważające wpływ człowieka na nie, oraz metody walki z owym ziemskim ciepłem, będą zakazane i cenzurowane. Będzie zakaz rozpowszechniania ich dokładnie tak, jak teraz cenzurowane są opinie podważające dzisiejsze sposoby walki z pandemią, skuteczność lockdownów, szczepionek etc. Skoro globalne ocieplenie zwane zmianami klimatycznymi stanowi egzystencjalne zagrożenie dla całej ludzkości, to uzna się, że całkowicie usprawiedliwione jest kompletne wyciszenie, zdławienie głosu tych, którzy temu zaprzeczają. Ta kategoria ludzi ma swoją nazwę – klimatyczni denialiści. Brzmi kretyńsko, ale nie szkodzi. Ich koronawirusowym odpowiednikiem są antyszczepionkowcy.

No dobra, kończmy tę kłótnię i skoro nie możemy się zgodzić, to niech przemówią liczby i dane. Oczywiście ani wolności, ani niewoli słowa nie da się skwantyfikować, dlatego przytoczę informacje z ledwie kilku dni, które pokażą, jak realne jest zagrożenie. Niemal wszystkie dotyczą internetu, bo tam przecież toczy się życie, to największa platforma wymiany myśli i słów. By nie paprać się w naszej bieżące politycznej, pochodzą one z tego lepszego, wytęsknionego świata zachodnich wolności i wartości.

W środę 29 września YouTube ogłosił, że będzie blokował wszystkie materiały podważające skuteczność szczepionek. Jeśli więc ktoś chciałby w swoim nagraniu przytoczyć oficjalne dane Public Health Wales – taki walijski odpowiednik naszego NFZ, iż w Walii w ostatnim tygodniu 83 procent hospitalizowanych z powodu koronawirusa to osoby zaszczepione, to nie ma się co wysilać. YouTube mu tego nie puści. Nie będzie Polak zniechęcał Walijczyka. Oczywiście należąca do Google platforma zastrzega, że blokuje tylko fałszywe treści o tym, iż (cytat z blogu YouTube): „zatwierdzone szczepionki są niebezpieczne i powodują przewlekłe dolegliwości oraz że szczepionki nie ograniczają przenoszenia choroby ani możliwości zarażenia się nią, a także nieprawdziwe informacje o substancjach znajdujących się w szczepionkach”. To dotyczy nie tylko szczepionek przeciwko koronawirusowi, ale wszelakich, więc pewnie i tego, że w 2009 roku szczepienia przeciwko świńskiej grypie zakończyły się katastrofą. Wielu zaszczepionych ma do dziś zrujnowane zdrowie i życie. YouTube pochwalił się tez, że zasady cenzurowania ustalił we współpracy z lokalnymi i międzynarodowymi instytucjami oraz ekspertami ds. zdrowia publicznego. W Polsce być może z Niedzielskim i Horbanem. A co za różnica z kim, kto by tam sprawdzał.

Platforma usunęła też konta tzw. działaczy antyszczepionkowych. Kto się znalazł na czarnej liście, to nawet szczepionki nie pochwali, choćby i metanoję przeszedł. Nowe przepisy przydały się jak znalazł w Michigan. YouTube całkowicie bowiem zablokował Garretta Soldano republikańskiego polityka, który w przyszłym roku będzie się ubiegał o fotel gubernatora stanu. Soldano wyraża się bowiem bardzo krytycznie o reżimie sanitarnym zaprowadzonym w Michigan przez należącą do Partii Demokratycznej gubernator Gretchen Whitmer.

W środę też CNN ogłosił, że blokuje dostęp Australijczykom do wszystkich swoich stron na Facebooku. To pokłosie decyzji Sądu Najwyższego Australii, który zdecydował, że media – „organizacje informacyjne” ponoszą odpowiedzialność za komentarze do ich postów. Amerykańska telewizja uznała, że nie chce jej się cenzurować cudzych komentarzy, a jeszcze okazałoby się, że przepuścił coś, co się australijskiemu reżimowi nie spodoba, np. o ministrze Niedzielskim i musiałby kary płacić. To lepiej już wszystko wyrżnąć w cholerę. No i zablokował Australię.

Gubernator Ron DeSantis nakazał sekretarzowi stanu Floryda wszczęcie dochodzenia w sprawie praktyk dyskryminacyjnych stosowanych przez Facebook. Okazuje się, że niektórych użytkowników – zwłaszcza polityków, urzędników państwowych, dziennikarzy, celebrytów nie obowiązuje ustanowiony przez platformę regulamin. Facebook miał listę takich wysokogatunkowych osób, którym pozwala się na więcej. Specjalny program „XCheck” sprawiał, że osobnik lepszego sortu z takiej listy mógł sobie wypisywać, zamieszczać co tam chciał i nikt go z tego powodu nie cenzurował, nie nękał. Dla plebsu są osobne reguły – można usunąć, zablokować, zniknąć kmiota, zrobić co się chce. Dochodzenie na Florydzie to efekt serii artykułów „Wall Street Journal”, który dotarł do wewnętrznych dokumentów Facebooka i ujawnia nikczemne sprawki internetowego giganta. Sekretarz Lee ma sprawdzić, czy wycinając jednych, a pozwalając innym wypisywać i zamieszczać co chcą Facebook, nie wpływał na wybory na Florydzie. „Nie jest tajemnicą, że cenzorzy z Big Tech od dawna w dowolny sposób stosują własne zasady” – oświadczył gubernator DeSantis. „Jeśli doniesienia okażą się prawdziwe, będzie to oznaczać, że Facebook złamał prawo Florydy i wpływał na nasze wybory stanowe i lokalne. […] Potajemne manipulowanie wyborami jest obrazą dla podstawowych praw naszej republiki. My naród, mamy prawo wybrać naszych przedstawicieli bez względu na to, czy oni podobają się Krzemowej Dolinie, czy nie”.

Tak więc na Facebooku jest klasa wyższa i niższa, być może kilka jeszcze pośrednich. Wiadomo, że jest jeszcze kasta ludzi najpodlejszych gatunkowo – takich, którzy nie mogą zamieszczać na Facebooku niczego. Należy do niej m.in. były prezydent Trump. Wiadomo, również że kastowo wyżej od niego są nawet Talibowie – nowi sojusznicy Bidena ha, ha.

To nie koniec kłopotów Facebooka. Za kilka dni rozpoczynają się w Senacie przesłuchania dotyczące kolejnych jego nikczemnych sprawek. Chodzi m.in. o kłamanie na temat stworzenia „toksycznego środowiska” na Instagramie, które ma fatalny wpływ na psychikę nastolatków. Mimo badań potwierdzających problemy, medium miało kłamać i zapewniać o całkowitym bezpieczeństwie i neutralności należącej do Facebook aplikacji i jej funkcji. Zdobyte przez „WSJ” dokumenty wskazują, że Facebook miał dostęp do badań i omawiał je na wewnętrznych spotkaniach. Dziennik zapowiada, że rzuci na stół – opublikuje wszystkie zdobyte dokumenty – „Facebook files”.

Równolegle Facebookowi nie odpuszczają organizacje dziennikarskie. Te domagają się wyjaśnień, dlaczego Facebook na miesiąc przed wyborami prezydenckim założył blokadę na dystrybucję artykułów „New York Post”. A dotyczyły one syna Joe Bidena – Huntera, jego narkotykowych ekscesów, zaginionego komputera ze zdjęciami porno z nim i rosyjskimi damami w roli głównej. A także jego interesów na Ukrainie i okoliczności wymuszenia przez tatusia – Joe Bidena (wówczas wiceprezydenta u Obamy) dymisji prokuratora generalnego Ukrainy. Ten ośmielił się wszcząć śledztwo przeciwko Bursimie – firmie paliowej i energetycznej, która płaciła Hunterowi Bidenowi – płaciła 50–200 tysięcy dolarów miesięcznie za zasiadanie w jej radzie. Facebook w październiku 2020, gdy zablokował rozpowszechnianie artykułów o Bidenie juniorze, oświadczył, że musi w niezależny sposób zweryfikować fakty. Za zablokowaniem stała Anny Makanju, była pracownica Joe Bidena, która akurat przed wyborami pracowała w Facebooku. Weryfikacja trwa do dziś. Nie mamy pańskiego płaszcza, no co mi pan zrobisz. Zrobić próbuje laureat Nagrody Pulitzera Glenn Greenwald, który sławę zdobył, opisując inwigilację powadzoną przez narodową Agencje Bezpieczeństwa (NSA) i akta Snowdena. Oskarża on Facebook o uniemożliwianie dostępu do informacji, zatajanie ich i wpływanie na wybory prezydenckie. Facebookowi pali się pod serwerami, więc może na podstawie aktu o powszechnym dostępie do informacji Greenwald coś od platformy wydębi. Oczywiście to zagrycha na sucho – wszystko już dawno wypite – od wyborów minął prawie rok. Być może jednak pozwoli w przyszłości ukrócić cenzorskie zapędy Facebooka.

Do sądu wpłynął też pozew przeciwko Facebookowi od Johna Stossela, który domaga się od firmy co najmniej 2 milionów dolarów odszkodowania. Dziennikarz, który w czasie swej długiej kariery aż 19 razy zdobył nagrodę Emmy, nakręcił 2 filmy zahaczające o problem globalnego ocieplenia i zamieścił je na Facebooku. Cenzorzy i arbitrzy platformy ruszyli do dzieła i ostemplowali reportaże: fałsz/treści mylące/nieścisłe. Stossel twierdzi, że zarzucili mu twierdzenia, których nie głosił, ograniczyli dystrybucję, ale co najgorsze zniesławili i narazili na szwank jego reputację zawodową. Jakby nie patrzeć według cenzorów i arbitrów Facebooka Stossel to kłamca albo głąb, ewentualnie i kłamca, i głąb. Daj mu Panie Boże wygrać i 200 milionów od firmy, która uważa się za władcę myśli i słowa, i która chce ustalać, co jest prawdą, a co nie, co ludziom wolno pisać i mówić, czytać i słuchać.

Należąca do Microsoft platforma społecznościowa LinkedIn zablokowała w Chinach profil reporterki Axio Bethany Allen-Ebrahimian, gdyż jak ją poinformowano, zawiera „zabronione treści”. Allen-Ebrahimian pisze o Chinach nie tak jak Chińczycy i amerykańscy cenzorzy na ich usługach chcieliby. Dziennikarka skomentowała to tak: „Kiedyś musiałam czekać, aż chińscy cenzorzy rządowi lub cenzorzy zatrudniani przez chińskie firmy w Chinach, zrobią tego rodzaju rzeczy. Teraz amerykańska firma płaci swoim pracownikom za cenzurowanie Amerykanów” 

To są przykłady z zaledwie 4 dni i to nie wszystkie. Miało nie być o polskich przypadkach, ale gdy to piszę, przychodzi informacja, że w Wielkiej Brytanii zatrzymano na lotnisku i osadzono w areszcie Rafała Ziemkiewicza. Nie za to, co zrobił bądź nie, ale za to, co mówił i pisał. Po polsku. To pokłosie tego, że międzynarodówka przeciwników wolności słowa umieściła go na brytyjskiej liście siewców nienawiści. A Wielka Brytania to taki kraj, w którym w więzieniach za sianie mowy nienawiści lądują rocznie setki osób.

Na to, co tam się na świecie dzieje my w Polsce tylko się gapimy. I czekamy jak bydło rzeźne. Nie ma w Polsce żadnej siły politycznej, żadnego ośrodka, który w sposób zdecydowany stałby po stronie wolności słowa i myśli oraz swobody głoszenia ich. Bezmyślnie czekamy na pomysły z innego świata, by je małpować. Jak tam w Ameryce wymyślili koncept fake news, to go sobie zaaplikujemy. Podobnie jak ową mowę nienawiści. Jeśli na Zachodzie niewola słowa będzie jeszcze dotkliwsza, to i my kaganiec sobie dokręcimy. Jak poluzują, to i my popuścimy pasek o jedno oczko. Nie ma odważnych, zdecydowanych stawić czoła, więc o tym, co w Polsce na Facebooku można publikować, decyduje francuska rządowa agencja prasowa oraz dziunie i chłystki z dotowanej m.in. przez Amerykanów organizacji cenzorów Demagog – samozwańczych tzw. weryfikatorów, czy jak to się tam sami określają. Ja nie rozumiem tej kornej postawy i bierności. Nie rozumiem, dlaczego to w Polsce nie miałby rozpocząć się światowy ruch w obronie wolności słowa. Jeśli o mnie chodzi, to gotów jestem iść na całość i by dać nauczkę poparłbym zamknięcie Facebooka, a jak Zuckerberg zjawiłby się w Polsce, to zawinięcie go na lotnisku jak Ziemkiewicza. Ale wiadomo, że tak się nie stanie. Już to kiedyś pisałem: w Polsce to sobie można zamknąć ludzi z powodu reżimu sanitarnego, Turów, cmentarze na 1 listopada, sklepy w niedzielę, kościoły, teatry, kina, stadiony, muzea i lasy, ale nie Facebooka.

Inne wpisy tego autora

Teoria głupoty i zła (2)

Kościół luterański w Niemczech dosłownie zwariował na punkcie Hitlera. Po przegranej w I Wojnie Światowej w całym społeczeństwie i także wśród kleru zapanowała wielka tęsknota