Globalny szczyt hipokryzji, czyli klimat centralnie planowany

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

W Glasgow zlot urządzili sobie władcy i właściciele świata, którzy twierdzą, że na przestrzeni 70 lat są w stanie wyregulować średnią temperaturę na Ziemi (to pojęcie nie ma żadnego sensu) z dokładnością do 1,5 stopnia Celsjusza. To w pewnym uproszczeniu oznacza, że wyregulują temperaturę w każdym miejscu na świecie, gdzie jest jakiś termometr referencyjny. Z jakichś pomiarów średnia się przecież bierze. Symbolem zjazdu stały się zdjęcia pokazujące niemieszczące się na lotnisku Glasgow odrzutowce, które zwiozły zbawców świata do szkockiego miasta. Ponieważ dla maszyn nie było dość miejsca, musiały polecieć jeszcze do innych portów. To podobna sytuacja jak wtedy, gdy z wizytą do ONZ wybrała się Greta Thunberg. Dziewczę musiało przedostać się ekologicznie, więc odbyło podróż jachtem. Za to nad oceanem latały zmieniające się załogi łodzi. Ekoefekt był taki, że zamiast dwóch lotów, by przewieźć tyłek księżniczki przez ocean, takich wypraw do portów, gdzie stał jacht, było co najmniej 8.

„Daily Mail” wyliczył, że owe samoloty władców i właścicieli świata wyemitowały 13 tysięcy CO2. Pewien nasz rodzimy publicysta od globalnego ocieplenia, który podobnie jak książę Karol i Greta, nie posiada w tej materii najmniejszego wykształcenia, podał, że oj tam, oj tam, to tylko tyle, co 1/4 dziennej emisji Elektrowni Bełchatów. Tani, lichy chwyt retoryczny. Elektrownia Bełchatów emitując CO2, zrobiła przynajmniej coś pożytecznego – wyprodukowała energię dla przedsiębiorstw i milionów ludzi. Ponadto owe samoloty nie są przeznaczone do jednorazowej imprezy – by zawieźć jaśniepaństwo na szczyt globalnego samozadowolenia. Te samoloty latają non stop i razem 18 listopada, 5 grudnia, 5 stycznia etc. też będą latać i emitować 1/4, 1/5 czy ile tam akurat wyjdzie, tego, co Bełchatów. Problemem nie jest to, że owe samoloty emitują. Jest nim zakłamanie, obłuda, oszustwo. Zbawcy świata zlecieli się samolotami, by knuć, co zrobić byśmy my, samolotami nie latali. Przy okazji „Die Welt” przypomniał czerwcową wyprawę komisarz Ursuli von der Leyen z Wiednia do Bratysławy. 47 kilometrów pokonała, a jakże, odrzutowcem. Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson urwał się z Glasgow, by samolotem polecieć na kolację z redaktorem naczelnym „Daily Telegraph” Charlesem Moorem.

Drugim symbolicznym zdjęciem było to pokazujące złożony z 85 samochodów kondukt wiozący prezydenta Bidena. Ten pan zrobił już wiele, by Amerykanie samochodami nie jeździli, bo paliwo w USA jest najdroższe od kilkunastu lat. Wielkich sojuszników ma we władających Unią urzędnikach, którzy chcą w ogóle zlikwidować spalinowe samochody na naszym kontynencie. Bo emitują. Kogo nie będzie stać na elektryczny niech siedzi w domu i nigdzie nie jeździ. Jak nie dociągną stacji ładujących na osiedla w Radomiu, Sosnowcu, Koszycach, to też trudno. Samochody niech stoją, właściciele niech siedzą. W swoich domach. Jeff Bezos, który wystąpił w Glasgow i jest wielkim zwolennikiem tego, by ludzie się nie ruszali z domu i sprzed komputerów, obiecuje, że wszystko, czego potrzebują, to im dowiezie, jak przez Amazon zamówią.

Od dawna twierdzę, że we wszystkich tych ćwiczenia, akcjach, zlotach dotyczących globalnego ocieplenia nie chodzi o żaden klimat tylko o kontrolę ludności. W skali globalnej. Tyrani, opętani ideolodzy rodzą się każdego dnia i każdego dnia knują jak nas zniewolić, jak nam narzucić swą wizję świata Oni nie zniknęli tylko dlatego, że zniknął Związek Radziecki. Zachodnia lewica niczego na historii się nie nauczyła i dlatego wciąż dostarcza na rynek, ludzi gotowych zaprowadzić na świecie tyranię – życie centralnie planowane. Właścicielom świata też kontrola nad plebsem bardzo odpowiada. W Cannes przewalają się tłumy, podobnie na stokach w Aspen i Ischgl. O ileż przyjemniej byłoby, gdyby pospólstwa nie było stać na wyjazd tam. Jak ich pozbawimy samochodów, to nie będą nam się tłoczyć, wrzeszczeć, śmierdzieć na plażach i  promenadach w Mielnie, Etretat czy St. Tropez. Dlatego Unia zaplanowała nam, że nie będziemy mieli samochodów spalinowych, co oznacza dokładnie tyle, że mieszkańcy osiedla w Radomiu i tysięcy podobnych w całej Europie nie będą mieli żadnego samochodu, bo owego doładowania nikt im na parkingi pod blokiem nie dociągnie.

A to wszystko dla ich dobra, po to, by nie było emisji CO2. Żeby Państwo dobrze sobie to uświadomili. Unia Europejska odpowiada za 8 procent globalnej emisji CO2, z czego transport samochodowy odpowiada za jakieś 10 procent z owych ośmiu, czyli 0,8 procent emisji globalnej. To przekłada się mniej więcej na 240 milionów ton CO2. Atmosfera ziemska to 5 x 10 do 15 potęgi ton, czy 5000000000000000 – 5 tysięcy bilionów ton. Owe 240 milionów ton emitowane przez samochody w Unii to mniej więcej 5 milionowych części atmosfery – 0,000005%. Taka jest stawka całkowitej rezygnacji z samochodów spalinowych. Oczywiście w rzeczywistości te miliprocenciki od procencików będą jeszcze niższe, bo trzeba by uwzględnić emisje wywołane przez elektryki i przy produkcji prądu. No i małe murzyńskie dzieci będą musiały szybciej uwijać się w kopalniach miedzianego pasa w Demokratycznej Republice Kongo. Tam za 1–3 dolara dziennie wydobywają kobalt, bez którego nie ma akumulatorów w samochodach elektrycznych. Z Kongo pochodzi 70 procent tego metalu, z czego ok. 40 procent z tzw. kopalni rzemieślniczych – biedaszybów, podziemnych tuneli, w których, pracują kobiety, a nawet 8-letnie dzieciaki. Razem ok. 12 milionów Kongijczyków, mniej więcej 13 procent populacji kraju. Są też wielkie kopalnie odkrywkowe, jak te należące do szwajcarskiego Glencore, ale na szczęście w pobliżu Konga nie ma żadnych konkurentów z Czech i żadnego TSUE, więc można kopać dziury tak wielkie, jak się chce i żadną wodą się nie przejmować. – Najmłodsze dziecko, które spotkaliśmy, miało siedem czy osiem lat, kiedy zostało wysłane do kopalni, ale to wyjątek – opisuje Lauren Armistead z Amnesty International  Armistead. – Większość to nastolatki, które sortują lub łupią kamienie. Wdychanie powstającego przy tym toksycznego pyłu powoduje często śmiertelną chorobę płuc. Zarówno dzieci, jak i dorośli skarżą się na problemy z oddychaniem, kaszel i zapalenie zatok – mówi Armistead. – Poza tym worki z kobaltem są za ciężkie dla dzieci, które pracują przez 10–12 godzin w prażącym słońcu, zimnie i deszczu. W 2019 roku w kopalniach kobaltu zginęło 14 dzieci

O tym wszystkim wiedzą nikczemnicy i obłudnicy, którzy zlecieli się do Glasgow. Oczywiście nie brakuje tych, którzy działają ze szlachetnego porywu serca. Nie ma większego, piękniejszego zadania niż ratowanie planety i ludzkości. Problemem są jednak ci prawdziwi/fałszywi czempioni, którzy dla własnych zysków, dla realizacji własnej chorej wizji godzą się na zniewolenie ludzkości, a nawet chcą wszechogarniającej globalnej tyranii. Jedni wykorzystują walkę z ociepleniem do realizacji własnej kariery – ot zorganizuje się zlot w Katowicach, pozna, kogo trzeba, a potem człek załapie się na posadę w międzynarodowej organizacji, będzie mieszkał sobie w Szwajcarii i bujał się po świecie od konferencji do konferencji. Coś jak Christiana Figueres, córunia i siostra prezydentów Kostaryki, jakaś tam sekretarz w ONZ od klimatu (te tytuły biurokratów w ONZ, czy Unii są tak pompatyczne i długie jak na dworze hiszpańskich Bourbonów). Ktoś inny jak, Bezos, czy Gates zarabiają na tym, że ludzie siedzą w domach, a ponadto zainwestowali w różne cuda, jak produkcja sztucznego mięsa, czy fotowoltaika, więc im się zwrócić musi. Jeszcze inni jak Macron muszą utrzymać na smyczy poddanych i włości, by im się wszystko nie rozpadło. To dlatego w kraju, w którym 70 procent energii jest czystej, bo z atomu, wprowadzono eko opłatę za paliwo. Macron nakłamał, że chodzi o klimat, podczas gdy tak naprawdę o budżet – gigantyczne przekraczające 100 procent PKB zadłużenie kraju. Nie przewidział jednak Żółtych Kamizelek, więc miał najdłuższy w dziejach świata sezon weekendowych kryteriów ulicznych.

Czempioni klimatyści setki razy zostali złapani na kłamstwach i nigdy nie zostali z nich rozliczeni. Post factum zawsze tłumaczy się, że gdy Al Gore mówił w Kongresie, że niedługo Manhattan będzie pod wodą, to była tylko przenośnia. Podobnie nikt nie rozliczał księcia Karola za jego idiotyczne wystąpienie w Parlamencie Europejskim. W 2003 roku eksperci Departamentu Obrony przygotowali ekstraturbosupertajny raport, z którego wynikało, że ok. 2010 roku zniknie cały lód z powierzchni Arktyki, rozszalały Atlantyk zaleje Holandię, przedrze się przez Cieśniny Duńskie i poziom Bałtyku tak się podniesie, że na plażach Radomia masowo powstaną smażalnie ryb. W tym samym czasie na terenie Doliny Centralnej w Kalifornii po przelaniu się Pacyfiku powstanie słone jezioro. W 1989 roku Noel Brown szef biura ONZ-owskiego programu środowiskowego UNEP – U.N. Environment Program, wieścił, że ludzkość ma 10 lat, by powstrzymać globalne ocieplenie, inaczej znikną w jakiejś przyszłości Malediwy, kawał Egiptu i Bangladeszu. Jak twierdził „całe narody mogą zostać zmiecione z powierzchni Ziemi przez podnoszenie się poziomu mórz, jeśli globalny trend ocieplenia nie zostanie odwrócony do roku 2000”. Same Stany Zjednoczone na ochronę swego wschodniego wybrzeża będą musiały wydawać 100 miliardów dolarów rocznie. Czekam, czekam, aż ten Bangladesz zniknie i doczekać się nie mogę. Wytłumaczenia od gorliwych członków sekty globalnego ocieplenia przychodzą zawsze ex post. A to, że Brown nie był klimatologiem (to zupełnie jak książę Karol, Greta Thunberg i redaktor Wiech), że nie powiedział, kiedy ten Egipt zniknie, że jak mówił, iż temperatura będzie wyższa o 1 do 7 stopni (!!!!) no to się można zgodzić, bo może jest i o 1 wyższa od jakiejś tam. Ciągle jakieś tłumaczenia, co artysta miał na myśli, jak czegoś nie mówił, albo i mówił.

Cieplarnianymi wróżbami na pewno nie przejął się Barrack Hussein Obama. W sierpniu, w swej nowej, kupionej za kilkanaście milionów dolarów nadmorskiej posiadłości na wyspie Martha’s Vineyard u wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych urządził huczną, trwająca tydzień imprezę urodzinową. Zlecieli się na nią swymi prywatnymi samolotami władcy i właściciele Ameryki. Obama uwielbia celebrytów, więc nie brakło ludzi estrady i Hollywood. Świat obiegły zdjęcia, pokazujące jak się jaśniepaństwo bawią. Maski i dystans są dla plebsu. Podobnie dla motłochu jest zbiorkom i siedzenie w domu, by śladu węglowego nie zostawiał i wiochy na stokach Davos nie odwalał. Państwo Obamowie nie boją się nijak, że im od tego globalnego ocieplenia zaleje prywatną plażę, rezydencję i posiadłość, Atlantyk do salonu się wleje.

Jedną części problemu jest diagnoza – czy mamy globalne ocieplenie, co je spowodowało, czy jest ono groźne. Drugą częścią jest rozwiązanie – terapia. Możemy uznać, że wypadki z udziałem pieszych to poważny problem. A jaki środek zaradczy? Zlikwidujmy samochody, to nikt pod nie nie wpadnie, albo niech wszyscy siedzą w domach, a po ulicach jeżdżą tylko pojazdy autonomiczne. Walka z globalnym domniemanym ociepleniem sprowadza się do całkowitej zmiany naszego stylu życia, pozbawienia nas wolności, w tym wypowiedzi, zwyczajów, kultury, całej tożsamości. Projekt powstrzymania domniemanego globalnego ocieplenia jest projektem totalnym/totalitarnym obejmującym każdy aspekt naszego życia. Jeśli z eko powodów w Kalifornii, Oregonie, Holandii zaczyna się przerabiać szczątki ludzkie na nawóz, to dokonuje się jednoczesnej dehumanizacji człowieka, odziera go z wszelkiego sacrum i uczuć wyższych. Niszczy tabu, tajemnice, dobija wiarę. Jeśli podatkami zabroni się jeść mięso, czy nabiał to zniszczy się sztukę kulinarną, obyczaje (biesiady, zabawy etc.) i zmieni kondycję fizyczną ludzi. Jeśli nie będziemy mogli podróżować, to nie będziemy się kształcić, nie będziemy utrzymywać relacji z innymi. Z bliskimi, ale także z tymi z innych kultur, którzy mogliby wnieść coś do naszego rozumienia świata, zarazić własnymi ideami. Kontakt, wiedzę mamy czerpać od Apple, Google’a, Facebooka i właściciele tych uniwersum w ustaleniu z władcami świata zdecydują, czego możemy się dowiedzieć, a czego nie. Już rozpoczęło się projektowanie ludzkich hubów – centrów sortowania i hodowania nas. Wszystko będzie tak zorganizowane, byśmy nie oddalali się więcej niż 10 km od miejsca zamieszkania. W takim promieniu mamy żyć. Nasza praca, cała rozrywka, zakupy etc. wszystko będzie na miejscu, jakbyśmy mieszkali w jakiejś galerii handlowej. Projektowane są już specjalne karty kredytowe, które po wycofaniu gotówki będą narzędziem do całkowitego kontrolowania naszych wydatków. Każdej usłudze, każdej aktywności i towarowi przypisany będzie określony ślad węglowy. Jak kalorie w pożywieniu. Dostaniemy limity – takie kartki na życie jak kiedyś na mięso, papierosy, czy cukier jak za PRL. Jak w danym miesiącu wyczerpiemy swój limit śladu węglowego, to karta kredytowa Wielkiego Brata nie pozwoli dokonać kolejnej transakcji.

Kto chce, niech uważa to za teorie spiskowe. Może tak, może nie, ale widzę, co w ciągu ostatniego półtora roku zrobiono z ludzkością i ludzkości. Można ją zamknąć, można zamknąć świat, a samemu balować na wyspie Martha’s Vineyard, w Glasgow, czy w Davos. Trzeba tylko w dostatecznym stopniu wystraszyć. Tak jak w przy okazji covida, tylko jeszcze bardziej, bo w przypadku globalnego ocieplenia dopust ma charakter apokaliptyczny. Więc będą siać grozę i nikczemni nie cofną się przed niczym. Wykorzystają do tego nawet dzieci. Tak jak w XIII wieku. Trzeba je tylko wprowadzić w stan wyższego amoku, uniesienia, a wyruszą, by wyzwolić Ziemię Świętą w swej Dziecięcej Krucjacie. W 1212 r. wszystko stało się spontanicznie, za dotknięciem tak obecnej wtedy w życiu mistyki. Teraz wszystko jest sterowane, a posłanie niosą media. Dzieciaki wpadają więc w histerię, przykuwają się, do czego tam, przyklejają do chodników jak w Wielkiej Brytanii, okupują miejsca jak pewna dziewczynka z Warszawy, którą rodzice kretyni namówili, by była jak Greta w związku z czym spędziła połowę wakacji, siedząc na chodniku na ulicy. Na kilka godzin stała się gwiazdeczką w telewizji i w mediach społecznościowych. Władcy świata wmówią 10-letnim dzieciom, że za 9 lat Ziemia nie będzie istnieć, więc wszystkie zginą, umrą w męczarniach, walcząc o wodę na zmienionej w palenisko Ziemi, zaś eksperci z telewizji będą mówić o psychiatrii dziecięcej. Ludzie, którzy wykorzystują dziecięca naiwność i niewinność udają, że Greta ma coś istotnego do powiedzenia, są nikczemni i nie zasługują na krztę zaufania.

To nie ocieplenie klimatu nam grozi, ale ci, którzy chcą centralnie klimat planować. Władcy socjalistycznego świata określali niedawno, ile potrzebujemy pasty do zębów, butów, par spodni, litrów mleka, kilogramów cukru, kiełbasy, metrów mieszkania… ile potrzeba nam życia. Nowi władcy określą, jaki klimat jest nam potrzebny, ilu stopni Celsjusza potrzebujemy. I obiecują to dostarczyć. Przy nich, nasi dawni rodzimi bolszewiccy planiści, a nawet ci ze Związku Radzieckiego, to byli amatorzy.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: Liberalne wiatraki

Zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE? I jak bardzo podnieść ceny? Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE