Liga Superchciwców

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Ze wszystkich nieważnych rzeczy futbol jest zdecydowanie najważniejszą – Jan Paweł II

Ojczyzna jest reprezentacją piłkarską – Albert Camus

Futbol to ostatni święty rytuał naszych czasów – Pier Paolo Pasolini

 

To było do przewidzenia – chciwość i romantyzm przemogły chciwość i cynizm. Ale żeby tak szybko – nawet nie zdążyłem się wypowiedzieć. Było trochę jak w dowcipie o urzędniku, który chwali się swoją żoną. – Jak przed wyjściem do pracy klepnę ją w tyłek, to drży jeszcze gdy do domu wracam. – A co, takie ma sprężyste pośladki? – Nie, to ja tak krótko pracuję.

Pomysł powołania zamkniętej Superligi piłki nożnej dla najbogatszych klubów Europy był tak głupi, że wszystko wskazuje na to, że wpadli i nadziali się na niego ludzie z jakiejś firmy konsultingowej o globalnym rozmachu. Wyglądało to zapewne w ten sposób, że najpierw pokazali wyniki badań konsumenckich zrobionych za jakieś drobne setki tysięcy euro. Zadali pytania w stylu: Czy mecze dobrych drużyn są ciekawsze, niż słabszych? Zaznacz w kratce: „tak” lub „nie”. Czy wolisz oglądać mecze dobrych drużyn, niż słabych? etc. Potem pokazano wykresy ze strzałkami w górę i tabelki np. z przychodami – wpływy z praw do transmisji, różnych form reklamy, sprzedaży biletów, tzw. hospitality, jak catering, organizacja imprez specjalnych czy zapewnienie towarzystwa miłych pań z agencji Wesołe Foczki z Windsoru. Będzie jak w Ameryce, gdzie do grona elitarnych drużyn NBA czy NFL żadna plebejska drużyna się nie dostanie i razem zarobimy dużo kochanych pieniążków – obiecali globalni konsultanci.

Pierwsze finansowanie zagwarantował JP Morgan, który jest specjalistą od składania różnych szemranych interesów. Na początek miały to być 4 miliardy euro. Rozgrywki miał transmitować Facebook. Tak więc od początku nawet nie ukrywano, że cały projekt napędzany jest niemal wyłącznie przez chciwość. Do Superligi zgłosiło się sześć klubów angielskich, z których tylko jeden ma brytyjskiego właściciela. Pozostałe są własnością Amerykanów, Arabów i Rosjanina. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jak dobrze by poszło, to taki Liverpool grałby z Arsenalem w lidze angielskiej, w Pucharze Ligi, w Pucharze Anglii, w Superlidze i w Lidze Mistrzów. Uprawiano by chów wsobny, krótko mówiąc – pełną gębą kazirodztwo. Prędzej, czy później zakończyłoby się to degeneracją, jak u Ptolemeuszy w Egipcie, ale sporo wody w Nilu by upłynęło.

Kiedy objawiono światu pomysł stworzenia rozgrywek paneuropejskich dla 20 drużyn, z których 15 miałoby zagwarantowane uczestnictwo na wieczność, a o 5 miejsc przy pańskim stole co roku walczyliby jacyś parweniusze, od razu podniosły się wielkie protesty. Z oburzeniem zareagowali nawet przywódcy Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch. Duda i Morawiecki ciskać się nie musieli, bo żadne uczestnictwo w żadnych europejskich rozgrywkach nam nie grozi, o czym już dawno temu pisałem. Pomysł oprotestowały też UEFA i FIFA, które oznajmiły coś o solidarności w dobie pandemii i otwartości. Wszyscy wiedzą, że tym bytom prawnym i finansowym, bo z pewnością nie sportowym, o żadną tam otwartość nie chodzi tylko o własne pieniądze, które zarabiają dzięki monopolowi na organizację rozgrywek piłkarskich. Boją się więc konkurencji. Przyszedł czas by lud – kibice poparli jednych chciwców, przeciwko innym – jeszcze gorszym. Właścicielom klubów, które próbowały zorganizować Superligę – Amerykanom, Arabom, Chińczykom Rosjaninowi i Anglikowi o nic innego nie chodzi jak o pieniądze, ale chciwcy z UEFA i FIFA mają jeszcze po swej stronie romantyków – kibiców i wielu piłkarzy.

Chciwość nie musi być czymś złym. Posługuje się pewnym skrótem myślowym. To dobrze, że ludzie pracują, tworzą, wymyślają, bo chcą zarobić. Pieniądze są formą nagrody za trud – stąd po polsku mówi się o wynagrodzeniu. To najczystsza i najbardziej sprawiedliwa forma docenienia naszego wysiłku przez społeczeństwo, pokazania, że robimy coś pożytecznego. Chciwcy z Superligi niczego jednak nie tworzyli. Oni chcieli ukraść i mieli prawo przypuszczać, że ten skok się uda.

Wszyscy teraz wymądrzają się i mówią o głupim pomyśle, tak jakby o szansach na powodzenie decydowało dziś to czy coś jest durne, czy nie. Otóż dziś skrajnie głupim jest pogląd, że jak coś jest skrajnie głupie, to nie da się tego przeprowadzić. Wyobraźmy sobie, że pracujemy w sieci sprzedaży jakichś samochodów i w czasie jakiejś tam burzy półmózgów rzucamy pomysł: a ja to pójdę do jednego ministra w Polsce i powiem, żeby nam dopłacał tak z dziesięć tysiaków euro do każdego samochodu, który będziemy sprzedawać. Na co interlokutorzy: no nie, co ty człowieku, gupi jesteś gupi, pogięło cię, gdzie ty takiego frajera znajdziesz. No i co? Oczywiście, że jest taki minister, który dopłaca zagrabionymi podatnikom pieniędzmi. Albo np. ktoś idzie do samej Unii w Brukseli i mówi tak: dzień dobry jestem Norwegiem i mam osiołka. Dajcie mi milion euro, to ja będę z tym osiołkiem po Europie chodził, promował ekologiczne multikulti i przyjaźń między narodami. Rewelacja, Superpomysł, o żeż nasz ty kochany Norwegu kreatywny, masz tu kochanie pieniążki – milion euro i prowadź osiołka przez Europę, europejskie wartości rozsławiając.

Nikczemnicy założyciele Superligi mieli powody przypuszczać, że pomysł się powiedzie. Wpisuje się on we wszystko, czym jest nasz współczesny świat, a już zwłaszcza Europa. W ciągu ostatniego roku zostaliśmy pozbawieni świąt. Nie możemy radować się na uroczystościach rodzinnych, ani wspólnie opłakiwać i chować naszych zmarłych. Nie możemy czuwać przy naszych chorych. Nie wolno nam spotkać się i tak naprawdę uśmiechać do siebie, bo twarze mamy pozakrywane jak bandyci. Nasze dzieci nie mogą się uczyć i chłonąć świata. Spotykać się z nim mają za pomocą urządzenia z ekranem i klawiaturą. Kontakt fizyczny mamy utrzymywać z komputerową myszką. Alleluja – w Brazylii wymyślono czym zastąpić ciepło i czułość, jakie niesie ze sobą dotyk ludzkiej dłoni – lateksową rękawiczką wypełniona wodą. Nie wolno nam pójść na koncert i mecz ukochanej drużyny. Policja najedzie na nas, jak będziemy tańczyć na własnym weselu.

Przyjrzeli się temu nikczemnicy od Superligi, eksperci z firm konsultingowych, specjaliści od mediów społecznościowych, finansiści z JP Morgan, media planerzy i powiedzieli: nikt nie zaprotestuje, jak pozbawimy ich dotychczasowych rozgrywek i emocji, a zamiast tego damy im lateksową rękawiczkę z ciepłą wodą. Nie zareagują, nie zbuntują się. Posłusznie przyjmą każdy wyrok, każdy pomysł. I pomylili się, bo zapomnieli, że mają do czynienia z jedną z ostatnich romantycznych grup w pełni obecnych w życiu społecznym.

Żyjemy w epoce, w której miłość do ojczyzny zasługuje na szyderstwo. W świecie, w którym dbałość o współplemieńców, o tych, z którymi dzielimy historie, język, kulturę jest zasługującym tylko na potępienie nacjonalizmem. Pielęgnowanie swego obyczaju, tradycji, pilnowanie barw jest szowinizmem, a niechęć do bezkrytycznego przyjmowania wszystkiego, co pochodzi od innych, jest tylko zaściankowością i ksenofobią. W naszym świecie uznaje się, że wspólnota oparta na jednej tradycji i historii nie jest w stanie stanowić o sobie i potrzebuje wyższej, ponadnarodowej instancji.

Założyciele Superligi byli tak pewni swego, że nawet nie przyszło im do głowy zapytać, kibiców czy piłkarzy. W ich pysze i arogancji nie ma nic nadzwyczajnego. Urzędnicy WHO, którzy układają jeden program jakiegoś tam nauczania seksualnego w szkołach na całym świecie, nie będą się przecież pytać jakichś tam nauczycieli czy rodziców z Albanii, Kostaryki, czy Polski. Podobnie w Brukseli nie ma kompletnie żadnego znaczenia, jak swą wolę wyrażają, głosując na kogoś Węgrzy. Wybory w Budapeszcie zupełnie się nie liczą dla ładu, jaki miałby być zaprowadzony w Europie. Można przestać udawać, że mają też znaczenie jakieś rozgrywki na szczeblu kraju. Kogo obchodzi, kto jest mistrzem Chorwacji czy jaka partia tam akurat ułożyła rząd. O wszystkim może decydować kilka stolic, a o rozgrywkach kilku właścicieli klubów, jakiś bank i stacja telewizyjna albo Facebook. Zmagania o mistrzostwo kraju to rozrywka godna jakichś tam ksenofobicznych pospolitaków i zostawimy im to, niech się bawią, ale prawdziwe pieniądze i władza to są tam, gdzie my wszystko urządzamy.

Aroganci i ignoranci pomylili się. Kibice sportowi, a zwłaszcza piłki nożnej, to ostatni romantycy naszych czasów. Futbol to demokratyczny sport plebejuszy. Największe kluby wywodzą się z jakichś organizacji robotniczych, skrzykujących się górników, dokerów, hutników, pracowników zakładów bawełnianych Heinzla i Kunitzera, którzy w 1910 roku założyli Towarzystwo Miłośników Rozwoju Fizycznego, które później przekształciło się w Robotnicze Towarzystwo Sportowe Widzew. Te kluby stały się czymś, z czym można jeszcze się identyfikować, wspólnotą, z którą można się utożsamiać, rodziną w świecie rodzin patchworkowych z wieloma tatusiami, mamusiami, przyszywanym z gotowców rodzeństwem. Tam, gdzie wszystko jest rozchwiane, względne, poddane dekonstrukcji pewne jest tylko to, że 1 stycznia odbędzie się trening Cracovii. Demokracja i romantyzm polegają na tym, że każdy prowincjusz, albański biedak może zagrać z Królewskimi z Madrytu i przy szczęściu ograć ich. Że półkulawy, chłopak kuternoga z argentyńskiego Rosario może zrobić wielką karierę i zarabiać więcej niż prezesi największych spółek w Europie, nie mówiąc już o ekspertach z firmy konsultingowej. Chciwcy z Superligi nie zrozumieli też, że każde euro zarobione przez Roberta Lewandowskiego jest warte wiele razy więcej niż to, które dostaje lider tego żałosnego przedsięwzięcia, prezes Realu Madryt Florentino Perez. Ile dzieciaków ten chciwiec zainspirował, a ile polski piłkarz?

Inne wpisy tego autora

Pandemia strachu i chaosu

Poleję wazeliną: Tomek Wróblewski wrócił w wielkim stylu. W ostatniej audycji opowiedział o towarzyszącym nam, czy też raczej wpajanym od 20 miesięcy strachu. Wzniecany lęk

Debata o niewoli słowa

Kilka dni temu przysłuchiwałem się zorganizowanej przez WEI w Świetlicy Wolności debacie na temat, a jakże, wolności słowa. Relacjonował jej nie będę, nie chcę też