Mordercze niemieckie dzieci, Chiny w Australii i bal u Obamy

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Julian Reichelt, redaktor naczelny największej nie tylko w Niemczech, ale w całej Europie gazety „Bild” poczynił przed kamerami niezwykłe wyznanie. W imieniu swoim i dziennika, Merkel, która nie ma odwagi tego zrobić i jej rządu, przeprosił wszystkie niemieckie dzieci:

„Milionom dzieci w tym kraju, za które społeczeństwo odpowiada, chcę przekazać to, czego ani nasz rząd, ani nasza kanclerz nie ośmiela się powiedzieć: prosimy was o wybaczenie. Prosimy, wybaczcie nam tę naszą politykę, która przez półtora roku czyniła z was ofiary przemocy, zaniedbania, izolacji i samotności. Przepraszamy za tę politykę i przekaz mediów, który był jak trucizna i sprawiał, że czułyście się, jakbyście stanowiły śmiertelne zagrożenie dla społeczeństwa. Nie wierzcie w to kłamstwo, nie jesteście żadnym zagrożeniem. Naszym zadaniem jest chronienie was. Wielu ludzi i Bild potępia to, co zrobiono dzieciom. Nic się nie stało? Czy Merkel zorganizowała szczyt, konferencję o dzieciach? Nie. Zamiast tego przekonywaliśmy nasze dzieci, że zamordują własną babcię, jeśli ośmielą się być tym, kim są, czyli dziećmi, jeśli spotkają się ze swymi przyjaciółmi. Niczego naukowo nie udowodniono, ale łatwo było zmusić dzieci do izolacji, bo nie mogą się bronić i nie głosują. Kiedy państwo kradnie, odbiera dziecku prawa, musi udowodnić, że chroni je przed konkretnym, bliskim niebezpieczeństwem. Tego dowodu nigdy nie dostarczono. Za to dowód został zastąpiony przez propagandę przedstawiającą dziecko jako nosiciela pandemii. Ci, którzy przeciwstawiali się tej propagandzie, nigdy nie zostali zaproszeni do eksperckiego stolika. Otwarcie szkół, hal sportowych to znaczne lepsze działanie niż otwieranie lokali wyborczych (26 września odbędą się wybory do Bundestagu – przyp.). Inaczej będziemy mieli na sumieniu dzieci, a w książkach historycznych będziemy opisywani jako ci, którzy maltretowali miliony niewinnych dusz”.

W Polsce jeszcze nie rozstrzygnięto, czy gdy nadejdzie obiecywana przez ministra Niedzielskiego czwarta fala, dzieci będą zabijać swoje babcie, czy nie. Po raz kolejny okazuje się, że jesteśmy zacofani. Nie to, co taka, nowoczesna i postępowa Australia. Tam wszyscy są tak zabójczo niebezpieczni, że zaprowadzono taki porządek sanitarny, że aż Chiny go pozazdrościły, więc z lubością go opisują i w telewizji pokazują. Należy się Państwu pewne wyjaśnienie, co to są te Chiny. Otóż Chiny to taki kraj, w którym rozpętała się pandemia, ale ma jakieś 600–700 razy łagodniejszy przebieg niż w Stanach Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech czy w Polsce, co łatwo stwierdzić, odnosząc liczbę zarażonych i zmarłych do populacji całego kraju. Chiny słyną też z przywłaszczania sobie własności intelektualnej i kopiowania różnych rozwiązań z bardziej nowoczesnego Zachodu. Wszystko wskazuje na to, że tak gorliwie Australię pokazują, bo chcą skorzystać z najlepszych zachodnich (w sensie cywilizacyjnym) wzorców. W Australii od początku pandemii zmarło 940 osób, u których wykryto koronawirus. To dużo mniej, niż w jeden tragiczny dzień we Francji, Wielkiej Brytanii, nie wspominając już o Stanach Zjednoczonych. 26 czerwca, w dniu, w którym w całej Australii wykryto 34 przypadki zarażenia koronawirusem, w całym stanie Nowa Południowa Walia wprowadzono pełen lockdown. Potem w kolejnych stanach, terytoriach i w dużych miastach. Pod kluczem jest 15 milionów ludzi z całej liczącej 25 milionów populacji. A pandemia szaleje i od początku lockdownu zmarło już 13 osób z koronawirusem. Ulice miast patroluje wojsko, by pilnować siedzenia w domu. Nikomu nie wolno oddalić się od swego miejsca zamieszkania na więcej niż 3 km. Nad odległe miejsca wysłano drony i helikoptery, by tropiły tych, którzy mieszkają w camperach. Kara za udział w nielegalnym zgromadzeniu wynosi 5,5 tysiąca dolarów australijskich (ok. 15,7 tysiąca złotych). Zamieszczanie w mediach społecznościowych wezwań do protestów może kosztować nawet 11 tysięcy dolarów (ok. 31,4 tys. zł). Organizatorom protestów grożą grzywny do 20 tys. dol. (ok. 57 tys. zł). Kara za brak maski na świeżym powietrzu to 500 dolarów (1400 zł). Drony służą też do wyśledzenia niezamaskowanych. Szefowa rządu Nowej Południowej Walii Gladys Berelijan w telewizyjnym wystąpieniu wezwała poddanych, by nie rozmawiali ze sobą nawet, jeśli są zamaskowani. W stanie Wiktoria policja może wchodzić do domów bez sądowego nakazu, by sprawdzać przestrzeganie zasad sanitarnych. W stanie Australia Południowa władze mogą odbierać rodzicom dzieci, jeśli ci nie przestrzegają reżimu higienicznego. Minister rządu federalnego Robert Stuart nie wykluczył masowego wprowadzenia elektronicznych bransoletek pozwalających śledzić ludzi. Teraz takie noszą skazani przestępcy. Po wykryciu jednego przypadku całkowicie udało się też zamknąć wszystkich mieszkańców 30-tysięcznego Alice Springs, które leży pośrodku kontynentu, i z którego do innego najbliższego miasta jest 800 mil (1300 kilometrów). Rząd Nowej Południowej Walii już informuje, że ta zabawa może potrwać do października. Żadne obostrzenia nie zostaną zniesione, póki nie będzie w pełni zaszczepionych 6 milionów osób. Trzeba przyznać, że to może być bardzo efektywna metoda szczucia jednych obywateli na drugich. Wszyscy będą siedzieć, póki tępy Smith się nie zaszczepi. Nawet sowiecka doktryna prawna nie potrafiła aż tak skutecznie wymuszać odpowiedzialności zbiorowej. Chińskie media pieją z zachwytu. Bardzo podoba się m.in. odbieranie dzieci rodzicom i śledzenie dronami kto zamaskowany, a kto nie. W dniu, w którym to piszę, w całej Australii nie odnotowano ani jednego zgonu kogoś w czyim organizmie stwierdzono obecność koronawirusa. Podobnie dzień wcześniej.

Na szczęście są też miejsca na świecie, w których żaden koronawirus nie jest groźny i ludzie, których się nie ima. Jedno z takich miejsc to Martha’s Vineyard w Massachusetts, a konkretnie rezydencja, posiadłość i plaża, którą jaśnie państwo Obama kupili w ubiegłym roku za 12 milionów dolarów. Tam kolejny dzień trwa zabawa z okazji 60. urodzin Jego Postępowości Baracka Husseina Obamy. Kilkuset gości, których obsługuje 200 osób służby, zjechało z całej Ameryki, a co najmniej jeden – John Kerry, były sekretarz stanu, a teraz specjalny wysłannik prezydenta Bidena ds. walki z globalnym ociepleniem, przyleciał nawet prywatnym odrzutowcem. Także i on należy do tej specjalnej rasy ludzi, których Annie Karmi korespondentka „New York Times” w Białym Domu określiła w CNN mianem „wyrafinowanych zaszczepionych”, więc wedle niej, ani nie zarażają siebie, ani innych. Tak proszę Państwa, takie wysokogatunkowe osoby to nie jakiś tam byle australijski, czy polski plebs.

Na trwającym ileś dni bankiecie pojawić się miał też słynny doktor Anthony Fauci, który dyryguje całą walkę z pandemią i układa przepisy reżimu sanitarnego. Ostatnio głośno zrobiło się o nim, gdy na jaw wyszło, że jako szef Narodowego Instytut Alergii i Chorób Zakaźnych (National Institutes of Allergy & Infectious Diseases) finansował badania nad koronawirusem w chińskim laboratorium w Wuhan, w tym zakazane w USA modyfikowanie koronawirusa. Teraz wyszło na jaw, że ten miły, starszy pan finansował również i nadzorował eksperymenty na psach. 28 czworonogom rasy beagle wprowadzono do organizmu larwy muchy i przez 3 miesiące obserwowano, jak zwijają się w bólach i umierają. Dla dobra ludzkości.

Goście u Obamy byli więc zacni – jako się rzekło „wyrafinowani zaszczepieni”. Przy okazji wyszło na jaw, że globalne ocieplenie omija nie tylko Radom, ale też posiadłość Ich Wyrafinowanej Wzniosłości Obamów. Nie tylko spec od walki z owym ziemskim przegrzaniem Kerry przyleciał do Martha’s Vineyard odrzutowcem, ale też same dobra Obamów są, jak się okazuje, bezpieczne i choć leżą na brzegu oceanu, to żadne zalanie wodą z topniejących lodowców im nie grozi. Niewykluczone, że Barack Obama był na seminarium biznesowym u Dana Pena. Ten urodzony w bardzo biednej rodzinie meksykańskich imigrantów w Kalifornii przedsiębiorca dorobił się gigantycznego majątku i teraz ze swego zamku Guthrie w Angus w Szkocji tłumaczy jak prowadzić biznesy. Bilet na jego występ kosztuje 20 tysięcy dolarów. I tak Dan Pena w czasie jednego z wykładów, którego najwidoczniej wysłuchali Obamowie oznajmił, że globalne ocieplenie to największe kłamstwo XXI wieku. Wytłumaczył z właściwą sobie swadą, że ci, którzy twierdzą, że jest owo ocieplenie mają madafaka i że gdyby lodowce miały topnieć tak, że podniesie się poziom mórz, to żaden madafaka deweloper nie budowałby kondominiów i hoteli przy plażach, bo każda inwestycja byłaby madafaka. Żaden madafaka bank nie udzieliłby na to kredytu i nie finansowałby żadnego madafaka kondominium. Nikt w całym madafaka Londynie by żadnego kredytu hipotecznego nie dostał, bo żaden madafaka bank, by go nie dał. I wszystkie banki i instytucje finansowe wiedzą, że to jedno wielkie oszustwo. Ich Wysokoście Obamowie dali się najwyraźniej zwieść klimatycznemu denialiście Pena i kupili wielką posiadłość na płaskim jak umysł polskiego dyplomaty wybrzeżu. Przecież za chwilę całe dobra i rezydencja łącznie z hantlami i sztangami Michelle Obama znajda się pod wodą.

Inne wpisy tego autora

Polexit, czyli czym baby nie wystraszysz

Nareszcie, doczekałem się. W końcu w Polsce rozpoczęła się dyskusja na temat kształtu Unii Europejskiej i warunków naszego członkostwa w niej. Debata jest wymuszona, nie

Pandemia strachu i chaosu

Poleję wazeliną: Tomek Wróblewski wrócił w wielkim stylu. W ostatniej audycji opowiedział o towarzyszącym nam, czy też raczej wpajanym od 20 miesięcy strachu. Wzniecany lęk