Nie o take Ameryke walczyłem

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Przez kilka tygodni nie chciało mi się pisać o Stanach Zjednoczonych i wyborach prezydenckich. Powodów było kilka. Po pierwsze powinienem był przyznać, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów nietrafnie przewidziałem, kto zostanie zwycięzca wyborów. Ja i teraz nie mam ochoty przyznawać, więc ustalmy, że ja to przyznanie się będę Państwu winien, zwłaszcza że tak jak połowa Amerykanów uważam, że wybory zostało sfałszowane. Reszta Ameryki zaś stoi tam, gdzie stało ZOMO.

 

Po drugie jestem fanatycznym wyznawcą Trumpa, po co więc miałbym sobie robić nieprzyjemność i rozważać porażkę. Uwielbiałem tę jego obcesowość, gburowatość, łamanie konwenansu przekraczające granice chamstwa. To jak wybijał otwory w tej zatęchłej piwnicy, w której kotłuje się światowa polityka, jak wpuszczał powietrze i buszował w tym bagnie, – Washington Swamp, którego może i w Google Earth nie da się zobaczyć, ale i tak większość Amerykanów wie, że istnieje. Mój Ty Kochany Donaldzie, Jeźdźcu Bez Trzymanki i Jeźdźcu Bez Głowy, pomarańczowy populisto, wariacie, megalomanie i trybunie ludowy. To było 5 lat (kadencja + rok kampanii 2016) wspaniałej zabawy i przygody pokazującej, że nawet w polityce może być racjonalnie, szczerze i swojsko. Że polityka może być obszarem dla zwykłych ludzi – takim, który nie tylko ich dotyczy, ale także który rozumieją, i na który wpływ mają. Ale było minęło. Wraca to, co zawsze: będzie podle i w kłamstwie, ale za to miło.

No ale w końcu wyduszam coś z siebie, bo wydarzyło się niesłychane, straszne, takie, że niby świat zamarł w zdumieniu tak, że mało go z tej hipokryzji apopleksja nie trafiła. Oto został zaatakowany przez bandy populistów i zwolenników Trumpa Kapitol – świątynia demokracji, po raz pierwszy jakoby od 200 lat – czyli 1812 roku, kiedy to trwała wojna brytyjsko-amerykańska. Tak naprawdę już wcześniej dochodziło do gorszących zdarzeń i budynek Kongresu dziewiczy nie był. Ostatni najazd na Kapitol miał miejsce w 2018 roku, kiedy to w Senacie trwały przesłuchania Bretta Kavanaugha, kandydata do Sądu Najwyższego, którego zgłosił prezydent Donald Trump. Tłum, czy motłoch jak określa teraz takich ludzi prezydent elekt Biden (wtedy to byli pokojowo protestujący) wdarł się na Kapitol. Rożnica jest taka, że dwa lata temu służby poradziły sobie z sytuacją, a tym razem nie. Skala oczywiście też była mniejsza i nie dochodziło do tak ekstremalnych zachowań, ale już wtedy widać było, że powoli wszelkie granice pękają. 

To, co się wydarzyło w Waszyngtonie, nie jest dla mnie żadną niespodzianką, a już tym bardziej szokiem, czymś niesłychanym. Przygotowania trwały lata, a w ubiegłym roku przez kilka miesięcy przez Stany Zjednoczone przewalała się fala rozruchów wywoływana przez BLM i Antifę. Plądrowano i niszczono całe kwartały miast, podpalano i rabowano biznesy. Napadano i mordowano ludzi Płonęły budynki federalne, obalano pomniki, atakowano funkcjonariuszy. Zginęło kilkanaście osób. Nazywano to pokojowymi protestami przeciwko rasizmowi i brutalności policji. Nikt nie mówił o motłochu, ekstremistach, tylko słusznie i pokojowo protestujących. Władze poszczególnych stanów, czy miast, tam, gdzie nie sięga jurysdykcja federalna, miesiącami nie reagowały na to, że niszczone jest życie i dorobek obywateli. W ciągu dwóch kadencji Baracka Husseina Obamy podziały na tle etnicznym, czy społecznym urosły w Stanach Zjednoczonych do niespotykanych od dziesiątków lat rozmiarów. Potem 4 lata codziennego szczucia, oskarżania Trumpa, który nie zaznał nawet godziny spokoju, dołożyły swoje. Doszło do rozziewu pomiędzy elitami a zwykłymi Amerykanami na niespotykaną skalę. Nigdy w historii USA media nie były tak zaangażowane przeciwko urzędującemu prezydentowi i nigdy też nie miały tak niskiego zaufania opinii publicznej. Być może i Stany Zjednoczone stoją na krawędzi wielkiego wewnętrznego konfliktu, ale pouczenia ze strony przywódców Europy Zachodniej o obronie demokracji brzmią wyjątkowo obłudnie. Podobnie jest w Polsce, kiedy to piewcami ładu stają się ci, którzy w 2016 roku wiedli tłumy na Sejm. 

Koniec Trumpa przypomina mi też to, co wydarzyło się 25 lat wcześniej w Polsce – odejście prezydenta Lecha Wałęsy (oczywiście okoliczności były odmienne). Wtedy też byłem przekonany, że to urzędujący prezydent wygra wybory.  W nocy kładłem się spać z Wałęsą i Trumpem jako prezydentami, a ranek przyniósł zupełnie nowe rozdanie. Tak jak i wtedy, tak i teraz mam poczucie, że stało się coś niesprawiedliwego, coś niedobrego. Nie porównuję polityki obu postaci, ich dokonań i wymiaru, ale obaj mają ze sobą sporo wspólnego. Obaj byli naturszczykami, samorodkami, które trafiają się raz sto lat. Ich instynkt przewyższał intelekt otoczenia. Obaj byli bezceremonialni, brutalni, z ego tak wielkim, że gdyby je połączyć to mielibyśmy most z Europy do Ameryki. Obaj sami przeciwko wszystkim. Gdy Wałęsa przegrany i samotny opuszczał Belweder, jego prezydentura oceniana była tylko przez pryzmat lapsusów językowych, wpadek, śmiesznych, niezgrabnych zachowań, zadufania w sobie i braku jakiejkolwiek refleksji, że może się gdzieś mylił. Gdy dał się sfotografować w koszulce z nazwą japońskiego producenta taniej elektroniki Otake z miejsca stał się człowiekiem memem, choć tych jeszcze wtedy nie było: Otake Polskę walczyłem.

Trump długo oceniany będzie przez pryzmat tragicznych wydarzeń na Kapitolu. Odchodzi w niesławie, a ostanie dni jego prezydentury przesłonią jej duże osiągnięcia. Będą podsycały emocje, pchały do rozliczeń i rewanżu, utrwalały podziały. Te nie znikną, tak jak z dnia na dzień nie zniknie u połowy Amerykanów poczucie, że wybory zostały im skradzione, że ich instytucje demokratyczne są tylko fasadą. Można sobie opowiadać patetycznie, iż Kapitol to świątynia demokracji. Może tak, a może to już, to już tylko oddział geriatryczny, niemal od kilkudziesięciu lat prowadzony przez tych samych ludzi. W Białym Domu zasiądzie 79-letni Joe Biden, a na Kapitolu znów wygodnie umości się 80-letnia Nancy Pelosi. Nikt nie będzie mówił o dziadersach, bo pewne standardy, a właściwie ich brak dotyczy tylko jednej strony politycznego świata. Czeka nas wiele pięknych słów o miłości, wolności, tolerancji, demokracji i wiele podłych czynów. Będzie coraz gorzej, ale za to miło. 

Trump popełnił kilka błędów, które ostatecznie przesądziły o tym, iż to Joe Biden zasiądzie w Białym Domu. Nie docenił waszyngtońskiego bagna, układów idących w poprzek partii, siły tej gigantycznej korporacji władzy zbudowanej na mediach, firmach prawniczych, lobbystach, specach od propagandy, show-biznesie i urzędnikach administracji federalnej i poszczególnych stanów. O 3 lata za późno zabrał się za wszechwładnych teraz gigantów internetowych, którzy bez żadnego już skrępowania zaprowadzają powszechną cenzurę i decydują czy istniejesz, czy nie. Bo gdy cię nie ma w sieci, to tak jakbyś nie istniał. Ale prawdopodobnie największy wpływ na porażkę Trumpa miał jego własny charakter. To on często przesłaniał też jego czyny. Swą bezwzględnością, obcesowością, publicznym poniżaniem zrażał do siebie nawet tych, którzy życzyli mu jak najlepiej. Nie musiał publicznie upokarzać odchodzących od niego co rusz najbliższych współpracowników. Ale natura, czyli charakter okazywała się silniejsza. Nie mógł się powstrzymać. Jak mawiał klasyk: ciągnie hienę na śmietnik. Poczet tych, których publicznie poniżył, jest bardzo długi. To być może telefonów od nich, ich układów, ich mocy zabrakło Trumpowi w ostatniej rozgrywce. To oni nie tylko swymi występami w mediach budowali jego wizerunek socjopaty, ale też buszowali w waszyngtońskim bagnie. I nie chodzi tylko o niską satysfakcję z mszczenia się, ale też przekonanie, że człowiek o takim charakterze jak u Trumpa nie powinien mieć tak ogromnej władzy. 

Na podsumowanie jego prezydentury przyjdzie jeszcze czas. Pewnie lepiej to będzie zrobić, gdy chociaż posprzątany zostanie Kapitol, powybijane okna i wyłamane drzwi będą na nowo wstawione, a obecny jeszcze prezydent opuści Biały Dom. Za kilka lat przekonamy się, kto ma rację. Czy ci, którzy twierdzą, że Biden przywróci światu ład i spokój, czy ja, który uważam, że będzie więcej tego, co ten świat, przynajmniej nasz zachodni niszczy. 

Umarł Trump. Niech żyją Chiny.

Inne wpisy tego autora

Pandemia strachu i chaosu

Poleję wazeliną: Tomek Wróblewski wrócił w wielkim stylu. W ostatniej audycji opowiedział o towarzyszącym nam, czy też raczej wpajanym od 20 miesięcy strachu. Wzniecany lęk

Debata o niewoli słowa

Kilka dni temu przysłuchiwałem się zorganizowanej przez WEI w Świetlicy Wolności debacie na temat, a jakże, wolności słowa. Relacjonował jej nie będę, nie chcę też