Teoria głupoty i zła (2)

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Kościół luterański w Niemczech dosłownie zwariował na punkcie Hitlera. Po przegranej w I Wojnie Światowej w całym społeczeństwie i także wśród kleru zapanowała wielka tęsknota za charyzmatyczną postacią, zdolną przywrócić Niemcom poczucie godności, znaczenia, wartości. Duchowni – ludzie zanurzeni w mistycyzmie, podatni na emocje, łatwiej wpadający w skrajności szczególnie wyczekiwali przewodnika. I oto pojawił się on, wyczekiwany, wymodlony pasterz, człowiek porywający za sobą tłumy – Adolf Hitler. Niemcy dały się uwieść demonowi, także Kościół Luterański, który oficjalnie opowiedział się po jego stronie. „Czas się wypełnił dla niemieckiego narodu Hitlera. Hitler jest drogą Ducha i wolą Bożą dla narodu niemieckiego, by wszedł do Kościoła Chrystusowego” – głosił pastor Hermann Gruner. Wśród nielicznych, którzy nie tylko dostrzegli w Hitlerze wcielenie zła, ale tez przeciwstawili się jemu i całemu totalitarnemu reżimowi, który Niemcy sami na siebie sprowadzili, był pastor, teolog Dietrich Bonhoeffer. Samotny w swym kościele jak August Landmesser na słynnym zdjęciu, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma, wśród tłumów wykonujących gest hitlerowskiego pozdrowienia. Żaden z nich wojny nie przeżył. Wcielony do batalionu karnego Landmesser zginął w 1944 roku w Chorwacji, a Bonhoeffer na osobisty rozkaz Hitlera został stracony w obozie we Flossenburgu 2 tygodnie przed wyzwoleniem przez Amerykanów. Miał 39 lat.

Ostatnie dwa lata swego życia Bonhoeffer, zanim został przeniesiony do Buchenwaldu, a następnie do Flossenburga, spędził w więzieniu w Tegel. To tam powstały jego pisma teologiczne zebrane w tomie „Opór i poddanie”, a także „Teoria głupoty”, którą starał się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego tak wykształcony, tak wyrafinowany naród, który wydał wielkich poetów, filozofów dał się uwieść tak prymitywnemu złu, jakie ucieleśniał Adolf Hitler. Dlaczego sam pozwolił nałożyć na siebie i inne narody tak nieludzką tyranię. Dlaczego ludzie na co dzień, dobrzy, poczciwi, kierujący się wskazaniami chrześcijańskiej miłości potrafili dopuszczać się potworności, tak masowo uczestniczyli w zaprowadzaniu porządków zła. To pytanie zdawało się go tym bardziej męczyć, że widział przecież, co stało się z jego kościołem, uniwersum, które powinno mieć szczególną moc opierania się złu.

Odpowiedzi jest tysiące, jak rozpraw na ten temat, ale Bonhoeffer, syn profesora psychiatrii i neurologii znalazł własną. Zło Niemców wzięło się z głupoty. Niemcy stali się demonami zła, wspólnikami szatana, tchórzami, kryminalistami, oszustami, sadystami z głupoty. Ta jest bowiem także wyborem moralnym, a nie tylko stanem świadomości. Źródłem zła, powodem, dla którego emanowało, objawiało się, nie była jakaś przyrodzona jego rodakom nikczemność, ale właśnie zwykła, banalna głupota. Bonhoeffer uznał, że to ona jest bardziej niebezpieczna, jest większym wrogiem dobra niż zło jako takie. Temu można się bowiem przeciwstawiać siłą, co nawet sam duchowny gotów był czynić. Bonhoeffer porzucił swój młodzieńczy, naiwny pacyfizm i uczestniczył w spiskach, których celem było zabicie Hitlera. Przed aresztowaniem działał jako podwójny agent Abwehry – niemieckiego wywiadu i pomagał Żydom. Gestapo odkryło jego związki z szefem Abwehry Wilhelmem Canarisem, który spiskował przeciwko Hitlerowi. Obydwaj po doraźnym procesie tego samego dnia – 9 kwietnia 1945 roku zostali straceni w obozie we Flossenburgu. Admirała powieszono na strunie od fortepianu, ta bowiem rozciągała się i przedłużała mękę umierania.

Bonhoeffer uważał, że złu można się przeciwstawiać perswazją, ta jest jednak bezradna wobec głupoty. Protesty, siła, eksponowanie głupoty nic przeciwko niej nie zdziałają. Tym bardziej apelowanie do rozsądku. Podobne poglądy na swych wykładach w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych głosił agent KGB Jurij Bezmienow, który w 1970 roku zbiegł na Zachód. Przez lata działając pod przykrywką dziennikarza, zajmował się dezinformacją, dywersją ideologiczną, kształtowaniem opinii, pozyskiwaniem pożytecznych idiotów, oczywiście ludzi elit. Sowiecki agent twierdził, że ci głupcy, którzy dali się uwieść socjalizmowi/komunizmowi, Związkowi Radzieckiemu są tak zapieczeni w swej wierze, tak oczadziali, że nie porzucą jej nawet wtedy, gdy na własne oczy ujrzą dowody. Dowody na zło, opresyjność totalitarnego reżimu.

Argumenty, dowody nie są przez głupców przyjmowane. Oni im nie wierzą. Gdy dowodom nie da się zaprzeczyć, są ignorowane jako przypadkowe, pojedyncze, anegdotyczne. Pisałem o tym w pierwszej części, iż jest tak, że oto w Iraku jakiś byczek wykupuje wycieczkę na Białoruś, leci do Mińska przez Katar, Dubaj, Kair, ląduje w stolicy Białorusi, buja się po galeriach handlowych i restauracjach, śpi w hotelu, w końcu zostaje podwieziony na pogranicze z Polską, a durnie z polskich mediów i teatrów i tak będą mówić, że to uchodźca uciekający przed wojną. Że jest jakiś kot, który w trzy dni razem ze swymi właścicielami pokonał pieszo 4 tysiące kilometrów z Afganistanu i znalazł się na poleskich bagnach.

Bonhoeffer pisał, iż takie głupie osoby są wiecznie zadowolone z siebie, ale też bardzo szybko stają się agresywne i atakują innych. Nie wytrzymują psychicznie konfrontacji z prawdą, więc wpadają w złość, irytację, histerię i stają się niebezpieczne. Dlatego też gorzej jest mieć do czynienia z kimś głupim niż tylko złym, ciężej się przeciwstawiać. Trzeba z nimi znacznie ostrożniej postępować.

Niemiecki teolog wyprowadza pewien paradoks dotyczący zła i głupoty. Tę ostatnią uznaje bowiem nie za ułomność intelektualną, a właśnie za moralną. Głupota jest więc złem. Ona nie ma nic wspólnego z ograniczeniami intelektualnymi, sprawnością umysłu. Można być piekielnie inteligentnym i jednocześnie niemożebnie głupim. Podobnie bez znaczenia jest wykształcenie. Świat roi się od wyedukowanych durniów nierozumiejących najprostszych, najbardziej oczywistych spraw. Głupota nie jest przyrodzoną ułomnością, ona jest nabywana, w jakimś sensie ludzie wybierają, lub co najmniej zgadzają się, by być głupimi. Pozwalają, by ich głupcami uczyniono. To proces podobny poddaniu się demoralizacji. Głupota jest wybraną postawą. W tym sensie jest więc złem, bo złem jest wybrać to, by być głupim, złem jest zgoda na własną głupotę.

Bonhoeffer zauważył, że ludzie samotni, żyjący w odosobnieniu znacznie rzadziej na głupotę zapadają. To oddaje nawet polskie porzekadło, iż głupota jest zaraźliwa. Teolog twierdzi, że „mądrość samotnych” jest dowodem na to, iż głupotę się nabywa, ulega się jej. Jej nosicielami są inni. Duchowny uznał więc, że głupota jest nie tylko problemem psychologicznym, ale społecznym, który rodzi się poprzez wpływ otoczenia. Szczególnie mocnych bodźców może dostarczać silna władza. Nie tylko polityczna w sensie rządów, ale też religijna, duchowa – władza idei. Trzeba zważyć, że Bonhoeffer pisał to wszystko, siedząc w hitlerowskim wiezieniu i że większość jego świadomego dorosłego życia przypadła na czas koszmarnej tyranii. Dochodzi do pewnego sprzężenia zwrotnego. Silna władza ogłupia tych, którzy są jej poddani, a jednocześnie karmi się ich głupotą. Bez niej nie urosłaby tak, nie osiągnęła tak wielkich rozmiarów. Ludzie nie tracą swych zdolności intelektualnych, ale zdają się całkowicie gubić autonomię, niezależność umysłu. Mniej czy bardziej świadomie pozwalają, by władza – polityczna, czy duchowa przejęła ich rozum. Fakt, że człek głupi jest tak bardzo uparty, że na krok nie odstępuje swych mniemań, nie jest dowodem na niezależność. Wręcz przeciwnie, świadczy o całkowitym podporządkowaniu władzy, która wzięła jego rozum w posiadanie. Mając do czynienia z głupcem, nie konfrontujemy się, nie dyskutujemy z nim jako człowiekiem, tylko z zestawem haseł, sloganów, słów wytrychów, które przejęły nad nim kontrolę. Głupiec jest ślepy, głuchy, a na końcu zły. A to dlatego także, że jest bezmyślnym narzędziem, którego się używa. Nie dostrzega głupoty i nie dostrzega zła, które jako narzędzie czyni. Bonhoeffer nie wierzył w możliwość przekonania takich osób. Był pesymistą i twierdził, że przezwyciężenie głupoty może nastąpić dopiero w akcie wyzwolenia, gdy znikną warunki zewnętrzne, które ją wywołały. Wyzwolenie wewnętrzne przychodzi dopiero po wyzwoleniu zewnętrznym.

Oczywiście przemyślenia Dietricha Bonhoeffera przedstawiłem dość pobieżnie. Sama teoria ma też luki i sprzeczności, ale tak jest zawsze, gdy ma się do czynienia z materią trudną do ostatecznego zdefiniowania i taką, której nie da się skwantyfikować. Podobnie jak inne pisma tysięcy mędrców od filozofii, psychologii, socjologii, teologii etc. nie dają ostatecznej odpowiedzi na pytanie, jak rozpoznać, że jest się samemu głupim i złym albo że inni są głupi i źli, a my mądrzy i dobrzy. O tym, co głupie i złe nie rozstrzyga głos większości, co dobitnie udowodnili Niemcy, wielbiąc Hitlera i rozpętując piekło wojny. Tym niemniej w teorii Bonhoeffera jest wiele mądrych, trafnych spostrzeżeń. Skąd wiadomo, że są mądre i trafne? Bo ja tak uważam, ha, ha. Tego zapętlenia nigdy nie przetniemy. Ostatecznym arbitrem jesteśmy my sami, chyba że, jak to opisywał teolog, zarazimy się cudzą głupotą, damy się uwieść jakiejś władzy politycznej, czy duchowej, do tego stopnia, że ta przejmie kontrolę nad naszym sercem i umysłem. Ale i wtedy będziemy twierdzić, że właśnie jesteśmy mądrzy i dobrzy – ten łańcuch spinających się potwierdzeń własnych racji nigdy się nie kończy. Tak czy owak, zgadzam się, iż głupota jest czymś nabytym, a nie wrodzonym. Że jest wyborem postawy intelektualnej i moralnej. Że nie ma nic wspólnego z wykształceniem. Richard Feynman, noblista uznany za jednego z 10 fizyków wszech czasów mówił, iż problemem nie są ludzie niewykształceni, ale wykształceni, którzy nigdy nie kwestionują tego, czego ich nauczono. Nie wątpią, nie pytają. Na końcu i tak sami zostajemy z rozstrzygnięciem, czy pytanie o skuteczność szczepień i segregacji sanitarnej jest mądre i dobre, czy głupie i złe.

Skoro uznaje się, że głupota jest wyborem, to możemy oczywiście przypisać jej kategorię moralną. Jest złem, bo jest lenistwem, choćby tylko intelektu. Zgadzam się też z poglądem, że poddajemy się głupocie otoczenia, że to towarzystwo, w którym przebywamy, nakręca ją w nas samych. Anglosasi mówią o echo chamber – komnacie pogłosowej, bańce, w której słychać tylko jedne wciąż te same, nieustannie powtarzane opinie. Takimi bańkami mogą być redakcje mediów, partie, organizacje, sekty, czy nawet kościoły, wszystkie te miejsca, gdzie można prać mózgi na masową skalę. Samotność, oddalenie sprzyjają refleksji, poszukiwaniom, nie podtykają łatwych odpowiedzi. Przezwyciężenie głupoty może przyjść tylko jako zewnętrze wyzwolenie, zmiana owego otoczenia – poprzez odejście z redakcji, w której się pracuje, porzucenie zawodu dziennikarza, przeprowadzka z miasteczka Wilanów na wieś, czy tylko wyłączenie telewizora. Dla Niemców wyzwolenie także w tym sensie, o którym pisał Bonhoeffer, przyszło wraz z Aliantami. Dopiero gdy zakończyła się wojna byli w stanie dojrzeć ogrom swej głupoty i zła. Dla nas konstatacja Bonhoeffera brzmi pesymistycznie, bo nie dzielimy się wedle poglądów, opinii, tylko jesteśmy zapieczeni po dwóch stronach: głupoty i zła, mądrości i dobra. I tak dla połowy ludu wyzwolenie od głupoty nastanie np. z upadkiem PiS, dla drugiej zaś wtedy nastąpi ostateczne zniewolenie.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: PO-PiS działa

Kreatywna księgowość budżetowa kwitnie. Jak kiedyś w amerykańskim Enronie. Z tym że dyrektorzy Enronu – Kenneth Lay i Jeffrey Skilling – zostali skazani za nadużycia