Tylko dla zaszczepionych (1)

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Gdy wychodzili na miasto, bili w specjalne kołatki, by zdrowi o ich obecności wiedzieli i ukryć się mogli. Trędowaci – obciążeni chorobą, albo tylko podejrzeniem o nią, skazani na życie w stanie śmierci. Zanim już na zawsze oddalali się do leprozoriów, gdzie spędzić mieli resztę swych dni – w świecie, którego granice oznaczone były szubienicami, by przypominać im, że wyjść z niego mogą tylko w określonych porach i właśnie z grzechotką, w specjalnym stroju, by z daleka rozpoznać ich można było, uczestniczyli jeszcze w specjalnej ceremonii. Gdy rada miasta podjęła decyzje o wyrzuceniu poza społeczność, w kościele odprawiano specjalną liturgię pochowania za życia. Kapłan posypywał głowę odrzuconego ziemią z cmentarza i wypowiadał sakramentalne: „Umrzyj dla świata, zmartwychwstań dla Boga”. Trędowaty otrzymywał kilka przedmiotów, które miały już stanowić cały jego dobytek, m.in. kołatkę, poduszkę, strój i zasłonki na twarz, kij, garnek i czarkę, z których już na zawsze tylko on korzystał, a potem ksiądz odczytywał mu listę zakazów:

 

Zakazuję ci na zawsze wchodzić do kościoła, klasztoru, młyna, przychodzić na targ, jarmark, przebywać w towarzystwie ludzi zdrowych.
Zakazuję ci wychodzić z leprozorium inaczej niż w twoim ubraniu trędowatego.
Zakazuję ci myć ręce, lub cokolwiek z twoich rzeczy w rzece, studni; zakazuję ci również stąd pić; jeśli chcesz wody do picia, czerp ją z twojej baryłki i tylko twoją czarką.
Zakazuję ci dotykać jakiegokolwiek przedmiotu, który kupujesz lub targujesz, póty póki nie będzie twoim.
Zakazuję ci wchodzić do karczmy; jeśli chcesz wina bądź je kupujesz, bądź ci je dają, podaj swoją baryłkę, żeby co do niej nalano.
Zakazuję ci, jeśli spotkasz na drodze osobę, która do ciebie chce mówić, zwracać się do niej inaczej niż pod wiatr.
Zakazuję ci wchodzić w wąską uliczkę, gdzie byś mógł spotkać przechodnia, który by się musiał prawie otrzeć o ciebie.
Zakazuję ci, gdziekolwiek idziesz, dotykać się studzien lub sznurów inaczej niż w rękawiczkach.
Zakazuję ci pić lub jeść inaczej niż tylko w twoich własnych naczyniach.
Zakazuję ci pić i jeść w towarzystwie innych niż trędowaci.

W ciągu stuleci rygory ograniczano, ale jeszcze w XX wieku – ledwie 40 lat temu, w Europie były jeszcze leprozoria (jedno w Rumunii, wciąż działa jako szpital). W najbiedniejszych krajach Azji, Afryki przetrwały one do dziś – współczesne getta sanitarne, miejsca hańby, w które ludzkość upycha tych, których mogłaby uleczyć, ale nie robi tego, tylko woli wypluć. Światowa Organizacja Zdrowa wydaje rocznie więcej na podróże i konferencje, niż kosztowałoby wyleczenie wszystkich trędowatych świata. Na czele WHO stoi komunista Tedros Adhanom Ghebreyesus, w którego ojczystym kraju – Etiopii, wciąż istnieją getta, kolonie dla zarażonych. W Genewie, gdzie mieszka i pracuje przewodniczący Ghebreyesus, nikomu trąd nie grozi.

1500 lat po powstaniu pierwszych leprozoriów, uznaniu, że niektórych chorych trzeba nie tyle izolować, co wyjąć poza nawias społeczny, ta idea wraca. Nazwę ma tylko inną, fałszującą istotę segregowania ludzi. Ma się miło kojarzyć, więc jest to zielony paszport, certyfikat. Ekologicznie, jak w naturze, a jednocześnie jak kolor świateł zezwalających na ruch. Od miesiąca trwają w Unii prace nad wprowadzeniem aplikacji, dokumentów, na podstawie których jedni mogliby podróżować, a inni nie. Jedni mogliby pójść na mecz, a inni nie. Jedni mogliby normalnie funkcjonować w społeczeństwie, a inni nie. Koncepcje są różne. Wedle niektórych owe paszporty w postaci aplikacji czy dokumentu byłyby wymagane tylko przy podróżach po krajach Unii, wedle innych zakres zastosowania byłby znacznie szerszy i obejmowałby uczestnictwo w imprezach zgromadzeniach, przy wejściach do kin, sal koncertowych restauracji etc. – wszędzie tam, gdzie są jacyś ludzie. Być może komuś się wyda, że przytoczenie obrazów średniowiecznych rytuałów i leprozoriów, to zabieg demagogiczny, tym niemniej idea, która stoi za zaprowadzeniem owych zielonych paszportów, jest dokładnie taka sama jak wówczas – śmierci dla świata, wyrzucenia poza nawias życia w społeczeństwie. To dotyczy nie tylko kwestii pandemii, ale choćby obecności w przestrzeni świata cyfrowego, z której można być usuniętym. Za każdym razem uzasadnienie jest to samo: dobro ogółu.

Współczesny światły Europejczyk jeszcze rok temu pysznił się swym humanizmem, wolnościami niedosiężnymi dla przodków, zdobyczami swej cywilizacji wolności, równości, braterstwa. Ledwie 12 miesięcy później dla poczucia bezpieczeństwa gotów jest odrzucić nauki płynące z literatury, traktatów filozoficznych, prawa nieraz krwią zdobywane, to co ma zapisane w konstytucjach, Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela czy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka: Każdy człowiek posiada wszystkie prawa i wolności zawarte w niniejszej Deklaracji bez względu na jakiekolwiek różnice rasy, koloru, płci, języka, wyznania, poglądów politycznych i innych, narodowości, pochodzenia społecznego, majątku, urodzenia lub jakiegokolwiek innego stanu.

Jak łatwo przychodzi odrzucenie tego, uznanie, że w stanie konieczności możemy pozbyć się zbędnych ideałów i sentymentów. Stajemy nie tylko przed zdrowotną, ale też trudną filozoficzną i moralną kwestią, tymczasem sprawa naszych wolności i praw załatwiana jest na drodze biurokratycznych i technologicznych procedur przez ludzi formatu ministra Niedzielskiego, jakby też wszystko to, co co najmniej od czasów Oświecenia uznawaliśmy za zdobycze ludzkości, było ledwie zabawką, przyjemnostką, którą w każdej chwili można nam odebrać. Moje prawa, wolności zapisane są w strzelistych aktach, które jak się okazuje, nadają się tylko do powieszenia na ścianie, jak dyplom dzielnego pacjenta Szymka Hołowni albo proporczyki za przejście Połoniny Wetlińskiej. Jakieś tam sobie czcze deklaracje albo złote myśli o ludzkości w stylu Coelho. Większą moc ma to, co sobie wymyśli jakiś urzędnik w Brukseli albo na Miodowej w Warszawie, niż wszystkie podniosłe akty ludzkości. Żadne zapisy w Traktatach Lizbońskich, żadne przepisy w Polsce nie nadają władzy możliwościowi pozbawienia mnie mych wolności, a jednak bezwstydnie próbuje się to zrobić, w jakiś pokrętny sposób udając, że ma się do tego prawo. Układ z Schengen o otwartych granicach na naszych oczach przestaje istnieć i to nie mocą wielkich postanowień, ale ot tak, w wyniku urzędniczej pisaniny i gadania na konferencjach prasowych.

Idea, że w obliczu większego zagrożenia oddaje się część swej wolności, swych praw w tym najbardziej fundamentalnych jak własności, jest słuszna i nie budzi powszechnych zastrzeżeń. Każdy ogarnia umysłem rekwizycje, przymusowy pobór do wojska czy pracę na wałach przeciwpowodziowych. To wszystko jest zapisane i ustalone w wyniku powszechnie wyrażonej zgody, bo znajduje się to w przyjętej w referendum Konstytucji albo ustawach wybranego demokratycznie parlamentu. Przez rok znajdywano i w Warszawie, i w Brukseli czas, by zajmować się tysiącem różnych bzdetów, a nie tym, co jest fundamentalne dla całej istotności Europy, czegoś, co tak pompatycznie określa się jako europejskie wartości. Nikomu nie chce się wykonać nawet właściwej pracy, ale nas – wolnych obywateli chce się zmusić do przyjęcia jakichś gabinetowych, urzędniczych ustaleń. Racje mają ci, którzy twierdzą, że pomysł wprowadzania szczepionkowych przepustek to zamach na nasze wolności, bo sam tryb procedowania nad nimi jest całkowicie antydemokratyczny.

Być może owe prawa do trzymania w ryzach wolności da się wywieść z przyjętego porządku, bo rozumiemy też to, że nie każdy może być lekarzem, prowadzić samochód, a w wielu miejscach, jak choćby w wojsku, policji etc. kryteria zdrowotne muszą być brane pod uwagę. Różnica jest jednak taka, że w tych przypadkach mowa jest o uprawnieniach, które uzyskuje się pod pewnymi warunkami. To czego chcą mnie pozbawić paszportowcy jest zaś bezwarunkowe. Wolności, o których mowa wynikają wprost z konceptu praw człowieka, fundamentów, na których stawiany jest nasz porządek, a my wchodzimy w świat absurdalnych, nierozwiązywalnych, sprzeczności. W Kalifornii jakiś czas temu zniesiono kary dla tych, którzy świadomie narażali innych na zakażenie się śmiertelnym wirusem HIV. Chodziło najczęściej o sytuacje, w której ktoś, wiedząc, że jest nosicielem, bez powiadamiania partnera, bez stosowania jakichkolwiek zabezpieczeń, wprost w czasie aktu płciowego narażał go na infekcję. Jednocześnie w tym samym stanie wymierza się kary za brak maski czy otwarcie restauracji, albo salonu fryzjerskiego. W żadnym spójnym systemie prawnym, aksjologicznym nie da się pogodzić tych dwóch całkowicie sprzecznych rozwiązań. Zaczynamy też żyć, jakbyśmy już całkowicie zanurzali się w miazmatach marksistowskich idei materializmu dialektycznego, w którym to ilość przechodzi w jakość. Gdyby na świecie istniał tylko jeden człowiek, który mógłby potencjalnie, bo nie z pewnością, zarażać innych koronawirusem, to za zły uznalibyśmy pomysł, by pozbawić go prawa do podroży, czy przebywania w miejscach publicznych. Uczynienie tego samego milionom nagle staje się czymś dobrym, bo dzięki temu miliony innych będą mogły korzystać z życia. Zmieniła się tylko skala, co tak dobrze rozumiał towarzysz Stalin, mówiąc, że śmierć pojedynczego człowieka to tragedia, a zagłada milionów, to statystyka.

Póki co argumenty, które stoją za wprowadzaniem tych zielonych, paszportów uznaję za liche, marne, nieprzekonywujące. Ich zwolennikom nie chce wykonać się nawet podstawowej pracy i samo już to, budzi podejrzenie niecnych intencji. Ale być może się mylę, być może nie jestem w stanie pojąć owych wyższych racji, więc gotów jestem poddać się perswazji. Ja w tej sprawie mogę występować jako oskarżony np. o nieczułość, brak wyobraźni i kompetencji, o to, że w imię „egoistycznej wolności” – jak mówi poseł Barbara Nowacka (skąd ona wytrzasnęła tę „egoistyczną wolność”?) gotów jestem narazić zdrowie i życie innych, ale ja nie muszę niczego wykazywać. Niczego udowadniać. To, ci którzy chcą mi odebrać moją „egoistyczną wolność”, muszą dowieść, że racje serca i rozumu są po ich stronie. Tymczasem pierwsze, od czego zaczynają, to kłamstwa i to na meta poziomie. Fałszywe są nie tylko twierdzenia, ale zakłamane jest już samo znaczenie słów i zwrotów. Oto prawo do podróżowania, do pójścia do kina, do restauracji nazywane jest korzyścią, przywilejem, benefitem, który zdobywa się poprzez przyjęcie jakiejś substancji. Jak jakaś nawąchana ziołem wróżka pytyjska, która wkracza w wyższe stany świadomości, tak obywatele zdobywaliby dodatkowe „nagrody” za przyjęty zastrzyk. A tymi nagrodami są wolność podróżowania czy prawo do prywatności, bo przecież każdą naszą obecność na koncercie, w restauracji, na stadionie odnotowywano by w systemie, który potwierdzałby naszą sanitarną nieszkodliwość. Całkowicie zakłamywane jest też znaczenie słowa „dobrowolne”, czyli bez przymusu. Szczepienie jest dobrowolne, ale jak go nie zrobisz, to nie wejdziesz do kościoła, klasztoru, do młyna na targ, do karczmy, a karczmarz ani jadła, ani napoju ci nie poda, chyba że w twoją własną czarkę, a więc na wynos. Wyjściem dla ciebie człeku jest jeszcze choroba. Jak nie umrzesz, a ozdrowiejesz, to masz pół roku spokoju. Tylko kwit, że chorowałeś musisz stale mieć przy sobie i okazywać na żądanie.

Druga część artykułu dostępna jest tutaj.

Inne wpisy tego autora

Teoria głupoty i zła (2)

Kościół luterański w Niemczech dosłownie zwariował na punkcie Hitlera. Po przegranej w I Wojnie Światowej w całym społeczeństwie i także wśród kleru zapanowała wielka tęsknota

Teoria głupoty (1)

Teorię głupoty słynnego luterańskiego teologa Dietera Bonhoeffera początkowo chciałem zaprezentować w aromatach abstrakcji, czystej myśli, bez dzisiejszych kontekstów, bez nawiązywania do obecnych zdarzeń. Swe przemyślenia