Wycofanie Bidena

Dariusz Matuszak
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Gdy 30 sierpnia o godzinie 23:58 czasu miejscowego na lotnisku w Kabulu na pokład samolotu wszedł dowódca 82. Dywizji Powietrzno-Desantowej generał Chris Donahue prezydent Biden obwieścił kres trwającej blisko 20 lat wojny. Czy skończyła się ona w istocie, to dopiero się okaże. Jedyne co można powiedzieć to tyle, że odlot transportowego C-17 z generałem i jego spadochroniarzami przewał na chwilę ciąg katastrofalnych wydarzeń, które mogą prowadzić nawet do szybkiego końca prezydentury Joe Bidena. Być może wraz z zakończeniem wycofywania wojsk amerykańskich rozpoczęła się operacja wycofywania z Białego Domu jego obecnego lokatora.

Kolejne doniesienia pokazują obraz nędzy w planowaniu i przeprowadzeniu „wyprowadzki” z Afganistanu. Nikt na świecie nie ma wątpliwości: to nie było wycofanie się, tylko bezładna ucieczka, zrzucony przez polityków i generałów z Waszyngtonu chaos, nad którym za cenę ofiar próbowali zapanować żołnierze liniowi. Najbardziej znany brytyjski komentator i dziennikarz Piers Morgan napisał: „Postawmy sprawę jasno: Prezydent Biden dopuścił się w Afganistanie szokującego aktu moralnego tchórzostwa, który okrywa Amerykę hańbą, i który powinien przerazić każdego, kto ma w sercu odrobinę człowieczeństwa. On wie, co zrobił i wie, że to zakończy jego prezydenturę”. Tymczasem gdy samolot opuścił przestrzeń powietrzną Afganistanu, Biden nie tylko wieścił koniec wojny, ale też wielki sukces, bo trwająca 17 dni operacja była największą akcją powietrzno-transportową w dziejach Stanów Zjednoczonych. W prawdziwie żałosnym oświadczeniu wspomniał krótko o pozostawionych na miejscu Amerykanach – setkach, jeśli nie tysiącach, i afgańskich współpracownikach oznajmiając, że teraz sekretarz stanu Antony Blinken będzie współpracował z innymi państwami, by zapewnić im bezpieczną ewakuację z Afganistanu. No i wyobraźcie sobie Państwo, szef amerykańskiej dyplomacji będzie też pracował nad zapewnieniem poparcia dla rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, która jak pisze w oświadczeniu Biden „wysłała jasny sygnał, jakich postępów od Talibów oczekuje społeczność międzynarodowa, zwłaszcza w sprawie swobody podróżowania”. To jest tak niewiarygodnie głupie i infantylne, że przytoczę w oryginale, bo jeszcze Państwo nie uwierzą: „This will include work to build on the UN Security Council Resolution passed this afternoon that sent the clear message of what the international community expects the Taliban to deliver on moving forward, notably freedom of travel”.

Gdy Biden słał w świat swe oświadczenie, telewizje akurat prowadziły transmisje z tego, jak żołnierze (chyba już tak ich trzeba nazywać) talibskiej jednostki specjalnej – Badri 313 (nazwa pochodzi od oazy Badr na Półwyspie Arabskim gdzie Mahomet i 313 jego wojowników wygrało opisaną później w Koranie bitwę z blisko tysiącem beduińskich Kurajszytów) w amerykańskim rynsztunku wchodzą do opuszczonego hangaru na lotnisku Hamida Karzaja w Kabulu i oglądają sobie pozostawiony tam śmigłowiec Chinook. Amerykanie urządzili muzułmanom Gwiazdkę już w sierpniu. To jedna z dziesiątek maszyn podarowanych Talibom. Podobno uczyniono je nieprzydatnymi do użytku, ale, tak czy owak, Talibowie mają teraz więcej helikopterów Black Hawk niż Australia. Wartość przejętego przez Talibów sprzętu wojskowego wynosi 85–90 miliardów dolarów. Biden powinien był pochwalić się, że przeprowadzono nie tylko największą akcję powietrzno-transportową w historii, ale też największą w dziejach operację dozbrajania przeciwników. Budżet polskiego Ministerstwa Obrony Narodowej na ten rok wynosi 51 miliardów złotych, a obejmuje wszystkie wydatki – na pensje, żołd, zapomogi, składki, mundury, trąby dla orkiestry, dżem na śniadanie do stołówek etc. Niemcy na swe wojsko wydały w 2020 roku 45 miliardów euro. Już nawet nie wiadomo jak skomentować, do czego porównać ten bezmiar katastrofy. Na koniec okazało się jeszcze, że na lotnisku pozostawiono też 51 psów – wojskowych towarzyszy broni, do których nikt się nie chce przyznać.

Kolejne doniesienia, kolejne obrazy będą przypominać o najczarniejszych dniach w amerykańskiej polityce i wojskowości. Akcja w Kabulu zakończyła się (być może, gdy to piszę, trwa właśnie prywatna wyprawa ratunkowa, by ocalić porzuconych czworonogich towarzyszy broni), a w Waszyngtonie właśnie rozpoczęła się operacja zrzucania nawzajem win na siebie. Trwa ona oczywiście w mediach, a bronią są oświadczenia i przecieki dla dziennikarzy. Biden twierdzi, że wojskowi mieli nalegać np. na opuszczenie bazy w Bagram i pozbycie się ostatniego lotniska wojskowego w terenie, którego można bronić, bo nie groziłaby ona rzezią cywili. O to lotnisko można było oprzeć kontrolowaną ewakuację. Z przecieków do mediów wynika zaś, że Biden i doradzający mu spin doktorzy, czy jacyś eksperci od propagandy, chcieli mieć sukces na 11 września w 20. rocznicę zamachu terrorystycznego na World Trade Center i Pentagon, że zlekceważyli opinie wojskowych i kazali porzucać wszystko, jak leci, byle zdążyć przed symboliczną datą. Oficjele, rzecznicy poszczególnych departamentów wydają przeczące sobie oświadczenia, a potem próbują nieudolnie układać jakiś spójny przekaz. Chaos informacyjny jest wręcz niewyobrażalny i właściwie na bieżąco można by podawać, co kto przekazał, czemu zaprzeczył, co inni prostowali etc. To oczywiście obraz walki o pozostanie przy życiu na stołkach w Waszyngtonie. Ponad 90 emerytowanych generałów podpisało petycję o natychmiastowe zdymisjonowanie szefa Departamentu Obrony generała Lloyda Austina i przewodniczącego Kolegium Szefów Sztabów generała Marka Milleya. Powinni byli przekonać Bidena do utrzymania Bagram, a skoro, zdemenciały starzec uparł się, to powinni byli na znak protestu podać się do dymisji. Rzecznik Pentagonu John Kirby oznajmił, że wojskowi nie mogli przewidzieć, że prezydent Afganistanu Aszraf Ghani tak porzuci swój własny kraj i ucieknie. To miało uruchomić reakcję łańcuchową, więc zwiali urzędnicy, armia się rozpierzchła. Departament Obrony niemal jawnie oskarżył więc Departament Stanu i jego szefa, który stał za ustanowieniem Ghaniego prezydentem Afganistanu. To sekretarz stanu Antony Blinkena jako doradca ds. bezpieczeństwa u Baracka Husseina Obamy w 2014 roku wskazał na Ghaniego jako tego, którego ma w wyborach poprzeć Ameryka. I tak Ghani zdobywając 1,8 miliona głosów, czyli z kilku dzielnic liczącego 6 milionów mieszkańców Kabulu został prezydentem 35-milionowego kraju. Okazało się, że polityk znacznie skuteczniej zbiera pieniądze niż głosy i tak ledwie się awantura w Kabulu zaczęła, zwiał z kraju ze 170 milionami amerykańskich, a jakże, dolarów.

Te pieniądze to nawet nie są na waciki, jeśli porównać je ze skalą zaangażowania finansowego w wojnę i budowę wymarzonego demokratycznego Afganistanu. Przez dwie dekady wydano ponad 2 biliony dolarów. W swym przemówieniu na pożegnanie ostatniego amerykańskiego żołnierza opuszczającego Kabul, Biden przypomniał rodakom, że przez 20 lat dzień w dzień wydawali 300 milionów dolarów na projekt Afganistan Przodującą Demokracją Środkowej Azji. Można sobie naiwnie zadać pytanie, jak to się stało, że przy tak oszałamiających pieniądzach nie odniesiono sukcesu. No właśnie dlatego, że te kwoty były tak wielkie. Wyobrażacie sobie Państwo te wszystkie okruszki od tych miliardów, które spadały ze stołu na wszystkich szczeblach zarządzania, dowodzenia, przy tych projektach wprowadzających parytety płciowe i gender w policji, czy armii afgańskiej (a jakże, tak było) warsztatach z uświadamiania klimatycznego i seksualnego etc. Każdy rok, miesiąc, dzień tego zaprowadzania w Afganistanie Pax Americana to kolejnych okruch, kolejny okruszek do skarbonki.

300 milionów dziennie przez 20 lat – to pokazuje skalę upadku, może nie państwa amerykańskiego, ale na pewno administracji federalnej, która jakby z pokolenia na pokolenie przekazywała sobie rachunki i podpisywała je. Afganistan kosztował więcej, niż wyniosą wydatki na odbudowę rozpadającej się w USA infrastruktury. Przez 20 lat nikt też nie poniósł żadnej odpowiedzialności za popełniane masowo i kaskadowo błędy. Kabulska katastrofa Bidena była zwieńczeniem i efektem wszystkich poprzednich. Nikt nie podawał w wątpliwość tego, że afgańska awantura powinna być zakończona, ale sposób, w jaki to zrobiono, zmroził nie tylko Amerykanów, ale też ich partnerów na całym świecie. Biden nie zakończył wojny, tylko pokazał, że ją przegrał. Amerykanie dziś domagają się rozliczenia swych władców. Czy to nastąpi, nie wiem, bo to musiałoby objąć kilka urzędniczych i wojskowych pokoleń z obydwu stron sceny politycznej. Naciski na rozliczanie są jednak ogromne i wprost mówi się o tym, że Biden nie dokończy swej kadencji, że zostanie zastąpiony, bo to przeciwieństwo Midasa i czego się nie tknie, zamienia w gie. Żadne słowa nie przykryją widoku pogubionego, przygniecionego ciężarem państwa, tracącego kontakt nawet z najbliższym otoczeniem, memlącego coś pod nosem starca. Wedle sondaży Rasmussen Reports aż 52 procent Amerykanów uznaje, iż Biden powinien po kabulskiej katastrofie podać się do dymisji. Aż 60 procent uznaje, że zasługuje na impeachment. Wiele wskazuje na to, że sami Demokraci zastanawiają się jak teraz wycofać kompromitującego ich prezydenta. Problem polega na tym, że to oznacza przyznanie się do wielkiego oszustwa i porażki. Demokraci i skorumpowane z nimi media wmówiły Amerykanom, że Joe Biden nadaje się na przywódcę najpotężniejszego państwa świata. A jeśli się nawet nie nadaje, to jest jeszcze Kamala Harris – zapasowa prezydent i sprawna waszyngtońska maszyna. Tymczasem nikt już nie ma wątpliwości także co do kwalifikacji pani wiceprezydent. To także polityk Jaś Fasola Nadciągająca Katastrofa. W badaniach najbardziej wiarygodnej amerykańskiej sondażowni Rasmussen Reports aż 55 procent Amerykanów stwierdziło, że Harris „nie ma kwalifikacji do objęcia stanowiska prezydenta”. Badania zrobiono jeszcze przed kabulską katastrofą, przed jej infantylnymi komentarzami na ten temat i przed rozpoczęciem poszukiwań jej, bo zniknęła, gdy przyszło najgorsze – śmierć Afgańczyków spadających z samolotów, śmierć 13 amerykańskich żołnierzy – największa ofiara w tej wojnie od 10 lat. W kalkulacji Demokratów nie chodzi o to, czy Harris byłaby dobrą prezydent, bo wiadomo, że nie, tylko ile mandatów straciliby w wyborach do Kongresu w 2022 roku, gdyby teraz ona zasiadła w Białym Domu. Za Bidenem nie stoi też żadna sprawna i sprawcza maszyna administracyjna. Jego doradca ds. bezpieczeństwa Jake Sullivan budzi śmiech politowania. Człowiek o aparycji szkolnego prymuska i lizuska, który nigdy nie pracował poza biurokracją i polityką, byciem czyimś asystentem i sporadycznymi wykładami, grozi Talibom, że jeśli nie dotrzymają swoich jakichś tam pokojowych zobowiązań, to społeczność międzynarodowa zareaguje, a Stany Zjednoczone rozważą swe zaangażowanie w pomoc w odbudowie Afganistanu (kolejne pierdyliardy kochanych dolarów). Jeden po drugim wychodzą przed kamery ludzie Bidena i opowiadają takie rzeczy.

W Waszyngtonie coraz częściej pojawiają się plotki, o tym, że stery rządów chciałaby przejąć druga w kolejce do objęcia tronu po Bidenie, Spiker Izby Reprezentantów Nancy Pelosi.  Starsza o 2 lata od Bidena 81-letnia polityk jest znacznie sprawniejsza od niego umysłowo i być może byłaby w stanie dowlec Demokratów do kolejnych wyborów prezydenckich w 2024 r. Być może jej usadowienie się w Białym Domu nie odebrałoby nawet tak dużo głosów w wyborach kongresowych 2022, co w przypadku Harris. Tej ostatniej jednak należałoby się wcześniej jakoś pozbyć i to w świetle reflektorów na oczach kamer i mikrofonów. A co będzie, jak sprawna w intrygach Harris nie da się odsunąć ot tak i wznieci na waszyngtońskich korytarzach wojnę domową. Katastrofa w Afganistanie to nie jest efekt błędów poszczególnych instytucji organów państwa jak służby, wojsko, administracja federalna, które po jakimś audycie, przeglądzie procedur, kanałów komunikacyjnych, procesów decyzyjnych Amerykanie naprawią się i wszytko wróci do normy. Taką jednorazową katastrofą mógłby być sam Kabul, ale nie może być już reakcja na niego i 20 lat niekompetencji, oportunizmu, korupcji, marnotrawienia życia i zdrowia ludzi, pieniędzy podatników, zasobów intelektualnych etc. Jakkolwiek za słuszne uznać możemy wycofanie się Amerykanów z Afganistanu, to ja nie wierzę w żadne próby racjonalizowania tego. Afganistan pokazał, że Ameryka jest w wielkim kryzysie, że jej elity są zdegenerowane, że amerykańską politykę toczy rak. Nie znajduję żadnego racjonalnego uzasadnienia w osadzeniu na tronie takich osób jak Biden czy Harris jak tylko to, że to jakaś gra do szpiku kości zepsutych polityków i grup interesów. Kiedy patrzy się na Bidena, na kolejne jego posunięcia to można powiedzieć, iż dla Ameryki byłoby znacznie lepsze, gdyby okazało się, że ten człowiek został prezydentem w wyniku gigantycznego fałszerstwa, niż to, że wybrał go amerykański naród. Niestety jest tak, że obydwie teorie mogą być równocześnie prawdziwe.

Inne wpisy tego autora

Nocne Polaków o Unii rozmowy

Nie uciekniemy przed tym. Problem nie zniknie, gdy jak dzieci zamkniemy oczy, zasłonimy uszy, schowamy się do szafy. Będzie narastał, pęczniał, aż kiedyś wybuchnie nam