Cena Łukaszenki

Cena Łukaszenki
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Francja, Grecja i Luksemburg mianowały nowych przedstawicieli dyplomatycznych na Białorusi. Zgodnie z prawem międzynarodowym ambasador obejmuje swój urząd w chwili złożenia listów uwierzytelniających na ręce głowy państwa, w którym jest akredytowany. Wcześniej składa kopie tych dokumentów na ręce Ministra Spraw Zagranicznych. Ale dopiero formalne przekazanie listów głowie państwa, pozwala ambasadorowi na normalne pełnienie obowiązków. Przed oficjalnym rozpoczęciem misji, ambasadorowi nie wypada występować w mediach, a nawet spotykać się z innymi dyplomatami. I oto przedstawiciele tych krajów – jak poinformował Franak Viaczorka, doradca Swiatłany Cichanowskiej – zdecydowali, że nie będą składali listów na ręce Aleksandra Łukaszenki.

Podobnie zachowała się niedawno, mianowana ambasadorem USA w Mińsku Julie Fisher, zamiast do Łukaszenki udając się do Wilna na spotkanie z Cichanowską. Nota bene, władze białoruskie nie wydały jej na razie wizy, dopytując się – co jest dyplomatycznym kuriozum – „w jakim też charakterze przyjeżdża ona do Mińska”. Z kolei Amerykanie rozważają (piszę to za opozycyjnym portalem białoruskim: tut.by) by ambasador Fisher była akredytowana w Wilnie przy Swiatłanie Cichanowskiej.

Osoby nie interesujące się praktyką dyplomatyczną mogą machnąć ręką, no bo o co tu chodzi? Co wynika z tego, że jakiś dyplomata nie złoży formalnego dokumentu? Otóż wynika sporo. Decyzja krajów europejskich, a wcześniej amerykańskiego Departamentu Stanu, oznacza, że państwa te nie uznają Łukaszenki za legalnego prezydenta. Podobnie jak wcześniej stwierdziły, iż nie uznają rządzącego w Wenezueli Nicolasa Maduro.

Oznacza to izolację międzynarodową białoruskiego reżimu. Rzecz jasna niepełną, bo uznanie ze strony Rosji i Chin, oraz większości państw postsowieckich, pozwala Łukaszence w miarę komfortowo sprawować dalej władzę.

Zakres tego komfortu jest jednak coraz mniejszy. Przede wszystkim Białoruś pogrąża się w kryzysie gospodarczym. Oficjalne dane mówią o spadku białoruskiego PKB w roku 2020 o 0,9%. Niby mało, ale w odróżnieniu od większości państw w Europie, Mińsk nie wprowadził nigdy żadnych ograniczeń związanych z pandemią. Na dodatek dane Białoruskiego Komitetu Statystycznego są mało wiarygodne, bo najpoważniejszą częścią PKB jest deficytowa produkcja wielkich państwowych zakładów. Rzeczywiste źródło przychodów Białorusi to był eksport do państw zachodnich produktów ropopochodnych i nawozów potasowych oraz przychody kwitnącego sektora IT. Niezależne źródła obliczały, że stworzone przez jednego z liderów opozycji Walerego Cepkałę parki technologiczne generowały do 10% produktu krajowego. Co więcej, kłopotem Łukaszenki jest to, że młodzi ludzie związani z sektorem nowoczesnych technologii byli niemal w całości bazą demokratycznej opozycji. W efekcie fali represji po sfałszowanych wyborach, duża część programistów i specjalistów komputerowych wybrała emigrację. Tylko do Polski przyjechało od września ubiegłego roku ponad 9 tys. pracowników tego sektora. A jeszcze liczniejsza była grupa wyjeżdżających na Litwę, Ukrainę i do Stanów Zjednoczonych. Upadek sektora IT zostanie najprawdopodobniej odnotowany dopiero w statystykach za rok 2021. Oznacza on jednak realne cofnięcie się Białorusi o kilka lat w rozwoju.

Łukaszenka ratuje się pożyczkami zaciąganymi w Rosji. Bo również Chiny krok po kroku wycofują swoje inwestycje z Białorusi. Od wysokiej rangi urzędnika chińskiego (z oczywistych względów pragnącego zachować anonimowość) usłyszałem, że chińskie firmy nie chcą powtórzyć błędu, jakim było inwestowanie na Krymie, gdzie straciły wówczas ponad 3 miliardy dolarów.

Zachowanie inwestorów chińskich (podobnie jak białoruskich podmiotów prywatnych, spośród których jedynie 10% planuje inwestycje w najbliższym roku) wskazuje wyraźnie, że najpoważniejszym problemem jest brak zaufania rynków do przyszłości gospodarki Białorusi. Łukaszenka porzucił jakiekolwiek reformy. Przeciwnie, pogłębia się centralizacja gospodarki i jej uzależnienie od państwa. Poziom życia obywateli systematycznie się obniża. Co więcej, pozbawiona dostępu do kredytów i możliwości emisji obligacji na Zachodzie Białoruś ma tylko w tym roku do oddania ponad 3 miliardy dolarów zagranicznym wierzycielom. Bez kolejnej pożyczki z Rosji, Białoruś stanie się oficjalnie bankrutem. Tymczasem izolacja międzynarodowa skutecznie uniemożliwia rozmowę o refinansowaniu długów. A nawet – jak wskazuje przykład chiński – o pozyskaniu środków ze źródeł potencjalnie Białorusi życzliwych.

Rozpaczliwa obrona swojej osobistej władzy przez Aleksandra Łukaszenkę prowadzi do tego, że Białoruś krok po kroku wyzbywa się instrumentów suwerenności, osuwając się do roli jakiejś quasi autonomicznej republiki podległej Federacji Rosyjskiej, a z drugiej strony do zapaści ekonomicznej i utraty tych atutów, które Białoruś miała w ramach międzynarodowego podziału pracy.

Koniec końców, białoruski dyktator znajduje się pod naciskiem własnego społeczeństwa, które w ogromniej większości chce jego odejścia (ok. 80% wedle badań prof. Vardomatskiego), wspólnoty Zachodu, nieuznającej jego władzy i Władimira Putina, który obawiając się powtórki z Ukrainy, gdzie rosyjska interwencja zwróciła Ukraińców przeciwko Rosji, naciska na dyktatora, by w kontrolowany sposób przekazał władzę ludziom nieco mniej znienawidzonym przez obywateli.

Każdy miesiąc kontynuowania rządów przez Łukaszenkę, będzie dla Białorusi ogromnie kosztowny zarówno z ekonomicznego, jak społecznego i politycznego punktu widzenia.

Inne wpisy tego autora

Rząd zapowiada ulgę termomodernizacyjną

Z zadowoleniem przyjmujemy informację, że ulga termomodernizacyjna zaproponowana przez Warsaw Enterprise Institute w kwietniu tego roku zyskała aprobatę rządu i ma od 2019 roku stać