Notatki z sali samobójców

Notatki z sali samobójców

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Oglądając sejmowe obrady we wtorek po święcie 3 maja, miałem nieodparte skojarzenie z tytułem filmu: „Sala samobójców”. Być może jestem ograniczony umysłowo, ale łamańców politycznych uprawianych przez naszych posłów po prostu nie rozumiem. No, bo na czym miało polegać głosowanie przeciwko Europejskiemu Funduszowi Odbudowy? Od lat Platforma Obywatelska i większość partii opozycji demokratycznej podkreślają kluczową rolę współpracy europejskiej. Unia jest odmieniana na wszystkie sposoby w przekazie politycznym opozycji. Rząd – nie bez racji – jest oskarżany, że zepsuł nasze relacje z Brukselą i czołowymi graczami UE. Budowanie pozycji Polski w Unii jest – także nie bez racji – opisywane jako jedna z największych zasług rządów PO–PSL. I nagle Platforma zaczyna wzywać do głosowania przeciwko Funduszowi.

Jedynym sensownym powodem takiego zachowania może być wiara w słowa Jarosława Kaczyńskiego. Lider PiS w jednym z niedawnych wywiadów powiedział, że jeśli rząd przegra ważne głosowanie (podał przykład Funduszu Odbudowy) to konieczne będą przedterminowe wybory. No to zagłosujmy przeciwko FO razem z Solidarną Polską i będą wybory, a może nawet rząd techniczny, bo przecież po takiej kompromitacji dalsze trwanie rządu jest niemożliwe. A wtedy sobie przegłosujemy ponownie Fundusz.

No dobrze, gdyby taką konstrukcję wymyśliły dzieci w przedszkolu, to jeszcze można zrozumieć, ale poważni politycy? Po pierwsze doprowadzenie do przedterminowych wyborów nie jest wcale takie proste. Po drugie, gdyby do nich nawet doszło, to wcale nie jest oczywiste, jak by wyglądały ich rezultaty. Niewątpliwie ucieszyłby się z nich Szymon Hołownia, ale dla Koalicji Obywatelskiej oznaczałyby one na pewno solidne straty i przekonanie, że posłowie KO nie mieliby żadnej motywacji, by głosować za rozwiązaniem Sejmu bez cienia gwarancji wejścia do następnego. Po drugie i najważniejsze, nie ma specjalnie powodu, by wierzyć, że nawet w razie przegranego głosowania PiS zrezygnował z rządzenia. Przeciwnie mielibyśmy zapewne zmasowany atak propagandowy na opozycję, która zabrała Polakom gigantyczne pieniądze i doprowadziła do eksplozji antypolskich nastrojów, szczególnie na południu Unii. A rząd i Prezydent spokojnie pozostawaliby na swoich miejscach.

Pomysł z blokowaniem Funduszu miałby dramatycznie złe konsekwencje międzynarodowe. I tak nasz wizerunek w Paryżu, Madrycie czy Brukseli jest – delikatnie mówiąc – nie najlepszy. A południe potrzebuje pieniędzy z Unii już, zaraz. Każdy miesiąc opóźniania ratyfikacji popycha te kraje na skraj gospodarczej przepaści. Liczenie na to, że nasze wewnętrzne gierki zostaną tam przyjęte ze zrozumieniem, bo przecież trzeba obalić autorytarne rządy, jest w najlepszym razie naiwnością.

Kolejna kwestia związana z kompletnym zakiwaniem się naszych polityków to ich własny elektorat. Zwolennicy Koalicji Obywatelskiej to najbardziej proeuropejska i liberalna część wyborców. Tłumaczenie im, że w zamian za miraż obalenia rządu sypiemy piasek w tryby integracji europejskiej, nie ma specjalnych szans powodzenia. Z kolei dla elektoratu socjalnego najważniejszym argumentem za ewentualnym wsparciem centrolewicy jest to, że może ona skuteczniej „doić unijną krowę”. Po głosowaniu na „nie” i oczywistym podpadnięciu Brukseli ten argument by przepadł z kretesem.

Na razie wygranymi tej rozgrywki są zarówno Zbigniew Ziobro, który powiększył swoją strefę wpływów w PiS do 20 posłów i – oczywiście – Nadprezes, który pokłócił opozycję, a jednocześnie będzie mógł wypuścić na całą Polskę bilbordy wskazujące ile to miliardów PiS, wbrew opozycji, zapewnił Polakom.

Słodka opowieść o szantażu, który miał skłonić rządzących do ustępstw, jest także mało wiarygodna. Nikt rozsądny nie mógł zablokować środków europejskich. Oczywiście Ziobro i Konfederaci mają rację, gigantyczny wspólny dług i dystrybucja równie gigantycznych środków przez Komisję Europejską oznaczają pogłębienie integracji i więcej federacji w Europie. Tylko że odmowa przyjęcia tych pieniędzy, wówczas gdyby inni je wpompowali w swoje gospodarki, oznaczałaby dla Polski głęboki regres cywilizacyjny. Nawet nie chodzi o to, że my byśmy tych pieniędzy nie mieli. Inni by je zużyli na stymulację gospodarek i Polska szybko by spadła poniżej Bułgarii we wszystkich społecznych i gospodarczych rankingach Europy.

A co do argumentu, że będzie to fundusz wyborczy PiS. Jasne, że będzie. Tyle że byłby dla każdego rządu, który by miał do wydania tak ogromne pieniądze. I nawet trudno się dziwić, że rząd zamierza zająć się rozrzucaniem kasy z helikopterów. Bo sama pomoc dla – czy ja wiem – restauratorów, po pandemii nie wystarczy. Właściciele hoteli, knajpek, sklepów odzieżowych i tak dalej, nawet gdy dostaną rekompensaty (a nie dostaną tyle, ile stracili), to jeszcze muszą mieć klientów. Czyli konieczne jest włożenie ludziom realnych pieniędzy do rąk, żeby ruszyli na zakupy. Po rocznym poście niektórzy ruszą, ale inni dojdą do wniosku, że być może siódma para dżinsów czy buty do biegania po piasku nie są im niezbędne dożycia. Model konsumpcji zapewne w wyniku pandemii się zmieni. Może będzie to szansa dla Zielonego Ładu, by konsumować mniej, za to towarów lepszej jakości czy też wielokrotnego użytku? Tego nie wiemy, a socjologowie powinni się do takich badań zabrać. Podobnie jak sprawdzić, na ile odbuduje się dawny model pracy korporacyjnej, a na ile firmy będą korzystały z narzędzi pracy zdalnej. Jeżeli, jak przewidują specjaliści, będzie sporo mniej konferencji, zebrań i pracy biurowej, to cała gigantyczna część hotelarstwa i gastronomii żyjąca z lunchów i konferencji zacznie upadać.

Rząd, jakikolwiek rząd, musi to brać pod uwagę, konstruując programy wydawania unijnych pieniędzy. Nie zapominając i o tym, że większa ich część to pożyczki, które trzeba będzie oddać. I jeżeli je przejemy, a nie zainwestujemy, to będziemy mieli powtórkę z Grecji czy Argentyny.

Zamiast skupić się na wyłuskaniu z ekipy Kaczyńskiego Gowina i jego ludzi, opozycja pogrążyła się w mirażu jakiegoś jednego głosowania, które miało obalić władzę PiS-u. Efekt jest dość komiczny. O ile jeszcze tydzień temu wydawało się, że rządząca Zjednoczona Lewica Narodowo-Patriotyczna wyczerpała swoje możliwości działania, to teraz mamy Sejm, w którym liderzy opozycji wygłaszają filipiki przeciwko sobie, rząd oklaskuje przemówienie Adriana Zandberga, a Gowinowcy siedzą niczym mysz pod miotłą i za chwilę zostaną wykupieni niczym drugoligowa drużyna przez ludzi Nadprezesa.

Rozsądny pomysł Bronisława Komorowskiego, by spróbować zebrać środowiska centroprawicowe do kupy został oczywiście okrzyknięty zdradą i rozbijactwem. Tymczasem tylko powstanie wokół PSL, względnie silnego „centroprawu”, daje szansę na realne przerwanie rządów PiS. Dziś nikt z konserwatystów zniesmaczonych „obajtkokracją w PiS” albo lewicowym przechyłem Koalicji Obywatelskiej nie zaryzykuje wyłamania się z partyjnej dyscypliny swoich szeregów. Bo przejście do Koalicji Polskiej, która balansuje na granicy progu wyborczego, jest związane z ryzykiem wypadnięcia za burtę polityki. Co innego, gdyby wokół Kosiniaka-Kamysza skupiło się solidne kilkanaście procent wyborców. Wtedy Gowin (świadom przecież, że w PiS jest spalony) czy część zwolenników efemerycznego ruchu Hołowni mogłoby spokojnie zasilić szeregi takiej nowej, chadecji zmieniając balans sił na Wiejskiej.

Aby jeszcze skomplikować obraz, to warto popatrzeć nieco poza nasze opłotki. Przez Europę przetacza się polityczna rewolucja. Jej symbolem może być fakt, że partia Zielonych w Niemczech stała się liderem wszystkich sondaży. Że we Francji trwa przebudowa systemu partyjnego w poszukiwaniu sił centroprawicowych, które powstrzymają marsz do władzy ruchu pani Le Pen. Przebiegając poszczególne kraje europejskie, widzimy podobne zjawisko: poszukiwanie stabilizacji, poszukiwanie nowych kotwic ideowych dla dotychczasowych zwolenników chadecji.

Polska za chwilę stanie przed podobnym wyborem. Kolejne wygrane przez PiS wybory będą oznaczały hungaryzację Polski wedle modelu znanego z Meksyku w XX wieku rządzonego przez Partię Instytucjonalno-Rewolucyjną. Dysponując aparatem państwowym i przemożnym wpływem na propagandę oraz prywatną gospodarkę, PIR pogrążyła Meksyk w marazmie i korupcji. Bo każda formacja tego typu wyradza się w partię władzy socjalistyczną i skorumpowaną. Alternatywą dla takiego rozwiązania nie będą postępowe rządy lewicy, tylko obserwowana w ostatnich dniach bezsensowna wojna wszystkich ze wszystkimi. Bez zarzucenia konserwatywnej kotwicy grozi nam, po nieuchronnym odejściu Kaczyńskiego z polityki, że zastąpi go egzotyczny tercet trzech panów „B”: Błaszczak – Biedroń – Bosak. Oraz perspektywa spłacania długów. Wtedy jedyną szansą dla kolejnego pokolenia będzie ocieplenie klimatu, bo model greckiej gospodarki bez greckiej pogody byłby nie do zniesienia.

Inne wpisy tego autora

Wojna bez końca

Towarzysz Lenin miał rację. Zdarzyło mu się szczerze powiedzieć, ze „sojusz małej Polski z wielka Rosją będzie w istocie dyktatem”. Od kilku lat Ormianie boleśnie

Mocarstwa kieszonkowe

Dziesięcioro ambasadorów miało zostać wydalonych z Turcji w trybie natychmiastowym, po podpisaniu apelu o uwolnienie Osmana Kavali, tureckiego milionera i filantropa od czterech lat przetrzymywanego

O ścigających i ściganych

Globalna szachownica opisywana kiedyś przez Zbigniewa Brzezińskiego zaczyna coraz bardziej przypominać turniej szachów błyskawicznych, tak często zmieniają się sojusze i konfiguracje figur. Tylko w ostatnim