Nowa Armenia

22.04.2006JERZY MAREK NOWAKOWSKIFOT. Z. FURMAN  WPROST

Doceniasz tę treść?

Wyobraźmy sobie, ze w roku 1943 na terenie Generalnej Guberni zostają przeprowadzone całkowicie wonne wybory. I że te wybory wygrywa, z poparciem ponad połowy głosujących, Edward Rydz-Śmigły. Niewyobrażalne, nieprawdaż? Nigdy w historii nie zdarzyło się, by polityk uosabiający ciężką klęskę wojenną, śmierć tysięcy żołnierzy i utratę sporego terytorium wygrał w cuglach demokratyczne wybory. Tymczasem coś takiego wydarzyło się właśnie w Armenii.

Wyniki wyborów z 20 czerwca były zaskoczeniem dla większości obserwatorów. Przedwyborcze sondaże zarówno prowadzone przez rosyjskie pracownie badawcze, jak i przez renomowanego amerykańskiego Gallupa, wskazywały na sukces bloku „Armenia” kierowanego przez byłego prezydenta Roberta Koczariana.

Koczarian kojarzył się przecież Ormianom z najlepszym okresem ostatniego trzydziestolecia. Był przywódcą Górskiego Karabachu, który przeprowadził zwycięską wojnę z Azerbejdżanem. Potem kierował odbudową Armenii ze zniszczeń wywołanych ogromnym trzęsieniem ziemi z 1988 roku i dramatycznej nędzy czasu wojny. Za czasów jego prezydentury Armenia demonstrowała nacjonalistyczną dumę, a jednocześnie niemal z miesiąca na miesiąc rósł dobrobyt i odradzała się gospodarka państwa. Po zakończeniu drugiej kadencji Koczariana, w 2008 roku wprawdzie doszło do krwawego stłumienia protestów społecznych, za co obecne władze chciały pociągnąć Koczariana do odpowiedzialności (przesiedział ponad rok w areszcie), ale przez ponad dekadę były prezydent pozostawał poza polityką. Nie można więc było go obwiniać za zaniedbania, które doprowadziły do klęski w ubiegłorocznej wojnie z Azerbejdżanem. Na dodatek, powszechnie znana była jego osobista przyjaźń z Władimirem Putinem. Rosyjski prezydent demonstracyjnie słał siedzącemu w więzieniu Koczarianowi życzenia urodzinowe i prezenty. Wobec faktu, że w dziedzinie bezpieczeństwa Armenia jest całkowicie zależna od Rosji, przyjaźń z Putinem była niewątpliwym atutem.

Drugim faworytem wyborów był rządzący obecnie Nikol Paszynian i jego partia, która przybrała nazwę „Umowa społeczna”. Sondaże dawały mu podobnie jak Koczarianowi 25–30% głosów, przy czym trend partii premiera był malejący, a Koczariana – rosnący. Do parlamentu miały wejść również, zgodnie z sondażami, Blok „Mam Honor” kolejnego z byłych prezydentów Serża Sarkisjana i najstarsza z ormiańskich partii „Dasznacy” z Lewonem Ter-Petrosjanem, pierwszym prezydentem i ojcem ormiańskiej niepodległości.

W noc po wyborach okazało się, że wyniki są zupełnie inne od prognozowanych. Całą pulę zgarnął Paszynian. Na jego partię zagłosowało blisko 54% wyborców. Na „Armenię” Koczariana – 21% a Serż Sarkisjan zebrał niewiele ponad 5% głosów, co nie gwarantowało wejścia do parlamentu. Dość skomplikowana ordynacja wyborcza Armenii wymaga jednak, by w parlamencie były co najmniej 3 partie, więc około 10 deputowanych z bloku Sarkisjana będącego dawną, rządzącą w Armenii ponad dwie dekady, potężną Partią Republikańską pod nową nazwą, wejdzie do zgromadzenia ustawodawczego.

Kompletną klęskę ponieśli Dasznacy z Ter-Petrosjanem i odgrywająca od lat rolę koncesjonowanej opozycji, przy każdym układzie rządowym, partia „Kwitnąca Armenia” największego oligarchy ormiańskiego Gagika Carukiana. Podobnie zresztą jak 20 innych partii i bloków startujących w wyborach. W tym takich, które miały bardzo sensowne programy.

Zgodne opinie obserwatorów międzynarodowych, zarówno z ramienia OBWE, jak i rosyjskiej organizacji obronnej ODKB wskazywały na to, że nie było istotnych fałszerstw wyborczych. Także opinie ormiańskich dziennikarzy, nie tylko tych życzliwych władzy wskazują na to, że wybory były w zasadzie uczciwe. Zbliżona do 50% frekwencja – wysoka jak na ormiańskie normy – dodatkowo wzmacnia polityczną legitymację zwycięzców.

Zwycięstwo Paszyniana być może przyczyni się do rozładowania napięcia w kraju. Taki był sens tych wyborów. Od listopada, gdy podpisano porozumienie rozejmowe z Azerbejdżanem – przy udziale Rosji – w Erywaniu panowało skrajne napięcie. Duża część elit politycznych, szczególnie tych związanych z tzw. klanem karabachskim, zarzucała premierowi zdradę. Z kolei ludzie Paszyniana obwiniali poprzedników o korupcję i zaniedbania, które osłabiły armię, tak że nie zdołała przeciwstawić się Azerom. Konieczne stało się odnowienie mandatu demokratycznego i stworzenie rządu mającego społeczną legitymację.

Sukces Paszyniana, a zwłaszcza jego rozmiar był, jak napisałem wyżej, sporą niespodzianką. Partia „Umowa społeczna” będzie dysponowała w nowym parlamencie większością konstytucyjną, a przecież symbolizuje ona przegraną wojnę, klęskę, która w jakimś sensie przetrąciła Ormianom kręgosłup. Rozmawiając z ormiańskimi politykami przed rokiem 2020, w istocie słyszeliśmy wyłącznie o Górskim Karabachu. I była to opowieść całkowicie aprobowana przez obywateli. Dla Ormian zajęcie Karabachu było sprawiedliwym rewanżem na Turkach (bo o Azerach najczęściej mówiono „Turcy”) za ludobójstwo z roku 1915. Wyniki wyborów wskazują, że nastąpiła w tej kwestii zasadnicza zmiana.

Logicznym powodem sukcesu Paszyniana mogą być dwie kwestie. Pierwsza to pragnienie pokoju. Nawet za bardzo wysoką cenę. Wyborcy oddający głos na urzędującego premiera głosowali za negocjacjami pokojowymi, za rezygnacją z Karabachu, za otwarciem na relacje z Turcją. Koczarian przegrał, bo stał się symbolem terytorialnego rewanżyzmu. Mówił wprost, że nie akceptuje porozumienia rozejmowego, że odzyskanie Karabachu będzie jego głównym celem. I okazało się, że większość Ormian nie podziela takiego myślenia.

Wydaje się także, że zachodzi zmiana w postawie społeczeństwa wobec Rosji. Koczarian, choćby ze względu na swoją przyjaźń z Putinem, ale także ze względu na to, co mówił i z kim współpracował, uosabiał opcję rosyjską. Przez ponad 100 lat Rosja była w oczach Ormian jedynym gwarantem nie tylko państwowości, ale wprost fizycznego przetrwania narodu. Rosjanie Ormian zdradzali, oddali Turcji świętą górę Ararat, ale wciąż gwarantować mieli ochronę przed nienawistnymi Turkami. Tymczasem ubiegłoroczna wojna stała się dla mieszkańców Armenii kolejnym przykładem rosyjskiej zdrady. Wobec konfliktu o Karabach, Moskwa zachowała neutralność. Mimo politycznych i gospodarczych koncesji ze strony Erywania, Rosjanie nie wsparli Armenii. Blisko 80% uzbrojenia używanego przez Azerbejdżan pochodziło z Federacji Rosyjskiej. I wygląda na to, że mając świadomość bardzo ograniczonego wyboru na polu geopolitycznym, Ormianie nie chcieli pogłębiania zależności od Rosjan, co w ich przekonaniu gwarantował Koczarian.

Nikol Paszynian po pokojowej rewolucji 2018 r. był symbolem nowej nadziei Ormian. Na bardziej prozachodni kurs, na przezwyciężenie systemowej korupcji niszczącej gospodarkę, na swego rodzaju rewolucję godności. Obecnie nie ukrywa, że jego priorytetem jest odblokowanie granic, otwarcie komunikacji z Azerbejdżanem i Turcją oraz wprowadzenie Armenii na drogę pokojowego rozwoju. Ponad połowa wyborców opowiedziała się za takim rozwiązaniem. Mamy do czynienia z nową Armenią, całkowicie różną od tej sprzed drugiej wojny karabachskiej. Fascynującym pytaniem jest, czy taka Armenia odnajdzie dla siebie miejsce na politycznej mapie współczesnego świata.

Wypada jeszcze odpowiedzieć na pytanie polityczne. Czy rzeczywiście rządy Paszyniana gwarantują prozachodnią ewolucję polityki zagranicznej Armenii? Obserwując reakcje Moskwy na ormiańskie wybory, można mieć co do tego wątpliwości. Jedną z pierwszych decyzji premiera po wyborczym zwycięstwie była zgoda na stworzenie nowej rosyjskiej bazy wojskowej. A pierwszymi, którzy przesłali Paszynianowi gratulacje byli Putin i Łukaszenka. Tymczasem obywatele Armenii zagłosowali za pokojem. Zagłosowali za rezygnacją z mirażu o rewanżu w Górskim Karabachu. Przede wszystkim zagłosowali jednak za wyraźnym zwrotem na zachód. Przez pierwsze lata swoich rządów Nikol Paszynian marnował gigantyczny kapitał polityczny, jakim dysponował w wyniku zwycięskiej rewolucji. Po wyborczym zwycięstwie ma go znacznie mniej. Ale jeżeli ponownie odwróci się plecami do Zachodu, będziemy świadkami błyskawicznej przemiany Armenii w nową Abchazję. A do tego ani Ormianie, ani Zachód nie powinni dopuścić.

Inne wpisy tego autora

Kazachstańska matrioszka czyli nowa doktryna Breżniewa

Żangaözen to niewielkie miasto na zachodzie Kazachstanu. Ot nieco ponad 50 tys. mieszkańców, zakład przeroby gazu, nieduża rafineria, dookoła pola naftowe. Kilkadziesiąt kilometrów dzieli miasteczko

Tygodnie złych wróżb

Minione tygodnie były wyjątkowo intensywne w polityce europejskiej. Oczywiście odbyło się – trwające ponad 2 godziny – spotkanie video prezydentów Bidena i Putina. Turę rozmów

Wojna bez końca

Towarzysz Lenin miał rację. Zdarzyło mu się szczerze powiedzieć, ze „sojusz małej Polski z wielka Rosją będzie w istocie dyktatem”. Od kilku lat Ormianie boleśnie