Państwo nasze kochane

Państwo nasze kochane
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Tym razem nie o nepotyzmie ani o zagranicy. A może jednak o obu tych tematach, tylko z trochę innej strony. Mamy kanikułę, więc politycy różnych szczebli wyskakują z pomysłami na zapewnienie nam szczęścia i dobrostanu.

Oto jakaś warszawska radna wymyśliła, że wprowadzimy zakaz palenia papierosów na balkonach. Rzecz jasna natychmiast pomysł podchwyciła cała grupa lewicowych aktywistów, zabrawszy się do zbierania podpisów pod projektem stosownej ustawy. Słuchamy historyjek o biednej mamusi, która musiała się wyprowadzić, bo jej sąsiad notorycznie palił papierosy na balkonie i ohydny zapach nawiewało jej do mieszkania, szkodząc biednemu niemowlaczkowi. Może to i prawda. Tylko nieustannie słuchać o tym jednym przykładzie… na miliony balkonów w polskich miastach (i wsiach też) to jakoś dziwnie mało. Sam jestem nałogowym palaczem i wiem jak paskudną rzeczą jest ten nałóg, więc kogo mogę, namawiam do niepalenia. Ale czym innym jest namawianie do tego, by zrezygnować po dobroci z trucia się dymem papierosowym, a czym innym wprowadzanie idiotycznego zakazu pod równie idiotycznym pretekstem. Pani pokrzywdzona przez wrednego sąsiada być może będzie zadowolona, ale wyrzucenie palaczy z setek tysięcy balkonów będzie skutkowało wyłącznie tym, że rodzice tysięcy dzieci zaczną palić w domach, zatruwając swoje pociechy. Naturalnie aktywiści odpowiedzą na to żądaniem zakazu palenia w domach. Co nie będzie nowością, bo gdzieniegdzie w USA i Europie wspólnoty mieszkaniowe takie zakazy powprowadzały. Logicznie, bo przecież dym przenika przez wentylację w domach wielorodzinnych. Chcesz zapalić – kup sobie willę. O nie, tak dobrze nie będzie. Krwiopijcom, co to sobie domy pobudowali, też zakażemy palenia. Bo przecież mogą przyjść do nich goście z dziećmi i smród straszliwy dzieciaczkom by szkodził. Że święte prawo własności? Jakie prawo, jakiej własności? Wiemy przecież lepiej, co jest dla obywateli dobre i żadne prawa nam nie będą tutaj przeszkadzały. Już przecież masowo zakazujemy właścicielom kominków palenia w nich drewnem.

Uszczęśliwianie na siłę stało się generalną specjalnością polityków. Oto w ramach typowo polskiej gry między obywatelami a państwem sławetna ustawa o zakazie handlu w niedziele okazała się klasycznym bublem, omijanym (i słusznie) przez sporą część sieci handlowych. Nasi wspaniali uszczęśliwiacze narodu uznali – to cytat – że „urąga to powadze państwa”. I zabiorą się do definiowania, czym jest placówka pocztowa oraz jaki stopień pokrewieństwa pozwala na traktowanie sprzedawcy jako rodziny. I pozamykają te placówki handlowe, którym się chce pracować w niedziele.

Przy generalnym braku rąk do pracy w handlu przymuszanie przez ohydnego kapitalistę do pracy w niedzielę wydaje się mało prawdopodobne, za to potrzeba kupienia chleba przez rodzinę wracającą z wakacji prawdopodobna jest jak najbardziej. Ale działacze związkowi niczym Maria Antonina radzą – niech jedzą ciastka. Zakupy niedzielne, które dawały szansę rodzinie, by wspólnie wybrała się po nowy telewizor czy ubranie dla dziecka, okazują się głęboko antyrodzinne. A w rzeczywistości, po prostu, wojna z niedzielnymi zakupami jest ukłonem pod adresem hierarchii kościelnej, a przede wszystkim uzasadnieniem dla istnienia gigantycznej biurokracji związkowej.

Szczęśliwy poddany naszego kochanego państwa może już w niedzielę zasiąść na balkonie nienarażony na opary dymu tytoniowego od sąsiada i wolny od zawracania głowy: Janusz, idź po chleb do sklepu.

Z radością spojrzy na ulicę, po której z prędkością 20 km na godzinę sunie kolumna samochodów. Jego oczy pieszczą rzędy słupków blokujących wjazd na chodnik. Oczami wyobraźni widzi już, jak rzędy kopcących 20-letnich golfów diesli zastępują miliony samochodów elektrycznych, na które każdą rodzinę stać bez kredytu. Jego akurat nie stać, bo pędząc z oszałamiającą prędkością 60 km na godzinę przez sąsiednią ulicę, ma na karku komornika pobierającego 20 tys. mandatu (z odsetkami to już prawie samochód). A samochód mu zabrali, bo był recydywistą takiego drogowego piractwa. Pozostaje więc balkon, bo w ramach walki z wariantem omega granice są zamknięte i nawet na all inclusive do sojuszniczej Turcji pojechać się nie da.

Szczęśliwy obywatel z radością pójdzie jednak na pobliską stację Orlenu (innych nie ma) i kupi piwo marki piwo z państwowego browaru. Najlepiej bezalkoholowe, bo już ma zapełnioną na cały miesiąc książeczkę limitującą zakupy procentów.

Najsmutniejsze jest to, że żaden z elementów lekko szyderczego opisu nie jest zmyślony. Od poziomu warszawskiej radnej, która chce zakazać palenia na balkonach po Komisję Europejską zdeterminowaną, by zakazać produkcji samochodów z silnikami benzynowymi w perspektywie 10 lat przez instytucje państwowe (książeczki na zakup alkoholu są przecież stosowane w Skandynawii) wszelkiego rodzaju władze łamią sobie głowy, jak by tu nas uszczęśliwić.

Nie zacytuję dokładnie, ale pamiętam taki fragment książki Pawła Jasienicy o kontrrewolucji w Wandei (rzecz ma tytuł „Rozważania o wojnie domowej”), w którym autor zauważa, że bunt Wandei był w istocie odpowiedzią na coraz silniejszą ingerencję rewolucyjnego państwa w życie obywateli, a ostatecznym detonatorem stał się pobór do wojska.

Dla naszych przodków omnipotencja władzy państwowej, którą obserwujemy we wszystkich współczesnych demokracjach, byłaby zapewne nie do zniesienia. Nie bez racji uważaliby, że sprowadza ich to do statusu niewolników. Pewnie we wprowadzaniu przepisów ruchu drogowego, czy dziesiątkach innych regulacji prawnych jest jakaś logika. Tyle że demoluje ona naturalną organizację życia społecznego. Przez tysiąclecia rolę konwencji stambulskiej odrywali krewni i bracia kobiety. Odpowiedzią na przemoc domową był łomot spuszczony mężowi przekraczającemu granice (owszem zarysowane bardzo niejasno). Za łamanie norm społecznych karano wykluczeniem ze społeczności, co często było wyrokiem śmierci. I tak dalej. Obecnie ingerencja państwa nie tylko wyłączyła te mechanizmy samoregulacyjne, ale je wręcz penalizuje.

Efekciarstwo i bezmyślny PR prowadzą często do decyzji już to niewykonalnych, już to szkodliwych. Wyobraźmy sobie, że spełniła się obietnica premiera i po polskich ulicach jeździ milion elektrycznych samochodów. Około 21.00 ich właściciele wracają do domów i włączają ładowarki. W miarę przyzwoita i dostępna cenowo ładowarka do samochodu ma 11 kilowatów mocy. Czyli jednorazowy pobór energii do ładowarek samochodowych oznaczałby użycie 40% całej mocy polskich elektrowni tylko do ładowania samochodów. Dwie elektrownie wielkości Bełchatowa musiałyby, pracując z pełną mocą, ładować samochody. A przecież docelowo ma być tych samochodów kilkanaście milionów. Nie wspomnę o tym, że do przekazania takiej mocy należy całkowicie przebudować sieć elektryczną i zbudować co najmniej 10 elektrowni atomowych. Tylko w Polsce. A podobno ma to być norma w całej Europie. Oczywiście państwa, rady i komisje opracują tony przepisów, zakazujących ładowania samochodu o 9 wieczorem. Potem zakażą jazdy w poniedziałki i środy (tak mi się skojarzyło z dniami bezmięsnymi za komuny), a potem wymyślą jeszcze coś innego. Oczywiście dla oszczędności prądu wprowadzimy ograniczenia prędkości do 20 km na godzinę.

Kreatywność polityków i urzędników nie zna granic. Szkoda tylko, że koncentruje się ona na rozwiązywaniu problemów, które sami stworzyli. Być może jest nas na ziemi po prostu za dużo. Historia uczy, że tam, gdzie ludzie żyli w niedużych i rozproszonych skupiskach rozwijała się kreatywność i modele wolnościowe. Tam, gdzie było ich za dużo i gdzie organizowano masowy wysiłek społeczny w celu przeżycia (jak w starożytnym Egipcie), kwitły satrapie i niewolnictwo.

Niestety współczesny Zachód coraz bardziej zanurza się w mentalności niewolniczej i kolektywistycznej. Nacisk społeczny na wprowadzanie kolejnych regulacji i ograniczeń nie tylko w Polsce rośnie. Zakazać, zabronić, zabudować słupkami… To przecież żądania mające ogromne społeczne poparcie. Gdzieś dochodzi do drastycznego wypadku drogowego. I od razu media zawyją: konfiskować samochody, karać, podwyższać mandaty. A obywatele to podchwytują. Zaś urzędnik zaciera ręce, bo kolejny ułamek wolności wpada mu w łapki.

Ot taki przykład. Poprawność polityczna każe żądać jak największego ograniczenia dostępu do broni palnej. Natychmiast przywoływane są przykłady strzelanin w amerykańskich szkołach. Ta straszna Ameryka z prawem dostępu do broni po prostu się wystrzela. A jakoś nikt nie jest łaskaw przywołać przykład choćby Finlandii, gdzie broni jest w przeliczeniu na głowę mieszkańca prawie tyle samo co w Ameryce. I co wymordowali się? W ponad połowie świata apteki nie żądają żadnych recept. Jakoś nie słyszałem, żeby mieszkańcy Ameryki Południowej czy choćby Armenii wymarli z powodu nadużywania lekarstw. Tymczasem od San Francisco po Helsinki władza traktuje nas jak dzieci, którym nie można pozwolić na to, żeby sobie kupowały leki bez recepty.

Efektem są choćby wyprawy idiotów z pięcioletnimi dziećmi na tatrzańską Orlą Perć. No bo skoro wolno, to znaczy, że jest bezpiecznie. I już słychać, wprowadzimy zakazy, bo to szlak nie dla wszystkich. Zamiast uczenia odpowiedzialności i powiedzenia, że w góry, do wody idziesz na własne ryzyko i odpowiedzialność czytam: „jak władze mogły dopuścić, żeby…”. Wydamy przepis i sprawa załatwiona.

Niewolnicza mentalność wpajana nam nieustannie przez władze wszystkich szczebli bywa niebezpieczna. Ile razy w filmach, ale też w realnym życiu widzimy sceny, gdzie wszyscy byli odwróceni i udawali, że nic nie widzą, gdy łobuz czy chuligan zaczepia bezczelnie czasem dziewczynę, a czasem bogu ducha winnego pasażera w tramwaju. Dwa pokolenia temu nawet by na to nie wpadł. A teraz inni pasażerowie odwracają się, komentując: No a gdzie jest policja? Nie jest to wcale, jak się często mówi, znieczulica. Gdy znajdzie się ktoś odważny, kto da bandziorowi w mordę, to później tygodniami tłumaczy się przed policją.

Współczesne demokratyczne państwo krok po kroku zamienia się w opresyjną satrapię penalizującą normalne zachowania ludzi. Świadomie lub przypadkiem niszczącą więzi społeczne. Jeżeli nie będziemy protestowali przeciwko głupkowatym przepisom, jeżeli nie zaczniemy bronić naszej autonomii, to staniemy się niewolnikami anonimowego państwa.

A wracając do wrednego sąsiada kopcącego na balkonie i wywołującego alergie u dziecka. Otóż w normalnym społeczeństwie istnieje prosty mechanizm, od zwrócenia uwagi i rozmowy, po napaskudzenie na wycieraczkę. Jeżeli pozostali sąsiedzi (a jest to pewnie przypadek jednego na tysiąc balkonów) będą przekonani, że należy zareagować, to jest mnóstwo sposobów, by przekonać kogoś takiego. Nie potrzeba do tego ustawy. Wystarczy zwyczajne – nieniewolnicze – społeczeństwo. Jeżeli ktoś jeszcze pamięta opowiastkę „Paweł i Gaweł”, to wie, o czym mówię, ale to bajka z innej, minionej, epoki.

Inne wpisy tego autora

Saska rekonstrukcja

Wokół pomysłu odbudowy Pałacu Saskiego w Warszawie, podobnie jak wokół niemal wszystkich pomysłów zgłaszanych przez polityków odbywa się zwyczajowy chocholi taniec, w którym role rozdane

Piękne słowo – nepotyzm

W konkursie na słowo miesiąca pojęcie nepotyzm ma poważne szanse na zwycięstwo. Oczywiście, jak większość pojęć w debacie publicznej zatraciło swoje pierwotne znaczenie, wchłaniając wszystko,

Globalne przyspieszenie

Lubimy spektakularne wydarzenia. Ląduje wielki samolot, po schodach schodzi przywódca, kwiaty, dywany, czekające „bestie”… Tymczasem prawdziwa polityka dzieje się zwykle w miejscach zdecydowanie mniej eksponowanych.