Piękne słowo – nepotyzm

Piękne słowo – nepotyzm

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

W konkursie na słowo miesiąca pojęcie nepotyzm ma poważne szanse na zwycięstwo. Oczywiście, jak większość pojęć w debacie publicznej zatraciło swoje pierwotne znaczenie, wchłaniając wszystko, co kojarzy się z korupcją w polityce. Oryginalnie nepotyzm pojawił się w debacie politycznej w późnym średniowieczu. I oznaczał krytykowaną praktykę zapewniania godności kościelnych przez watykańskich dostojników swoim nieślubnym dzieciom (zwanym dla niepoznaki siostrzeńcami lub bratankami – stąd łacińskie słowo nepos). Najsłynniejszymi przedstawicielami tej tendencji byli papieże z osławionego rodu Borgiów: Kalikst III i Aleksander VI. Ten ostatni mianował kardynałem brata swojej kochanki, który wyniesiony do godności papieskiej mianował kardynałem 14-letniego siostrzeńca.

Pojęcie nepotyzm wiązało się wówczas przede wszystkim z Kościołem. Dlaczego? Ano z prostego powodu, że istotą ówczesnej (aż po początek XX wieku) polityki był właśnie nepotyzm. Przecież rody królewskie, ale także arystokratyczne czy bankierskie, całą swoją politykę opierały na budowaniu więzów rodzinnych. Sojusze międzypaństwowe czy fuzje bankowe opierały się na małżeństwach poszczególnych rodów. Jednym z najważniejszych zajęć ówczesnych polityków było przecież studiowanie drzew genealogicznych. Habsburgowie ukuli nawet powiedzonko o „szczęśliwej Austrii”, która gdy inni prowadza wojny, żeni się.
Podobnie było z obsadzaniem stanowisk w strukturach państwowych. Rody magnackie czy arystokratyczne wspierały się wzajemnie w oparciu o więzy pokrewieństwa. W gruncie rzeczy, w całej Europie przedstawiciele elit mogli do siebie mówić per „kuzynie”. Co zresztą było przyjętą formą w korespondencji pomiędzy koronowanymi głowami.

Kościół natomiast był postrzegany jako struktura bardziej demokratyczna, oparta na zasadzie wyboru i stąd pretensje do Borgiów czy Farnese, gdy w sposób skrajny faworyzowali swoich kuzynów, pociotków, a już szczególnie nieślubne dzieci. Co oczywiście nie zmienia faktu, że wyższe godności kościelne (z bardzo nielicznymi wyjątkami) także były dzielone w obrębie niewielkiej grupy rodów arystokratycznych. Warto jednak pamiętać, że zasada celibatu w Kościele została wprowadzona właśnie po to, by zapobiegać budowaniu dynastii rodowych i bogaceniu się na służbie Kościołowi. Podobnie wyglądało to w Chinach, gdzie stanowiska państwowe (a tam obowiązywały od średniowiecza egzaminy i konkursy) obsadzano eunuchami. Także, by zapobiegać nepotyzmowi.

Pierwszy wyłom w tej powszechnej zasadzie nepotyzmu uczynili francuscy królowie, wprowadzając zasadę sprzedaży urzędów państwowych w XVII wieku. A później podważyły ją – na chwilę – wielkie rewolucje: angielska i francuska. Na chwilę, bo nowe elity rewolucyjne błyskawicznie przejęły model rządzenia poprzez wejście w skład arystokracji i budowanie związków rodzinnych.
Problem nepotyzmu jako zjawiska nagannego, poza Kościołem, gdzie nepotyzm został formalnie zakazany bullą papieża Innocentego XII pod koniec XVII wieku, pojawił się dopiero z początkiem polityki demokratycznej. Rozrastające się państwo potrzebowało nowej elity opartej na kryteriach merytorycznych. Konieczna stała się kooptacja przedstawicieli niższych warstw społecznych legitymujących się już nie rodzinnymi parantelami, a cenzusem kompetencji i wykształcenia. Coraz częściej stanowiska w administracji czy przemyśle stawały się głównym źródłem utrzymania dla ludzi pracy najemnej. A to z kolei skłaniało do powierzania kolejnych posad i stanowisk krewnym i pociotkom. I podobnie jak w Kościele ery wczesnego renesansu pojawiła się krytyka zatrudniania rodzin i krewniaków. Zupełnie jak dziś ówcześni dyrektorzy czy sekretarze w ministerstwach bronili się: „komu mam zaufać, jak nie krewniakowi”, znam go, wiem, że jest uczciwy i kompetentny. Coraz częściej jednak takie praktyki były piętnowane. Rzecz jasna tym bardziej, im niższych szczebli to dotyczyło.

W międzywojennej Polsce, jako jednym z pierwszych krajów Europy wprowadzono twarde regulacje mające zapobiegać nepotyzmowi i kumoterstwu przy obsadzaniu stanowisk urzędniczych. Ustawa o służbie cywilnej z 1922 roku mówiła, że: „Małżonkowie, krewni wstępni i zstępni z urodzenia lub przysposobienia, krewni w linii bocznej do trzeciego oraz powinowaci do drugiego stopnia włącznie – nie mogą być pracownikami państwowymi tego samego urzędu (władzy), do którego należą czynności kasowe, zarząd i dysponowanie materiałami gospodarczymi albo prowadzenie rachunkowości …”. I była to zasada przestrzegana rygorystycznie. Problem nepotyzmu w II RP był w istocie problemem marginalnym.

Potem bywało bardzo rożnie. Generalnie jednak można zauważyć jedną zasadę, im więcej „państwa w państwie”, czyli im więcej decyzji jest przesuniętych z poziomu rynku na poziom urzędniczy, tym więcej problemów z nepotyzmem. A na dodatek kłopoty z tym zjawiskiem podwoiły się ze względu na emancypacje kobiet i zmianę modelu rodziny. Opera mydlana w wykonaniu członków brytyjskiej rodziny królewskiej jest ilustracją tego problemu. Oto nagle w ścisłym kręgu najwyższej arystokracji pojawiają się osoby albo kontestujące jej model jak księżna Diana, albo wprost pochodzące z proletariatu jak Megan Markle. Nagle w roli krewniaka królów pojawia się skłócona i toksyczna rodzina proletariacka. No i co z tym fantem zrobić? A jednocześnie obie wymienione Panie nie widzą powodu, by rezygnować z własnych ambicji i planów zawodowych.

Małżonka (czy mąż) osoby na stanowisku publicznym lub urzędniczym ma dziś zazwyczaj zbliżony status zawodowy i społeczny. I nie widzi powodu, by rezygnować z dotychczasowej pracy. Doskonale widać to w dyplomacji. Tradycyjnie współmałżonka ambasadora (coraz częściej współmałżonek) przynależała do tak zwanego „women’s clubu” grupującego współmałżonków ambasadorów akredytowanych w danym kraju i przedstawicieli lokalnej elity. Kiedyś były to głównie panie. Taki klub miał się zajmować sierotkami, działalnością charytatywną i organizacją balów czy jarmarków. Kiedyś! Bo dzisiaj połowa ambasadorów (-ek) przyjeżdża na misje samotnie, gdyż ich życiowi partnerzy nie chcą lub nie mogą zrezygnować z aktywności zawodowej.
Inaczej mówiąc, konstrukcja życia publicznego czy politycznego odziedziczona po czasach arystokracji nijak nie przystaje do realiów. A z drugiej strony chorobliwa omnipotencja państwa prowadzi do tego, że nikt, kto zajmuje eksponowane stanowisko, nie może uniknąć zarzutu nepotyzmu. No, bo jeśli żona czy syn ministra albo znaczącego posła pracuje w instytucji państwowej, to będzie inaczej traktowana niż żona czy krewniak tzw. nikogo. Nawet wtedy, gdy nie podlega bezpośrednio swojemu krewnemu. Więcej, ponieważ duża część prywatnego biznesu też zależy od państwa czy państwowych zamówień to zatrudnienie syna znanego polityka w roli doradcy od niczego za to z wysoką pensją może się firmie bardzo opłacać. A z drugiej strony, nader często rodzina polityka czy urzędnika to rzeczywiście ludzie o znakomitym wykształceniu i kompetencjach. Małżeństwa współcześnie, nie tylko w Polsce, zwykle poznają się na studiach lub w czasie pracy, więc okazuje się, iż mają podobne profesje. No i co z tym zrobić, gdy powiedzmy żona albo córka ministra kultury jest reżyserem? Zawsze będzie podejrzenie, że pieniądze na film dostaje za nazwisko, a nie za kompetencje.

Jeszcze gorzej będzie w gminie, gdzie syn wójta musi gdzieś pracować, a co by nie robił, będzie podejrzany o nepotyzm.
Jak wielki jest to problem, znakomicie widać tak na przykładzie demokracji, jak i dyktatur. Dynastie Kennedych czy Bushów w USA (ale też rodzina Clintonów czy dzieci Donalda Trumpa pracujące jako doradcy w Białym Domu) to wierzchołek góry lodowej. Tutaj usprawiedliwieniem jest fakt, że w dużej części podlegają weryfikacji wyborczej. „Dziedziczenie” mandatów parlamentarnych od XIX wieku w Wielkiej Brytanii, aż do dziś w całym demokratycznym świecie (daleko nie szukając, na Litwie obecny minister spraw zagranicznych jest wnukiem pierwszego Marszałka parlamentu, a wicemarszałek synem pierwszego ministra spraw zagranicznych), stało się swego rodzaju normą. Czy jest to nepotyzm, czy powrót do mechanizmów znanych z tysięcy lat historii? A z kolei w państwach autorytarnych mamy dynastie rządzące od Kimów w Północnej Korei po Asadów w Syrii czy czytelne próby ustanowienia dynastii na Białorusi przez Łukaszenkę.

Kłopoty z nepotyzmem można rozwiązywać na dwa sposoby. Średniowieczny (celibat lub kastracja) albo nowocześniejszy, czyli próby ograniczania roli państwa. Nie bronię rzecz jasna przypadków skandalicznych, czyli sadowienia krewniaków w różnych radach nadzorczych czy posadach w spółkach skarbowych. To, co po serii skandali zauważyli działacze PiS, nijak obronić się nie da. Ale wyobrażam sobie, że obecna wojna z nepotyzmem doprowadzi za chwilę do absurdów, kiedy dobrze wykształcone dzieci czy krewni osób publicznych będą mogły pracować jako sprzedawcy w McDonald’s, bo jakiekolwiek inne zajęcie będzie budziło podejrzenia.

Jedynym rozsądnym sposobem na unikniecie tego problemu, jest odcięcie państwa od gospodarki i ograniczenie wpływów politycznych w dowolnej dziedzinie życia (kulturze, mediach, ochronie zdrowia etc.). A wypada dodać, że nepotyzm jest małym łagodnym kotkiem w porównaniu z tygrysem kumoterstwa. Przecież współczesna polityka jest w istocie zbudowana na zasadzie kumoterstwa, czyli obsadzaniu wszystkiego, co się da członkami zwycięskiej partii politycznej. To zjawisko jeszcze gorsze i bardziej szkodliwe od nepotyzmu, ale że uznane za normę, to nawet niepiętnowane.

Stary dobry Arystoteles przestrzegał kiedyś, że demokracja nieuchronnie przekształca się w oligarchię. Obserwując współczesny świat, możemy tylko stwierdzić, że Stagiryta był prawdziwym mędrcem. Oligarchizacja na sterydach wynikająca z omnipotencji współczesnego państwa jest widoczna od Waszyngtonu po Pekin. Od firmy oponiarskiej w jakimś Kłaju po Facebooka. Może warto uświadomić współczesnej elicie władzy i wpływu, że ma w perspektywie trzy drogi: jedną fałszywą, czyli rewolucję i dwie skutecznie bolesne – celibat i kastrację oraz nierealną: deetatyzację i demonopolizację.

Inne wpisy tego autora

O ścigających i ściganych

Globalna szachownica opisywana kiedyś przez Zbigniewa Brzezińskiego zaczyna coraz bardziej przypominać turniej szachów błyskawicznych, tak często zmieniają się sojusze i konfiguracje figur. Tylko w ostatnim

Jest sobie (jeszcze) Ciotka Unia

Dariusz Matuszak wezwał na swoim blogu do debaty na temat Unii Europejskiej. – Problem nie zniknie – pisze mój szacowny sąsiad blogowy – gdy jak

Saska rekonstrukcja

Wokół pomysłu odbudowy Pałacu Saskiego w Warszawie, podobnie jak wokół niemal wszystkich pomysłów zgłaszanych przez polityków odbywa się zwyczajowy chocholi taniec, w którym role rozdane