Saska rekonstrukcja

Saska rekonstrukcja

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Wokół pomysłu odbudowy Pałacu Saskiego w Warszawie, podobnie jak wokół niemal wszystkich pomysłów zgłaszanych przez polityków odbywa się zwyczajowy chocholi taniec, w którym role rozdane są nie ad meritum, lecz zgodnie z politycznymi sympatiami. Będę więc złośliwy i przypomnę rozmowę, jaką miałem niegdyś z prof. Geremkiem. Otóż ówczesny minister spraw zagranicznych mówił mi, że zadaniem mojego pokolenia powinna być odbudowa Pałacu Saskiego i powrót MSZ do Pałacu Brühla na Wierzbową, bo „my tego zrobić nie zdążymy”. To powinno osłabić tak entuzjazm „odbudowywaczy”, jak krytycyzm przeciwników odbudowy.

Odbudowa Pałacu ma wszakże znaczenie symboliczne jeszcze w jednym sensie. Rządy Prawa i Sprawiedliwości coraz bardziej przypominają działania grupy rekonstrukcyjnej epoki Augusta III. Władca z saskiej dynastii Wettynów bywa ostatnio wybielany przez historiografię, szczególnie piórem nieżyjącego już prof. Jacka Staszewskiego. Tak, August III stworzył wspaniałe zbiory sztuki (w Dreźnie), był władcą pracowitym, podpisującym mnóstwo listów i dokumentów. Tak, jego nadwornym kompozytorem był Jan Sebastian Bach, a nawet August wykupił arrasy wawelskie. Nie zmienia to jednak faktu, że czasy jego rządów są postrzegane jako okres kompletnego upadku Rzeczypospolitej.

W gruncie rzeczy to mało istotne: czy słusznie, czy w wyniku przemyślanej propagandy pruskiej Polska była w oświeconej i Oświeceniowej Europie postrzegana jako ośrodek ciemnoty i obskurantyzmu. To Polacy byli oskarżani o to, że odbywają się tu masowe procesy o czary (odbywały się), chociaż ostatni stos w Europie zapłonął w oświeconych Prusach Fryderyka Wielkiego. Wykpiwano ciemnotę polskiej szlachty i użalano się nad rzekomo koszmarnym życiem  pańszczyźnianych chłopów. Stałym elementem krytyki – przodował w niej nadający intelektualny ton oświeceniowej Europie Wolter – była obrona praw dysydentów religijnych.

Rzeczpospolita nie liczyła się w ówczesnej polityce europejskiej, będąc przedmiotem gry mocarstw, polska szlachta i magnateria były dramatycznie ksenofobiczne i przekonane o nadzwyczajnej wyższości własnego ustroju nad całym światem, państwo rozrywały spory magnackich koterii. Gospodarka oparta była na zacofanym rolnictwie pańszczyźnianym i eksporcie zboża oraz drewna. Przybyszów z Zachodu raził ostentacyjny katolicyzm, błotniste drogi w połączeniu z niebywałą rozrzutnością magnatów.

Nieudolna polityka Wettynów opierających się wyłącznie na protekcji Petersburga i wikłających się w nieudane spory z partnerami europejskimi także zrobiła swoje.

Rozbiory Polski były w istocie efektem epoki Augusta III. Próby obrony Wettynów podejmowane przez współczesnych historyków dowodzą jeszcze mocniej, że siła utrwalonego stereotypu jest wręcz przemożna. Nawet reformy wzorowego ucznia ery Oświecenia, jakim był Stanisław August Poniatowski, nie zmieniły rozpowszechnionego w czasach saskich przekonania, że Rzeczpospolita jest chorym człowiekiem Europy, a rozbiory wręcz przysługą wyświadczoną zgnębionym obywatelom. Warto zauważyć, że ani zrewoltowana Francja, ani rosnąca do rozmiarów supermocarstwa Wielka Brytania, ani żadne inne państwo nie protestowało przeciwko rozbiorom Polski. Mimo swojego rozmiaru Rzeczpospolita tak bardzo nie liczyła się w Europie (czyli w istocie w świecie), że jej powolne znikanie z mapy politycznej było uznane za coś, co nie zmieni równowagi mocarstw.

No i jest druga strona tego medalu. Przysłowie „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa” doskonale oddaje nostalgię szlachty za epoką względnego pokoju i konsumpcji nieskażonej reformami, podatkami ani problemami. Była to epoka, w której szaleństwa Radziwiłła „Panie Kochanku” i ekscesy innych magnatów były uważane za sympatyczne dziwactwa, a polityka europejskich dworów za coś odległego i nieburzącego spokoju czerpiącej wiedzę ze słynnych „Nowych Aten” warstwy szlacheckiej.

Wracając do grupy rekonstrukcyjnej, zarówno polityka ciepłej wody w kranie jak kolejnych plusów i dobrych zmian w rzeczywistości jest właśnie próbą zaoferowania obywatelom marazmu na wzór epoki saskiej. Niestety otoczenie międzynarodowe, podobnie jak to było w XVIII wieku, właśnie przechodzi bardzo głębokie przeobrażenia. Wszystko wskazuje na to, że na naszych oczach kształtuje się całkiem nowa geopolityka zarówno w wymiarze globalnym jak europejskim. Zmienia się gospodarka i zmienia się model wartości kreujących wspólnotę Zachodu. Niektórzy myśliciele polityczni wprost zadają pytanie: co ma być czynnikiem sklejającym nasz krąg cywilizacyjny w miejsce chrześcijaństwa. O to samo pytali w XVIII stuleciu Wolter czy Diderot. Optymistyczne jest to, że wówczas chrześcijaństwo jako kręgosłup naszej cywilizacji przetrwało. Pesymistyczne, że polski model religijności tak wtedy, jak dzisiaj stał się w Europie antywzorcem, używanym jako dowód na anachroniczność religii jako takiej.

Dlaczego sądzę, że rozbiory były efektem epoki saskiej? Po pierwsze Wettyni nie podejmowali realnej próby reformy państwa. Od lat dwudziestych  XVIII stulecia było jasne, że model oparty na pańszczyźnie i eksporcie surowców jest skrajnie nieefektywny i bardzo podatny na wahania pogodowe i koniunkturalne. Spetryfikowana struktura społeczna nie pozwalała na narodziny kapitalizmu, bo inwestycje magnackie w różne manufaktury były równie efektywne co współczesny nam kapitalizm państwowy. A wzorzec kultury późnego sarmatyzmu nie pozwalał na recepcję nowych trendów umysłowych. Wreszcie faktyczna likwidacja armii i uwiąd sztuki wojennej, wtedy gdy podlegała ona rewolucji we fryderycjańskich Prusach, Holandii i Anglii doprowadził do tego, że Rzeczpospolita stała się faktycznie bezbronna, a husarze nadawali się wyłącznie do dworskich parad. Ci, którzy zarzucają obecnemu rządowi tworzenie armii defiladowej, mogą sięgać po sprawdzone wzorce polemik z epoki saskiej.

Najgorsza jednak była postępująca degradacja wizerunku Rzeczypospolitej. Modne w Europie II połowy XVIII wieku ukazywały ponury skansen. A ówczesne farmy trolli – czyli różnej rangi i klasy pisarze oraz (rodzi się wtedy ten zawód) dziennikarze opisywali Polskę, jako ponury skansen niegodny nowoczesności. Nasi sąsiedzi tak ze wschodu, jak z zachodu, mając apetyt na zagarnięcie ziem polskich, wspierali tę propagandę. Oświecony mieszkaniec Londynu, Paryża czy Amsterdamu wiedział tyle, że Polska jest przeszkodą w rozprzestrzenianiu się „światła rozumu” i postępu.

Współcześnie siła przekazu i stereotypu jest wielokrotnie większa od tej z XVIII stulecia. Zwielokrotniona przez media społecznościowe i telewizje informacyjne w istocie kreuje politykę, bo elity zapatrzone w kolejne sondaże opinii publicznej są na nią nadzwyczajnie wyczulone. A wizerunek Polski jest obecnie zrujnowany. Owszem, często niesprawiedliwie. Tylko nie ma to najmniejszego znaczenia. Kiedy obraz chorego człowieka Europy się utrwali, a jesteśmy o krok od tego, to będziemy potrzebowali dziesięcioleci, by go odbudować. Zaś wizerunek, jak dowiodła historia XVIII wieku, przekłada się na polityczną i ekonomiczną skuteczność.

Inne wpisy tego autora

O ścigających i ściganych

Globalna szachownica opisywana kiedyś przez Zbigniewa Brzezińskiego zaczyna coraz bardziej przypominać turniej szachów błyskawicznych, tak często zmieniają się sojusze i konfiguracje figur. Tylko w ostatnim

Jest sobie (jeszcze) Ciotka Unia

Dariusz Matuszak wezwał na swoim blogu do debaty na temat Unii Europejskiej. – Problem nie zniknie – pisze mój szacowny sąsiad blogowy – gdy jak

Państwo nasze kochane

Tym razem nie o nepotyzmie ani o zagranicy. A może jednak o obu tych tematach, tylko z trochę innej strony. Mamy kanikułę, więc politycy różnych