Australia jako przestroga dla wolnego świata

warzecha_avatar

Doceniasz tę treść?

Ta pierwsza morska podróż do Australii,

Łotry przy burtach, prostytutki w kojach.

Wszyscy się bali, łkali i rzygali

W drodze do raju. Przewrotności Twoja,

Panie, coś w jeszcze nam nieznanych planach

Miał czarne diabły strzegące wybrzeży

Edenu, który przeznaczyłeś dla nas,

A w który nikt, prawdę mówiąc, nie wierzył.

 

Tak zaczyna się piosenka „1788” Jacka Kaczmarskiego. Wybitny bard napisał ją, gdy w roku 1995 emigrował do Australii. Kaczmarski wyjechał tam, bo był zmęczony zmieniającą się Polską i Europą. Australia kojarzyła mu się z wolnością, a rok 1788 wybrany na tytuł to moment pierwszego transportu skazańców i osadników zarazem na południowy kontynent. W styczniu kapitan Arthur Phillip pokierował armadą 11 okrętów, przewożących przymusowych pasażerów tysiące mil do domu, czyli Wielkiej Brytanii. Celem była kolonia w Nowej Południowej Walii.

Można zadać sobie pytanie, co autor „Jana Kochanowskiego”, „Naszej klasy” czy „Krajobrazu po uczcie” napisałby dzisiaj o Australii. Kaczmarskiego nie ma wśród nas już od 17 lat, dziś miałby 64 lata i z pewnością skomentowałby we właściwym sobie stylu świat, w którym żyjemy od blisko już dwóch lat. Coś mi mówi, jako wielbicielowi twórczości „Kaczmara”, że nie byłby to komentarz pełen zachwytu.

Dzisiaj zaś warto się Australii przyglądać szczególnie uważnie, tym razem jednak nie jako wzorowi heroicznego momentami osadnictwa czy budowania dostatniego państwa w otoczeniu, wydawałoby się (doskonale uchwycił to Kaczmarski w swojej piosence), skrajnie niekorzystnym. Dziś Australia jest przykładem skrajnego sanitarystycznego zamordyzmu i posuniętej do absurdu interpretacji strategii „zero COVID”. Można bez wahania stwierdzić, że w ramach szeroko pojmowanego Zachodu jest to obecnie kraj najbliższy wzorcowi covidowej dyktatury.

Na tle Australii, gdzie niektóre regiony – w tym Melbourne – zamykano od początku pandemii w całkowitym lockdownie już kilka razy na długie tygodnie, kraje takie jak Francja jawią się jako względnie liberalne. O Szwecji czy nawet Polsce nie mówiąc. Kto nie śledził od początku działań australijskiego rządu federalnego, na którego czele stoi lider – żeby było śmieszniej – Partii Liberalnej Scott Morrison, ten może być skrajnie zszokowany poziomem napięcia i konfrontacji pomiędzy tą częścią społeczeństwa, które ma dość restrykcji, a aparatem przymusu. W sieci krążą tysiące filmów, pokazujących skrajną już brutalność australijskiej policji. Nawet jeśli nie wszystkie są wiarygodne, a w części powodem interwencji nie jest łamanie covidowych restrykcji, lecz inne wykroczenia, to w części takich wątpliwości nie ma. Wynika to wprost z tego, co mówią na filmach sami funkcjonariusze. Ludzie, którzy nie stwarzają żadnego zagrożenia i nie są agresywni, są gazowani, pałowani, rzucani na ziemię, skuwani tylko dlatego, że nie założyli maseczki na otwartym powietrzu. W Melbourne na pomoc siłom porządkowym skierowano wojsko.

Australia od początku pandemii przyjęła skrajny kurs. Gdyby szukać antypodów – nomen omen – modelu szwedzkiego, to znalazłoby się je właśnie w Australii. Rząd federalny od początku postawił sobie za cel całkowitą eliminację wirusa, co jest oczywiście utopią i musi prowadzić w konsekwencji do pewnej formy totalitaryzmu, tak jak musi do niej prowadzić założenie, że wyeliminuje się z ludzkiego życia jakiekolwiek czynniki, które stanowią jego nieodłączną część – w tym ryzyko w jakiejkolwiek jego formie, czy to związane z jazdą samochodem, czy zdrowotne, czy finansowe, czy jakiekolwiek inne. Dokładnie z tego powodu immanentnie totalitarny ze swojej natury był komunizm, dążący przecież do eliminacji nierówności czy ubóstwa.

W Australii powtarzały się przypadki wprowadzania lockdownu w wielomilionowych metropoliach z powodu wykrycia pojedynczych przypadków zakażenia, co w oczywisty sposób było sprzeczne z nawet najbardziej liberalnie stworzonym rachunkiem zysków i strat. Przy czym lockdowny pociągały za sobą zawsze skrajne restrykcje w funkcjonowaniu firm. Mocno oberwała branża budowlana, bo – inaczej niż w Polsce – w Australii lockdowny oznaczały na ogół zakaz prowadzenia prac na budowach.

Jak na ironię, po długich miesiącach stosowania takiej strategii dzisiaj 25-milionowa Australia – osobny kontynent ze skrajnymi restrykcjami na granicach – ma średnio więcej przypadków zakażenia niż 38-milionowa Polska. W przypadku Australii to ponad 66 przypadków na milion, w przypadku Polski dzisiaj – ok. 20 przypadków. Liczba zgonów na milion jest dzisiaj również wyższa w Australii niż w Polsce o kilka setnych. W normalnych warunkach powinno to prowadzić do krytycznego podsumowania dotychczasowej strategii lub przynajmniej refleksji nad tym, jaki koszt pociągnie za sobą trzymanie się jej przez kolejne długie miesiące. Rząd mówi bowiem o progu zaszczepienia jako warunku jakiegokolwiek luzowania na poziomie 70–80 proc. Na razie w pełni zaszczepionych jest tam zaledwie 41 proc., więc osiągnięcie zakładanego poziomu – zwłaszcza w obliczu powtarzającej się już także w Polsce narracji o trzeciej, a może nawet i czwartej dawce (co oczywiście zmieni definicję osoby „w pełni zaszczepionej”) – odsuwa się na nie wiadomo kiedy.

Na południowym kontynencie są jedynie wolne od wirusa enklawy – jak Australia Zachodnia z Perth – jednak kosztem niemal całkowitej blokady przemieszczania się. Chcąc do stanu wjechać, trzeba odbyć na własny koszt dwutygodniową kwarantannę. Australijczycy stali się więc więźniami we własnym kraju, bo wielu z nich po prostu nie stać na powrót do swojej ojczyzny, gdyby zdecydowali się wyjechać.

Sydney ma za sobą w tej chwili 14 tygodni lockdownu – blisko cztery miesiące. Policja egzekwowała chore zasady bezwzględnie. W sierpniu media obiegła wiadomość, że w jednym z parków w Sydney trzy młode mamy z dziećmi w wózkach zostały ukarane mandatami po 1000 dolarów (ponad 600 euro, blisko 3 tys. zł) za rozmowę w grupie więcej niż dwóch osób z różnych adresów. Na wolnym powietrzu! Nie był to przypadek odosobniony. Przypomnijmy sobie groteskowo-idiotyczne wyczyny polskiej policji z pierwszych miesięcy epidemii w 2020 r. i wyobraźmy sobie teraz, że w Australii coś takiego – tylko w cztery razy ostrzejszej formie – trwa cały czas.

W najbardziej doświadczonym lockdownami Melbourne  (całkowity ich okres sięga już podobno ponad 200 dni) ogłoszono właśnie łaskawe złagodzenie restrykcji od wtorku w związku z osiągnięciem 70 proc. zaszczepienia w stanie Victoria. Np. można będzie podróżować na dystansie do 15 km od domu zamiast do 10 km. Rząd stanu w swej benewolencji dopuszcza też bezkontaktowe sporty na powietrzu. Zaiste, powrót do normalności jak się patrzy.

Tymczasem to właśnie w Melbourne sytuacja jest najbardziej napięta. Kilka dni temu miastem wstrząsnęły potężne zamieszki, w których policja została zdominowana przez protestujących i zmuszona w niektórych miejscach do ucieczki. Wiąże się to z restrykcjami nałożonymi na pracowników sektora budowlanego oraz ogłoszeniem przymusu szczepień w tej branży. Niezaszczepieni mają być zwalniani z pracy.

Australia wygląda dzisiaj jak wielki eksperyment. Niektórzy sądzą, że za polityką rządu w Canberrze stoi coś więcej niż tylko chęć poradzenia sobie z wirusem. Że to jakaś forma przygotowania na nowy totalitaryzm niemaskowany już względami zdrowotnymi. Przestrzegam jednak przed nadinterpretacjami, choć zarazem nie należy tego podejścia odrzucać całkowicie. Najprawdopodobniej mamy tutaj do czynienia z oportunizmem, inercją intelektualną, tchórzostwem – czyli cechami każdej marnej władzy – nie zaś realizacją jakiegoś sekretnego planu zniewolenia społeczeństwa. Zarazem nie znaczy to, że takie podejście do epidemii nie skutkuje groźnym przesunięciem granic obywatelskich wolności, a przede wszystkim drastycznym zachwianiem bilansu korzyści i strat. Czyli tym, o czym piszę od wiosny ubiegłego roku i co zawsze powinniśmy mieć w tyle głowy.

W jednym z tekstów o sytuacji w Australii, w New York Timesie, przeczytałem, że Australijczycy zadowoleni z rządowej strategii twierdzą, że należy zredefiniować pojęcie wolności i w obliczu epidemii odejść od jego indywidualnego rozumienia na rzecz rozumienia wspólnotowego, w ramach którego jednostka może być okrawana nawet całkiem brutalnie ze swoich swobód, liczy się bowiem zbiorowość. Jakkolwiek w jakimś stopniu jest to argumentacja, którą mogą przyjmować konserwatyści, to jednak w wymiarze australijskim przypomina ona raczej tę znaną nam doskonale z nieco innych obszarów geograficznych i czasów.

Wielokrotnie krytykowałem Polaków za nadmierną uległość – także w tym miejscu. W jednym ze swoich niedawnych tekstów w tygodniku „Do Rzeczy” wskazywałem, że polski instynkt buntu został skanalizowany poprzez kombinatorstwo. Wszystko to prawda. Patrząc jednak na Australię i widząc w niej jaskrawą przestrogę dla świata i ludzi cieniących sobie wolność, cieszę się z tych cech Polaków, które sprawiają, że zamordyzmu na wzór australijski w naszym kraju wprowadzić się niemal na pewno nie da.

Inne wpisy tego autora

Dlaczego Ukraińcy mają chęć walczyć

Trudno analizować to, co dzieje na ukraińskich frontach, lecz jedno wydaje się pewne niezależnie od ostatecznego rezultatu: Władimir Putin się przeliczył. Nie doszacował zarówno zdolności

Justin Trudeau podziwia Chiny

Gdyby mnie ktoś dzisiaj zapytał, czy Kanada jest wciąż demokratycznym krajem, miałbym problem z odpowiedzią. Owszem, także dlatego, że nie jest dziś łatwo zbudować sensowną