Błąd osobistego doświadczenia

Błąd osobistego doświadczenia
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jaka jest wartość osobistego doświadczenia? Generalnie – duża, ale to zależy, co potem chcemy z nim zrobić i czy ma ono mieć wartość dla nas, czy też chcemy je narzucić innym. Jeżeli chcielibyśmy je przekuć w generalną regułę i uzasadnić nim działania mające szeroki zasięg, zarazem nie sprawdzając, jak to doświadczenie mieści się w całokształcie spraw – popełnialibyśmy nadużycie.

 

To jest tymczasem właśnie metoda bardzo często stosowana w debacie jako środek erystyczny. Również w debacie o strategii walki z epidemią. W praktyce ta metoda wygląda zwykle tak:

– Ograniczenie prędkości na autostradzie do 100 km/h jest absurdalne.

– Nieprawda! Mój wujek miał wypadek przy 120 km/h i ledwo przeżył!

Albo:

– Ustawa śmieciowa nie rozwiązała żadnego problemu, za to wygenerowała mnóstwo nowych i spowodowała dramatyczny wzrost cen za wywóz śmieci.

– Nieprawda! Ja płacę niewiele więcej, a mój sąsiad przestał wywalać śmieci do lasu.

W wersji covidowej wygląda to tak:

– Zdecydowana większość pomysłów na walkę z epidemią nic nie daje. Nie wskazują na ich skuteczność żadne badania. Zabijamy gospodarkę.

– Bzdury! Przeleżałem dwa tygodnie w szpitalu pod tlenem z ciężkim COVID-em! Trzeba zrobić wszystko, żeby ograniczyć zakażenia, bez względu na koszty!

Błędne rozumowania tego typu po angielsku nazywane są fallcy. Odwołując się do reguł logiki formalnej – choć bez ścisłego ich tutaj zastosowania – można by powiedzieć, że są to rozumowania indukcyjne na skrajnym poziomie, a więc prowadzone przy minimum przesłanek. Indukcja to rozumowanie „od szczegółu do ogółu”, które w pewnych przypadkach jest uzasadnione (np. tam, gdzie przyjmiemy, że pewna liczba doświadczeń uzasadnia już postawienie tezy dotyczącej ogólnych reguł w jakiejś dziedzinie), jednak generalnie rozumowanie indukcyjne jest podatne na błędy. Całkowicie zaś błędne jest wyciąganie ogólnych wniosków na podstawie nieuogólnionego pojedynczego przypadku, któremu nie jesteśmy w stanie przypisać żadnych ogólniejszych cech.

Niestety, jakakolwiek debata – w czym ogromny udział mają potrzeby mediów – sprowadza się właśnie do tego: przerzucania się pojedynczymi przypadkami, których nie próbuje się umieszczać w żadnym szerszym kontekście, a które mają dowodzić tezy nijak z nich niewynikającej.

Dopiero co dyskutowałem na Twitterze na temat lockdownu i innych reguł, takich jak noszenie maseczek na powietrzu, z pewnym panem, który twierdził, że COVID przeszedł ciężko, leżąc w szpitalu, w tym przez kilka dni pod tlenem, był więc oburzony moimi krytycznymi poglądami na zamykanie wszystkiego w imię walki z epidemią. To bardzo typowy przykład rozumowania podwójnie błędnego, a niestety bardzo powszechnego. Człowiek ten – daj mu Boże zdrowie – uznał bowiem nie tylko, że jego osobiste doświadczenie powinno z jakiegoś powodu determinować strategię epidemiczną, unieważniając wszystkie sceptyczne wobec niej argumenty, oparte na logice czy badaniach; uznał również, kompletnie bezpodstawnie, że istnieje bezpośredni związek między jego sytuacją a tematami będącymi przedmiotem mojej krytyki. Czyli że, dajmy na to, wyłączenie muzeów przekłada się realnie i wymiernie na liczbę osób w szpitalach. Nie zwrócił uwagi na to, że w szpitalu znalazł się mimo obowiązywania od dawna wielu ograniczeń.

Wielokrotnie spotykam się też z zarzutem, że osobiste zetknięcie się z chorobą z pewnością wpłynęłoby na moje poglądy. Owszem, tak czasem bywa, że ktoś zmienia pogląd na jakąś kwestię, gdy zetknie się z nią osobiście. Jeżeli jednak to zetknięcie nie prowadzi do racjonalnych wniosków, wynikających z dostrzeżenia jakichś generalnych zasad, o których się wcześniej nie wiedziało, a jedynie wpływa na emocje – to znaczy, że taki ktoś wyznawał wcześniej pogląd nieprzemyślany, oparty także jedynie na emocjach.

Weźmy przykład dostępu do broni. Gdyby ktoś miał zmienić w tej sprawie zapatrywania tylko dlatego, że stał się ofiarą napadu z użyciem broni, znaczyłoby to, że jego wcześniejsza – ale także późniejsza opinia – nie mają żadnej wartości. Próby zastosowania takiej emocjonalnej „indukcji” widać na przykładzie dyskusji o broni w Stanach Zjednoczonych. Podczas gdy zwolennicy utrzymania relatywnie swobodnego do niej dostępu, tacy jak John R. Lott jr., analizują statystyki i wskazują na fundamentalne błędy oraz przekłamania oponentów, ci ostatni po każdej kolejnej strzelaninie nie starają się jej umieścić w kontekście liczb, opisujących szerszą sytuację, a jedynie odwołują się do czystej emocji: „A gdyby to spotkało kogoś z waszych bliskich?!”.

Przypomina mi się przypadek niegdysiejszego Generalnego Inspektora Transportu Drogowego w latach 2007-2016, Tomasza Połcia. Dzieje kariery tego pana – najpierw przez lata w policji, potem na czele GITD, z awansem policyjnym na nadinspektora w czasie, gdy nie pełnił czynnej służby (w tle były oskarżenia o polowanie na wyższe zaszeregowanie emerytalne), są same w sobie bardzo ciekawe, ale nie o nich teraz mowa. Otóż pan Połeć w 1991 r. przeżył (jadąc jako pasażer) bardzo poważny wypadek samochodowy. Można było później odnieść wrażenie, że w swoich działaniach kieruje się tamtą traumą – jednostkowe doświadczenie determinowało strategię w istotnej dla państwa dziedzinie. To za pana Połcia GITD rywalizowała bowiem z policją w polowaniach na kierowców m.in. nieoznakowanymi pojazdami, co zresztą budziło duże wątpliwości prawne.

Inny podobny przypadek to Krzysztof Brzózka, były już na szczęście dyrektor całkowicie zresztą zbędnej Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (pisałem o tym w 2018 r. na blogu WEI), autor najbardziej kuriozalnych pomysłów w rodzaju urzędowej ceny minimalnej na alkohol (co zresztą rząd PiS w jakiejś mierze zrealizował, ale przecież głównie ze względów fiskalnych). Także tutaj mieliśmy do czynienia z bezzasadnym rzutowaniem własnego doświadczenia na strategiczne propozycje.

Ten błąd czy, należałoby może raczej powiedzieć, ułomność jest naturalną ludzką cechą i aby ją przeskoczyć potrzebne jest swego rodzaju „odczłowieczenie” własnego sposobu rozumowania. Nie jest to łatwe i można zrozumieć, jeśli nie potrafią tego osoby na co dzień niezajmujące się analizowaniem i opisywaniem rzeczywistości. Gorzej, że tę cechę wykorzystują media, epatujące odbiorców takimi właśnie indywidualnymi doświadczeniami i tworzące wrażenie, że powinny one stanowić o tym, jakie przyjmuje się podejście do walki z epidemią, do reguł rządzących ruchem drogowym, do systemu prawa i tak dalej. Bardzo zaś już niedobrze, jeśli na tego typu argumentację powołują się decydenci.

To oczywiście nie oznacza, że doświadczenie indywidualne nie ma żadnej wartości dla rozpoznania rzeczywistości. Jasne, że ma – o ile potrafimy je uogólnić i o ile ma ono postać konkretnej informacji, a nie luźnych wrażeń i nic niewnoszących emocji. Jeżeli na przykład indywidualne doświadczenie lekarza jest takie, że z powodu przyjętych przepisów oddział, na którym przebywał pacjent z pozytywnym wynikiem badania na obecność koronawirusa, jest dezynfekowany absurdalnie długi czas i przez to jest wyłączony z użycia na długie godziny – to jest to wiedza cenna, jeśli tylko potwierdzimy, że w innych miejscach dzieje się tak samo. Z pewnością jest to przesłanka, aby taką weryfikację przeprowadzić.

Inny przykład: niedawno zdarzyło mi się, że mimo orzeczenia w mojej sprawie wyroku nakazowego już ponad rok temu z oskarżenia warszawskiej Straży Miejskiej, nie dostałem informacji ani o przekazaniu sprawy do sądu, ani o wyroku, a o sprawie dowiedziałem się dopiero, gdy komornik zajął wynikającą z werdyktu sądu (oraz oczywiście kosztów egzekucyjnych) sumę na moim koncie. To jest doświadczenie indywidualne – nie miałem pojęcia, czy można je jakoś generalizować. Udało mi się to jednak w małej skali potwierdzić, gdy opisałem tę historię znajomym na Facebooku, a kilku z nich stwierdziło, że zdarzyły im się sytuacje identyczne lub bardzo podobne. Tu zatem można by już wnioskować, że mamy do czynienia z pewnym schematem, a to z kolei mogłoby prowadzić do wniosku, że sprawą warto by się zająć na poziomie systemowym (wcześniej potwierdzając zasięg problemu). To jest więc przykład indukcji uzasadnionej (jakkolwiek na razie w niewielkiej skali).

Jednak – tu wracam do COVID-owych jeremiad – stwierdzenie „ciężko przechodziłem COVID, więc wszystkie, nawet najgłupsze restrykcje są słuszne, a każdy, kto je krytykuje, jest winien temu, co się dzieje” – mieści się poza obrębem logicznej argumentacji.

Inne wpisy tego autora

Niekompletna Strategia

Rząd ogłosił Strategię Demograficzną 2040, która ma być odpowiedzią na problem starzejącego się społeczeństwa i spadającej dzietności. Warsaw Enterprise Institute stoi na stanowisku, że zaprezentowane