Czas moralnego fast-foodu

Czas moralnego fast-foodu

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Od czasu do czasu warto zastanowić się nad źródłami politycznych patologii i populizmów. Politycznych w szerokim znaczeniu, czyli obejmujących całość życia społecznego, które przecież polityka reguluje i którego polityka w sensie arystotelesowskim dotyczy. Nie ma tu rzecz jasna jednej łatwej i prostej odpowiedzi, ale coś z różnych fragmentów, pojedynczych historii i analiz można jednak uzbierać.

W oczy rzuciła mi się właśnie informacja, że sąd w Lubinie skazał na 5 miesięcy aresztu człowieka, który wystawił na 40 minut psa na parapet i zamknął okno. O całkowitym zachwianiu proporcji w karaniu za znęcanie się nad zwierzętami w zestawieniu z karami za inne przestępstwa, w tym wobec ludzi, już pisałem, więc nie będę się tym tutaj zajmował. Mogę tylko stwierdzić, że wymierzanie kary bezwzględnego aresztu w sytuacji, gdy zwierzę się jedynie zestresowało, ale nic mu się nie stało, jest kompletną aberracją. Mam nadzieję, że ten nieprawomocny wyrok zostanie skutecznie obalony w apelacji.

Ta informacja skojarzyła mi się z sukcesem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zastanawiają się państwo zapewne, gdzie Rzym, a gdzie Krym i co jedno z drugim ma wspólnego. Otóż – ma. Klucza trzeba szukać w reakcjach publiki.

Gdy zaczynałem wiele lat temu krytycznie analizować przedsięwzięcie Owsiaka, od początku byłem za to wściekle atakowany. I tak jest do dzisiaj. Już wtedy zwróciłem uwagę, że Owsiak zawdzięcza swój sukces sprytnemu podsunięciu ludziom o całkowicie przeciętnej moralności, bynajmniej mało chętnych do poświęcania się dla innych, prostego i szybkiego sposobu na poczucie się lepszymi. Wrzucenie paru groszy do puszki czy kliknięcie kilka razy w internecie, żeby „dać na chore dzieci”, nie wymaga praktycznie żadnego wysiłku. Nawet tego, który musimy włożyć, jeśli chcemy wesprzeć czyjąś zbiórkę na konkretny cel. Wtedy bowiem czytamy jednak konkretną opowieść, czasem sprawdzamy, czy jest wiarygodna. W przypadku Owsiaka nic nie trzeba robić, bo wiadomo – Juras to Juras.

Jednocześnie niezwykle łatwo ustawić się w roli moralizatora i obrońcy dobrej sprawy. Tu już wchodzą gotowe klisze. Krytykujesz Jurasa? Pewnie jesteś pełnym hipokryzji katolem i wspierasz chciwego Rydzyka oraz bronisz księży pedofilów. Nie przesadzam, tak to zwykle idzie: po jednej chciwy Kościół, po drugiej – szlachetny Juras i biedne dzieciaczki, które bez niego po prostu by umarły.

Owsiak był w Polsce prekursorem takiego podejścia, choć metoda nie jest oczywiście sama w sobie nowa. Kupowanie sobie świadectwa moralności istniało zawsze, również w ramach chrześcijaństwa, z tą różnicą, że nigdy nie wymagało tak małego, właściwie zerowego wysiłku. Nigdy też nie było tak mocno odłączone od faktycznego, osobowego czynienia dobra.

Podobnie rzecz się ma z reakcjami na informacje o ukaraniu kogoś, kto skrzywdził zwierzę. O infantylizacji życia społecznego, której jednym z objawów jest uparte zacieranie zasadniczej różnicy pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem, również pisałem, więc i ten wątek pominę. Natomiast mechanizm reakcji jest identyczny jak w przypadku Owsiaka, a nawet jeszcze łatwiejszy, bo tu nie musi się wiązać z żadnym już wydatkiem finansowym. Wystarczy się oburzyć w mediach społecznościowych, nazwać winnego „zwyrolem” (proszę zauważyć ciekawą prawidłowość: „zwyrodnialcami” są nazywani bardzo łatwo ci, którzy choćby kopną psa, ale już nie złodzieje, dokonujący rozbojów, pobić czy nawet zabójstw), dołączyć do internetowej nagonki na niego. Jeśli zaś ktoś zakwestionuje wymiar kary, można go oskarżyć, że brak mu empatii i jest właściwie sam dręczycielem zwierząt, a małe kotki odziera ze skóry i zjada na surowo. Proste, łatwe, a człowiek doznaje miłego poczucia, że jest lepszy niż ta nieczuła hołota.

Czy z czymkolwiek innym mamy do czynienia w przypadku problemów na polsko-białoruskiej granicy? Kiedy epatowanie sytuacją dorosłych już nie wystarczyło i okazało się mało skuteczne, wjechały „dzieci z Michałowa”. Jak łatwo poczuć moralną wyższość, klepiąc frazesy o etycznych nakazach, o humanitaryzmie, o okrucieństwie władzy i człowieczeństwie, przywołując obrazki dzieci w podartych bucikach, które okrutni rządzący skazali pewnikiem na śmierć z głodu i chłodu w leśny ostępach.

Na identycznym mechanizmie opiera się kult klimatyzmu. Słynne zdjęcie (zresztą zmanipulowane) z białym niedźwiadkiem na krze, inne z żółwiem z wbitą bodaj w nos plastikową słomką (to dotyczy zakazu używania plastiku) – to elementy narracji mającej nas przekonać, że ewentualna zgoda na radykalne pogorszenie naszej sytuacji materialnej w imię walki o klimat nie jest kwestią racjonalnej kalkulacji, ale właśnie moralną powinnością. Każdy może do niej dołączyć w łatwy i bezproblemowy sposób, oburzając się na wykorzystywanie węgla, dołączając do fanów elektromobilności albo dając lajka na stronie nie tak znów już małej Greci Thunberg. Co ciekawe, nie mieszczą się w tym schemacie zdjęcia afrykańskich dzieci, pracujących przy wydobyciu metali ziem rzadkich, niezbędnych przy produkcji akumulatorów.

Ten mechanizm łatwego moralizatorstwa i prostego osiągania poczucia etycznego spełnienia wykorzystują i grupy interesu, i politycy, i organizacje pozarządowe. To ważny sposób na zjednywanie sobie poparcia oraz wychowywanie grup wręcz fanatycznie do jakiejś idei przywiązanych.

Gdyby drążyć dalej i zastanawiać się nad pierwotnymi przyczynami takiego stanu rzeczy, trzeba by dojść do degradacji i ograniczania pozycji Kościoła, który w zachodnim systemie wartości łączył jednak zawsze osiągnięcie moralnej satysfakcji z wysiłkiem – pracą nad sobą, wypełnieniem kompleksowych wytycznych, dotyczących swojego postępowania, próbami zbliżenia się choć trochę do bardzo wysoko postawionych wzorców, którymi były żywoty świętych. Lecz to już temat na całkiem inną opowieść.

Inne wpisy tego autora

Lempart i sprzątaczka

Przed siedzibą PiS przy Nowogrodzkiej w Warszawie miała miejsce symboliczna scena. Nieco już zepchnięta na margines i zapomniana wulgarna aktywistka Marta Lempart pojawiła się tam,

„Oświeceni” kontra „foliarze”

Sanitaryzm znów naciera, tym bardziej agresywnie, im większy pojawia się rozdźwięk pomiędzy polskim liberalnym stanowiskiem w sprawie walki z epidemią a rozwiązaniami przyjmowanymi przez niektóre