Fałszywe tropy polskiej anarchii. Polemika z Filipem Memchesem

Fałszywe tropy polskiej anarchii. Polemika z Filipem Memchesem

Doceniasz tę treść?

Na początku słowo wyjaśnienia. Ten tekst powinien właściwie ukazać się na łamach „Tygodnika TVP”, jest bowiem polemiką z tekstem zamieszczonym tam właśnie przez Filipa Memchesa, tak się jednak składa, że z powodu obecności na czarnej liście (której, według Jacka Kurskiego, nie ma) wszelkie podmioty związane z TVP są dla mnie niedostępne. Dlatego nie po raz pierwszy wykorzystuję blog WEI, aby odpowiedzieć na tekst pojawiający się gdzie indziej. Zresztą artykuł Memchesa „Gen Sarmatów wiecznie żywy” jest stuprocentowo zgodny z linią TVP, natomiast moje tezy nie bardzo. Telewizja publiczna zaś prowadzi, jak wiadomo, politykę ścisłego sanitaryzmu opinii: te niesłuszne, szczególnie gdy idzie o epidemię, nie mają tam przystępu.

Filip Memches – którego podejście do walki z epidemią nietrudno sobie odtworzyć na podstawie jego tekstu – stawia w nim kilka zaskakujących swoją naiwnością, ale też fałszywością tez. Podstawowa jest taka, że w protestach przeciwko polityce covidowej rządu przejawia się ten sam gen sobiepaństwa i anarchii, który przejawiał się w sarmatyzmie w okresie I Rzeczypospolitej. Mamy tu tak potężne nagromadzenie klisz i mitów, że na potrzeby ich demontażu trzeba by napisać sążnisty esej. Proszę więc Czytelników o wybaczenie, że wiele elementów potraktuję skrótowo.

Najpierw zatem trzeba zauważyć, że Memches chyba nie do końca rozumie terminy, których używa. Pisze konsekwentnie o sprzeciwie wobec państwowych restrykcji „konserwatywnych libertarian”, gdy tymczasem libertarianizm – kierunek myślowy, którego jednym z naczelnych ideologów była Ayn Rand, autorka słynnego „Atlasa zbuntowanego” – z zasady, przynajmniej w niektórych swoich nurtach, odrzuca w ogóle istnienie państwa. Trudno zatem mówić o konserwatywnym libertarianizmie – to oksymoron. Libertarianie nie mogliby walczyć o ograniczenie interwencji państwa, ponieważ znaczna część z nich z zasady walczy z państwem w ogóle. Konserwatyści natomiast nigdy państwa nie odrzucają, a jego istnienie uznają za konieczne. Memches miał zatem zapewne na myśli konserwatywnych liberałów, a to już całkiem inna para kaloszy. Tak też będę dalej zakładał w swojej polemice.

Memches tworzy zgrabną publicystycznie, ale całkowicie fałszywą tezę, jakoby dwoma biegunami tego samego zjawiska, a więc odtwarzania we współczesnej wersji szlacheckiego warcholstwa, była postawa prawicowych i lewicowych krytyków różnych działań państwa. Jako przykład po lewej stronie podaje protesty proaborcyjne albo akcję „wolne sądy”. To całkowite nieporozumienie. Lewica ze swojej definicji jest bowiem antywolnościowa. Jeśli tylko prześledzimy rzetelnie jakikolwiek lewicowy wątek – czy dotyczący „równości” płci albo orientacji seksualnych, czy polityki miejskiej, czy klimatycznej, czy czegokolwiek innego – jego ostatecznym celem nie jest wolność, ale przeciwnie: zniewolenie. Lewica ostatecznie zawsze opowiada się za wzięciem za pysk wszystkich, którzy z jej kursem się nie zgadzają. Nie ma w tym ani krzty wolnościowego podejścia.

Jednak największe fałsze popełnia Memches w dwóch kolejnych kwestiach: opisie obecnej sytuacji oraz opisie sarmatyzmu w I Rzeczypospolitej. Zacznę od tego pierwszego wątku.

Memches – co wywnioskowałem również z toczonej z nim dyskusji na Facebooku – jest dość słabo zorientowany w tym, co się właściwie w Polsce od dwóch lat dzieje. W jego tekście nie pojawia się w żadnym miejscu kwestia permanentnego łamania prawa przez rządzących, co wyczerpująco zreferował choćby polecany już przeze mnie w różnych miejscach znakomity raport Ordo Iuris. Memches upraszcza sobie zadanie – zakładam, że właśnie z nieświadomości, nie zaś ze złej woli – prezentując antyrestrykcyjny front jako połączenie warcholskiego populizmu z ruchami antyszczepionkowymi. Umknęło mu, że od kilkunastu miesięcy sądy uchylają kary, nakładane na obywateli w związku z rządowymi rozporządzeniami. Że prawnicy w zasadzie jednogłośnie wskazują na bezprawność obowiązujących rozwiązań. Że mamy do czynienia z chaosem i prowizorką prawną na poziomie dotychczas w III RP niewidzianym. A do tego, że zdecydowana większość rządowych rozwiązań jest po prostu gwałtem na logice. No i jest przyjmowana bez żadnego oparcia w badaniach, co, nawiasem mówiąc, kompletnie zaprzecza tezie Memchesa, że krytycy tych działań „przeczą nauce”. Memches po prostu nie wie, co mówi „nauka” na przykład o skuteczności tzw. NPI, czyli lockdownów, restrykcji i podobnych rozwiązań. Nie wie również najwyraźniej, że to właśnie krytycy polityki covidowej najczęściej posługują się dla uzasadnienia swoich tez badaniami naukowymi. Profile w mediach społecznościowych takich osób jak doktorzy Paweł Basiukiewicz czy Mikołaj Kamiński są zapełnione odniesieniami do najbardziej prestiżowych naukowych periodyków. Rozumiem, że Memches tej debaty nie śledzi, ale może w takim razie nie powinien o niej pisać?

To ważne, ponieważ stawia opór wobec rządowej polityki, w całkiem odmiennym świetle niż chciałby autor tekstu w „Tygodniku TVP”. Znaczna część krytyków nie tylko nie walczy z państwem, ale przeciwnie: walczy o to, żeby polskie państwo nie robiło z siebie pośmiewiska, a także o to, żeby gwarantowane konstytucją, ale też ustawami prawa obywatelskie nie były nieustannie łamane. Jednak żeby to zobaczyć, trzeba wyjść ze sfery kilku klisz, którymi żonglują rzecznik Ministerstwa Zdrowia, szef tego resortu oraz paru lekarzy celebrytów. Trzeba także choć trochę orientować się w kwestiach prawnych i uczynić ten wysiłek, aby zajrzeć do aktów podpisywanych początkowo jeszcze przez byłego ministra zdrowia, a potem już przez pana premiera. Tego – jestem pewien – Memches nie uczynił.

Czy domaganie się, aby prawa obywateli nie były nieustannie naruszane, żeby nie była gwałcona zasada ne bis in idem (zbiegi grzywien nakładanych z kodeksu wykroczeń i kar administracyjnych), zakwestionowana jeszcze w 2016 r. przez Trybunał Konstytucyjny (K 45/14), żeby ograniczenia podstawowych praw obywatelskich były nakładane jedynie w drodze ustawy, żeby faktyczny stan nadzwyczajny nie był przeciągany w nieskończoność – czy to wszystko jest dążeniem do anarchizacji, czy może raczej właśnie do zachowania choćby resztek porządku prawnego? Kto tu tak naprawdę anarchizuje państwo – krytycy rządu czy sam rząd?

Memches wydaje się mieć do tej sytuacji – z której złożoności najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy – podejście niezwykle niebezpieczne. Uważa mianowicie, że wybuch epidemii uzasadnia wszystkie działania podejmowane pod hasłem walki z nią. Nieważne, jakie są ich długoterminowe skutki, jak bardzo niszczą one ład prawny albo w jak wielkim stopniu wzmacniają inwigilacyjne kompetencje państwa. Przywodzi to na myśl coraz częściej pojawiające się w ustach polityków obozu władzy – i chyba powtarzane mimo wszystko bezmyślnie – stwierdzenie, że „w walce z covidem wszelkie działania są uzasadnione”. Naprawdę – wszelkie? Czyli na przykład bezprawne pozbawienie milionów obywateli wolności na modłę chińską, poprzez zaspawanie drzwi do mieszkań – również?

To wszystko jednak blednie wobec niesprawiedliwości, jakie Memches wyrządza obywatelom I RP. Pisząc o sarmackiej anarchii, posługuje się wyłącznie najbardziej zgranymi stereotypami. Pisze na przykład o „dziedzictwie XVI–XVII wiecznej przeszłości”. W XVI w. oraz przez sporą część wieku XVII Rzeczpospolita stałą u szczytu potęgi, a w wieku XVI problemem nie była anarchizacja państwa przez szlachtę, ale przekazywanie coraz większych wpływów przez monarchów magnaterii. To temu sprzeciwiał się zainicjowany przez średnią szlachtę w latach 50. szesnastego stulecia ruch egzekucyjny.

Gdy po śmierci Zygmunta Augusta w roku 1572 polskie państwo stanęło wobec braku dziedzica korony z dynastii Jagiellonów, okazało się wystarczająco zdyscyplinowane i niejako samorzutnie zorganizowane, aby doprowadzić do przeprowadzenia pierwszej wolnej elekcji. Mało tego, gdy nowo obrany król, Henryk Walezy, czmychnął do rodzinnej Francji po zaledwie kilku miesiącach panowania, udało się uniknąć wojny domowej – która wisiała na włosku – i ostatecznie już na znacznie dłużej na polskim tronie zasiadł, po zawarciu małżeństwa z Anną Jagiellonką, Stefan Batory. Warto uświadomić sobie ten niezwykły dziejowy moment i podetknąć go pod nos wszystkim, którzy – jak Memches – powielają klisze o straszliwej polskiej anarchii. Oto polskie państwo, postawione w bardzo krótkim czasie przed niesamowitym wyzwaniem, które prawdopodobnie obaliłoby porządek wielu ówczesnych królestw, zdołało ostatecznie uniknąć gorącego wewnętrznego sporu i po krótkim czasie napięcia osiągnęło stabilność.

Memches pisze o „zrywaniu sejmów”, najwyraźniej nie pamiętając, że pierwsze zerwanie sejmu przez Władysława Sicińskiego, uznawane za początek instytucji liberum veto, nastąpiło dopiero w 1652 r. i później przez długi czas ten wybieg nie był w użyciu. Akcja Sicińskiego została zresztą przez posłów natychmiast potępiona.

Przypomnijmy wreszcie wydarzenie, którego 400-lecie obchodziliśmy w tym roku. To tzw. wojna chocimska, wspaniale opisana w poemacie Wacława Potockiego. To kolejny przykład odpowiedzialności polskiej szlachty. Wobec zagrożenia tureckiego nie tylko udało się uchwalić w sejmie ogromne podatki, ale też wyprawa chocimska była w dużej mierze oddolnym ruchem szlachty, porwanej poczuciem patriotyzmu i rozumiejącej potrzebę obrony państwa. Króla w obozie pod Chocimiem nie było. Życia dokonał tam strategiczny geniusz Jan Karol Chodkiewicz. Wyprawa zakończyła się pokojem względnie korzystnym dla Rzeczypospolitej. Twierdzenie, że szlachta tamtej doby była warcholska i anarchiczna jest zwyczajnie obraźliwe dla obywateli Rzeczypospolitej.

Memchesowi umyka również, że wyrodzenie się republikanizmu szlachty w anarchię – co w pełni obserwujemy dopiero w XVIII w. – w dużej mierze było spowodowane rosnącymi wpływami magnaterii, na której z kolei coraz chętniej opierali się kolejni polscy władcy. Tymczasem Memches powtarza kolejną kliszę: że królowie chcieli dla siebie większej władzy i to było dobre, a zła szlachta była temu przeciwna.

Polecałbym Memchesowi uważną lekturę znakomitego dzieła Jacka Kowalskiego „Sarmacja. Obalanie mitów”. Historyk sztuki z UAM, zarazem wybitny pieśniarz, poeta i tłumacz oraz niewątpliwie jeden z najwybitniejszych znawców dziejów Sarmacji, rozprawia się tam z samym pojęciem sarmatyzmu, wynalezionym – jako określenie pejoratywne – dopiero w postępowym XVIII w. Książka, za którą jej autor otrzymał w 2017 r. – w pełni zasłużenie – nagrodę literacką im. Józefa Mackiewicza, prześwietla mnóstwo łatwo i bezrefleksyjnie przyjmowanych klisz na temat sarmatyzmu, w tym w zasadzie wszystkie użyte przez Memchesa.

Żeby było śmieszniej, tekst w „Tygodniku TVP” został zilustrowany ryciną „Grupa opozycji na sejmiku” Jana Piotra Norblina – przypomnijmy: naturalizowanego Francuza, który do Polski trafił dopiero w roku 1774, a więc już po I rozbiorze. Tymczasem właśnie o Norblinowskich wizerunkach szlachty, które ugruntowały stereotypy, do których odwołuje się Memches, pisze w swoim dziele Kowalski.

Ale też niemal wszystkie te obrazki wyszły spod ręki jednego człowieka i pochodzą z jednego czasu – okresu upadku Rzeczypospolitej i prób oświeceniowej naprawy, której zaszczepiano „antysarmackie”, propagandowe żądło. Obrazki wymalował francuski malarz i grafik Jan Piotr Norblin, który obyczaje nasze brał za fascynujące, bo egzotyczne. Miał zaś wybitny dar obserwacji połączony z satyrycznym zacięciem, a poza tym trzymał stronę swoich pracodawców, czyli Czartoryskich, którzy do motłochu szlacheckiego czuli odrazę, ale ze względu na własny interes polityczny na sejmikach pojawiali się obowiązkowo. Żeby przeważyła ich kandydatura, musieli ściągać najgorszy i najuboższy szlachecki motłoch i upijać go, inaczej ów motłoch (zazwyczaj jednak w sejmikach nieuczestniczący) nie zagłosowałby za nimi, albo raczej w ogóle nie przybyłby na sejmik.

To właśnie Jan Piotr Norblin uwiecznił. Zresztą nie zrobił tego jakoś specjalnie nieuczciwie. Kiedy pokazywałem jego obrazki pewnemu Niemcowi, sędziemu z zawodu, objaśniając, że oto ma przed sobą soczysty wizerunek polskiej anarchii w dziedzinie prawa, czyli skandal i w ogóle (szanownych czytelników proszę o wybaczenie: młody byłem, a pokazywałem, iżby w naiwności swej pochwalić się narodową demokracją i egzotyką zarazem)… Pokazuję zatem i komentuję, a ów skrupulatny Niemiec patrzy – i mówi: ale jaka tu anarchia, jaki skandal? Tu jest stół, tu jest pisarz, tu głosowanie, tu dyskutanci. Dyskusja może i ostra, owszem, ale co z tego? Tłumaczyłem, że dochodziło do gołych szabel. No tak, ale to się wszędzie może zdarzyć, a tak właściwie, to gdzie te gołe szable? Patrzymy, patrzymy i nie możemy ich znaleźć, wszystkie w pochwach. Wreszcie – o! jest jedna rycina na kilkanaście, gdzie kędyś w tle są ze dwie gołe szable. Dlaczego tylko tyle?

Bo tak. Bo siekanie zdarzało się, ale regułą się nigdy nie stało. Przez dwieście lat historii sejmików były one przede wszystkim stosunkowo nudnym, biurokratycznym elementem kontrolowania władzy, czyli króla i sejmu, przez obywateli.

Filipa (którego znam od lat) zachęcam, żeby przed napisaniem kolejnego tekstu postarał się jednak bardziej zgłębić temat i wyszedł poza własne myślowe schematy.

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: Liberalne wiatraki

Zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE? I jak bardzo podnieść ceny? Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE