Fit For 55, czyli myślmy Mackiewiczem

Fit For 55, czyli myślmy Mackiewiczem
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Józef Mackiewicz był człowiekiem – i pisarzem – bezkompromisowym. To było widać szczególnie w jego stosunku do komunizmu, który odrzucał całkowicie i bez reszty jako system jego zdaniem piekielnie destrukcyjny. Widać to w takich jego książkach jak choćby „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy”, o której niektórzy mogliby powiedzieć, że zapamiętały antykomunizm przeszkadzał Mackiewiczowi trzeźwo widzieć niektóre sytuacje i zjawiska. Te zastrzeżenia, które wyrażał między innymi o. Józef Maria Bocheński (aczkolwiek bardzo delikatnie), można nawet uznać za zasadne. Nie sposób jednak nie przyznać Mackiewiczowi jednego: jeżeli nawet wnioski szły zbyt daleko, to wynikały one z prawidłowego rozpoznania natury komunizmu. Mackiewicz rozumiał, że kompromis z tym systemem musi prowadzić do zniszczenia zachodniej cywilizacji.

Przypominam tu Mackiewicza, ponieważ podobny dylemat staje dzisiaj przed tymi – także przede mną – którzy ogarniając szerszy obraz, zadają sobie pytanie, co począć wobec inwazji zielonej komuny. Nie waham się używać tego określenia zwłaszcza od momentu, gdy kilka dni temu Frans Timmermans przedstawił program zwany z niewiadomego powodu Fit For 55 (FF55).

Do programu Timmermansa (tak naprawdę całej Komisji Europejskiej, ale twarzą został jej wiceprzewodniczący) można podejść na trzy sposoby. Jeden z nich trzeba od razu odrzucić jako czysto ideologiczny i abstrahujący kompletnie od analizy tego, co proponują nam eurokraci. To stosunek bezmyślnie entuzjastyczny, który i w Polsce u niektórych zdążył się już objawić.

Każdemu, kto zrozumiał, co FF55 oznacza, może się to wydawać nieprawdopodobne, ale tak – są ludzie, którzy na każdą wzmiankę o Zielonym Ładzie i „walce o planetę” reagują całkowicie bezmyślnym entuzjazmem. Nie chcę tu powtarzać truizmów – że ekologizm stał się nową religią i że jego zwolennicy wykazują się fanatyzmem porównywalnym z tym, jakim mogą się wykazywać wyznawcy religijnej sekty. W przypadku FF55 jest to jednak o tyle uderzające, że nawet pobieżna lektura planu podnosi włosy na głowie. Tu nie mamy do czynienia z konsekwencjami, które trzeba sobie dopiero wyprowadzić z ogólnych założeń, jak to dotąd bywało z planami unijnego ekoszaleństwa. Tu czarno na białym dostajemy program, którego skutki są nie tylko oczywiste, ale wprost zapowiadane przez jego twórców: w imię walki o klimat wszystko ma być droższe. I to nie trochę droższe, ale wprost horrendalnie drogie. Wystarczy zrozumieć, co oznaczałoby objęcie systemem handlu emisjami (ETS) transportu drogowego.

Jeżeli zatem ktoś nadal uważa, że wzrost kosztów utrzymania dla przeciętnego polskiego gospodarstwa domowego o – tu mamy dopiero wstępne szacunki – powiedzmy 50 albo i więcej procent to nic strasznego i można się na to zgodzić, bo klimat – to taki ktoś jest albo bezrozumnym fanatykiem, gotowym poświęcić życie nie tylko nasze, ale i naszych dzieci, albo jakimś agentem wpływu. To jest granica – nawet ci, którzy na co dzień opowiadają się za najbardziej zielonymi ideami, powinni tutaj zaoponować.

Drugi sposób podejścia do sprawy to – zdaniem jego zwolenników – realizm połączony z pragmatyzmem. Nawet wymeldowanie się z UE – powiadają – nic nam nie da, bo przecież częścią FF55 jest graniczny podatek węglowy. Trzeba zatem zacząć negocjować, żeby ostateczne warunki były dla nas jak najkorzystniejsze, a najgorsze rozwiązania zostały w miarę możliwości w ogóle odrzucone. Jest to więc praktyczna realizacja maksymy if you can’t beat them, join them. Odwołując się do Mackiewiczowej analogii byłoby to dogadanie się z komunizmem w taki sposób, żeby być w stanie jakoś z nim koegzystować i osiągnąć status Finlandii, ewentualnie Jugosławii.

Do momentu ogłoszenia FF55 gotów byłem zgodzić się, że pod pewnymi warunkami ta postawa ma sens. Jednak FF55 ten sens moim zdaniem całkowicie przekreśla. Nawet uznając, że przedstawione założenia są wywindowaną pozycją negocjacyjną KE, która przejdzie jeszcze przez Radę UE i Parlament Europejski, są one tak skrajnie radykalne, że również ich ewentualnie złagodzone wersje (czego przecież nie możemy być pewni) będą dla Europy, w tym zwłaszcza dla Polski, rujnujące.

Dlatego staję się zwolennikiem trzeciego podejścia, czyli potraktowania zielonego wariactwa UE tak jak Mackiewicz traktował komunizm: jako opartego na ideologii zła, z którym kompromisu się nie zawiera. To nie znaczy, że należy odrzucić wszystkie pomysły na dbanie o środowisko naturalne – absolutnie nie. Należy natomiast odrzucić ekologizm jako całościowy sposób myślenia. Jako koncepcję urządzenia nam życia. Trzeba przywrócić właściwą hierarchię: najpierw są ludzie i ich potrzeby, a dopiero potem inne sprawy. 

Mówimy tu bowiem o planie faktycznie na miarę tego leninowskiego – przynajmniej jeśli chodzi o skutki, bo jednak Timmermans nie stworzył jeszcze 50 tomów podwalin teoretycznych dla swoich koncepcji. Mieliśmy jednak jego jasną deklarację, że to narzucany ludziom program inżynierii społecznej. Timmermans nie użył tego konkretnego sformułowania, ale powiedział wyraźnie, że ten program ma zmienić styl życia każdego obywatela UE. Ważne jest, aby zobaczyć tę wyjątkowo butną deklarację w całej jej brutalności.

Oto polityk, niemający nawet skrawka demokratycznej legitymacji – KE jest bowiem mandatu demokratycznego pozbawiona, a sposób jej wyłaniania jest z tego punktu widzenia więcej niż wątpliwy – przedstawia wymyślony, nie wiadomo właściwie przez kogo, plan, który ma potężnie uderzyć w każdego obywatela UE. Uderzyć najbardziej bezpośrednio.

Proszę sobie wyobrazić, że nagle ktoś przychodzi i odbiera państwu połowę waszego dochodu, stwierdzając, że tak trzeba, bo chodzi o klimat. Nie stać was już na wakacje (nie tylko za granicą, ale nawet nad polskim morzem), na podróżowanie, mięso jecie raz w tygodniu, chodzicie w starych ubraniach, wieczorami siedzicie przy jednej lampie, a cała rodzina myje się w raz napełnionej wannie. Nie fantazjuję i nie przesadzam – dokładnie takie mogą być skutki FF55, szczególnie w krajach nowej Unii. To, czego się dorobiliśmy, nasz względny, raczkujący dobrobyt, diabli wezmą. Większości ludzi nie będzie już stać na nic po opłaceniu najbardziej podstawowych potrzeb. Czy tu naprawdę jest jakieś pole do kompromisu? Ja go nie dostrzegam.

Trzeba to powiedzieć wprost: mamy do czynienia z szaleństwem. Z ordynarną, brutalną próbą odebrania nam tego, co udało nam się z wielkim mozołem osiągnąć po wyjściu z komuny. Teraz komuna wraca, tyle że przemalowana na zielono.

Ten plan nie broni się jednak również z czysto metodologicznego punktu widzenia. Prezentując tak daleko idące koncepcje, należałoby jednocześnie przedstawić szczegółowe wyliczenia skutków ich wprowadzenia w życie – i to nie dla UE jako całości, ale dla poszczególnych krajów członkowskich, aby była jasność, kto i w jakim stopniu ucierpi najbardziej. Tego oczywiście nie dostaliśmy. Oczywiście – bo gdyby Francuzi mieli się dowiedzieć, o ile może u nich podrożeć benzyna, a Polacy – ile mogą wkrótce zapłacić za prąd i ogrzewanie, moglibyśmy mieć natychmiast duży bunt na pokładzie.

Nie można tych rozważań zakończyć bez sięgnięcia po bardziej ogólne wnioski. FF55 jest bowiem – to powinno być jasne dla każdego realisty – poważnym przyczynkiem do dyskusji o dalszej opłacalności naszej obecności w UE. Podstawą do takich rozważań powinno być wyliczenie bilansu korzyści i strat w najbliższych 20 latach (choć w dużej mierze szacunkowe, bo nie znamy przecież kształtu kolejnej perspektywy budżetowej). Obecność w UE to rzecz jasna nie tylko pieniądze, lecz również miękkie korzyści polityczne – ale czy naprawdę jest ich nadal tak wiele? Realistycznie myślący polityk czy analityk nie może zakładać przynależności do tej, czy innej organizacji na zawsze i bez względu na konsekwencje. Patrząc na FF55 można sobie zadać pytanie: gdzie leży granica? Czy jeżeli za sprawą unijnych pomysłów poziom życia Polaków ma się radykalnie obniżyć, naprawdę gra jest wciąż warta świeczki?

Weźmy też pod uwagę aspekty polityczne. KE, działająca bez legitymacji demokratycznej, może coraz śmielej forsować kolejne szalone rozwiązania. TSUE może coraz bardziej poszerzać swój zakres kompetencji, a w ramach wymuszania posłuszeństwa pieniądze dla Polski mogą zostać wstrzymane – bo na to przecież zgodził się polski rząd.

FF55 powinno być swego rodzaju granicą, powinno pomóc przełamać opór myślowy, choć u części spośród tych, którzy dotąd uważali, że wariant istnienia Polski poza UE jest intelektualnym tabu. Nie jest i dla realisty nigdy nie powinien być.

Inne wpisy tego autora

Pałac Saski za 2,5 miliarda

Po raz pierwszy pan prezydent Andrzej Duda wystąpił z pomysłem odbudowy Pałacu Saskiego (który to pomysł sam w sobie nie był nowy) podczas uroczystości 11