„…i nikt z tym nie ma problemu”

„…i nikt z tym nie ma problemu”

Doceniasz tę treść?

Jakiś czas temu miałem przyjemność uczestniczyć w dyskusji w Polsat News z dr. Arturem Bartoszewiczem z SGH. Dyskusja dotyczyła różnego rodzaju covidowych restrykcji, w tym przede wszystkim roli certyfikatów covidowych. Poglądy pana doktora znałem już z innej debaty, także w Polsat News, i wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Dr Bartoszewicz jest bowiem zdecydowanym zwolennikiem sanitarystycznego podejścia, który na własne zajęcia nie wpuszcza osób niezaszczepionych. Biorąc pod uwagę, że SGH jest uczelnią państwową, jest to złamanie prawa.

W pewnym momencie ekonomista użył argumentu, na który musiałem zareagować. Powiedział mianowicie, że „w Austrii, we Włoszech” i w paru innych krajach wstęp w wiele miejsc jest zastrzeżony dla osób legitymujących się dowodem zaszczepienia „i nikt nie ma z tym problemu”. Wskazałem w swojej replice, że nie jest prawdą, iż „nikt nie ma problemu”, ponieważ we wszystkich wskazanych przez interlokutora krajach dochodziło i nadal dochodzi do masowych protestów przeciwko polityce covidowej. Na co dr Bartoszewicz stwierdził, że owszem, dochodzi, „ale to jest margines”. Czy margines, czy nie – można się spierać. Nawet, jednak gdyby uznać, że protestuje mniejszość, i tak obala to całkowicie argument „nikt z tym nie ma problemu”.

Tym właśnie sposobem argumentacji warto się zająć, bo pojawia się wielokrotnie jako skrajnie obłudny środek erystyczny, nie tylko w dyskusjach o epidemii. Ileż to razy czytałem, że gdzieś na przykład odbiera się samochody za zbyt szybką jazdę „i nikt nie ma z tym problemu” (no, może poza tymi, którymi auto odebrano). Albo, że gdzieś podatki są znacznie wyższe „i nikt nie protestuje”. Czasami nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby stwierdzić, że takie argumenty są całkowicie nieprawdziwe. Jeśli mówimy o tym, że gdzieś za granicą „nikt nie ma problemu” z zaostrzaniem zasad ruchu drogowego, przypomnijmy masowe demonstracje we Francji w 2018 r., gdy rząd ogłosił obniżenie limitu prędkości na wszystkich drogach poza obszarem zabudowanym z 90 do 80 km na godz. W całej Francji drogi blokowały wówczas dziesiątki tysięcy zwykłych kierowców.

Jednak argument „nikt nie ma z tym problemu” jest obłudny na wielu poziomach. Przede wszystkim stosuje się tu największy możliwy kwantyfikator „nikt”, a czasem dodaje do niego kolejne: nigdzie, nigdy. Z punktu widzenia logiki formalnej nawet jeden wyłamujący się przypadek oznacza już fałsz tej argumentacji. Trudno zaś założyć, że w przypadku wprowadzania jakichkolwiek restrykcji czy ograniczeń w jakimś państwie faktycznie absolutnie nikt nie będzie miał z nimi problemu, nikt nie będzie ich kwestionował i przeciwko nim się wypowiadał. Jest to najzwyczajniej niemożliwe, a używanie w dyskusji kwantyfikatorów typu „nikt”, „nigdzie”, „nigdy” albo „wszyscy”, „wszędzie”, „zawsze” – z zasady unieważnia argumentację.

Można by ostatecznie uznać z dużą dozą dobrej woli, że jest to rodzaj chwytu retorycznego bądź skrótu myślowego. Jednak stosujący go niemal nigdy nie mają głębszej wiedzy o sytuacji w państwie, które podają jako przykład. Przypominam sobie dyskusję o zakazie niedzielnego handlu, gdy w Polsce nadszedł czas, w którym objął on już każdą niedzielę. Dla zwolenników tego fatalnego rozwiązania wzorem stały się Niemcy. I oczywiście pojawiał się nieustannie argument, że tam z zakazem otwierania sklepów w niedziele „nikt nie ma problemu”. Kłopot w tym, że dokładnie w tym właśnie czasie przez niemieckie media – czego dowiedziałem się od osób znacznie lepiej ode mnie zorientowanych w niemieckiej debacie publicznej – przetaczała się dyskusja o tym, czy zakaz nie jest zbyt szczelny i czy nie powinien zostać poluzowany z powodów gospodarczych.

Żeby uznać, iż sformułowanie „nikt nie ma problemu” jest rodzajem od biedy zasadnego skrótu myślowego, trzeba by mieć dogłębną wiedzę o tym, jakie tematy pojawiają się w debacie publicznej w danym kraju: w programach publicystycznych, w tekstach w gazetach albo nawet na internetowych forach czy w mediach społecznościowych. Dopiero mając te informacje, można by uznać, że dana kwestia jest marginalna.

Przede wszystkim zaś trzeba pamiętać, że sposób argumentacji, który roboczo nazwałem „argumentem z Niemiec” (bo jakoś tak się składa, że to Niemcy najczęściej stają się wzorem do naśladowania, w tym dla zwolenników obsesyjnie antyniemieckiej polityki), jest całkowicie bezwartościowy. Z faktu, że gdzieś przyjęto jakieś rozwiązanie, że ono tam funkcjonuje, a państwo wymusza jego stosowanie, nijak nie wynika, że jest to rozwiązanie, które warto przenosić do Polski, które do Polski przenieść by się w ogóle dało, a, zwłaszcza że jest to rozwiązanie dobre i pożądane.

Dlaczego trzeba o tym przypominać? Z dwóch powodów.

Po pierwsze dlatego, że w polskiej debacie granie na kompleksach wobec innych nacji zawsze dobrze się sprzedawało (co najmniej od XVIII w.), a to wyjątkowo szkodliwy sposób prowadzenia dyskusji. Ileż to razy można przeczytać, że „na całym cywilizowanym świecie” jest to i to, tylko w Polsce jeszcze nie. Te rzekomo powszechne wynalazki „cywilizowanego świata” to i lockdowny, i przymus szczepień na covid, i wszelkiego rodzaju utrudnienia dla kierowców, i homomałżeństwa, i sto innych bardzo wątpliwych rozwiązań.

Po drugie, ponieważ dyskusja jest do imentu zachwaszczona marnymi erystycznymi chwytami, z którymi trzeba walczyć. Nawet jeśli wydaje się to walką z wiatrakami.

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: Liberalne wiatraki

Zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE? I jak bardzo podnieść ceny? Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE