Interwencje behawioralne to obłuda polityków

Interwencje behawioralne to obłuda polityków
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Czy oddziaływanie behawioralne na obywateli jest pożądaną, łagodną i sensowną formą wpływania na ich zachowania przez państwo czy też niedopuszczalną tresurą? W tej dyskusji publicyści z kręgu WEI starli się z ekipą Klubu Jagiellońskiego. Przypomnę: najpierw był tekst Sebastiana Stodolaka w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, dla którego punktem wyjścia była koncepcja zielonych certyfikatów cyfrowych, szerzej znanych jako paszporty covidowe. Potem głos zabrał Łukasz Baszczak z KJ, do czego z kolei odniosłem się ja na blogu WEI. Teraz obszerną analizę problemu opublikował Marcin Kędzierski.

Tekst Marcina Kędzierskiego jest zasadniczo uczciwy i nie tyle wyraża stanowisko, ile referuje różne aspekty sprawy. Przyznać też trzeba, że autor uczciwie w nim stwierdza, iż ostatecznie nasz stosunek do interwencji behawioralnych sprowadza się do naszych przekonań o zakresie i granicach osobistej wolności oraz o tym, co wolno państwu w tej dziedzinie. To stanowisko trzeba docenić, bo dr Kędzierski nie ucieka się tutaj – co dzisiaj rzadkie – do zabiegu opartego na twierdzeniu, że jeśli coś jest „naukowe”, to jest z zasady słuszne. A interwencje behawioralne mają faktycznie podstawy w nauce (pisanej bez cudzysłowu) w tym sensie, że opierają się na przebadanych reakcjach ludzi na określone bodźce oraz powtarzających się wzorcach zachowań.

Kędzierski dostrzega również, że nachalne próby nakłonienia obywateli do szczepień mogą być kontrproduktywne, a także – to już naprawdę rzadkość – wskazuje na źródła możliwych i zrozumiałych wątpliwości części ludzi dotyczących szczepionek. To także zasługuje na pochwałę, bo jest rzadkie w dobie proszczepionkowego zelotyzmu.

Są jednak w tekście Kędzierskiego miejsca wciąż pobudzające do polemiki.

Pierwsza sprawa to nieodniesienie się do jednego z zasadniczych podnoszonych przeze mnie argumentów przeciwko behawioralnej tresurze obywateli. Przypomnę: założenia do takiej tresury zawsze będą oparte na decyzjach konkretnych urzędników i polityków, którzy mają nie tylko własne przekonania, ale też różne, nie zawsze uczciwe, układy i interesiki. Kędzierski, podobnie jak większość zwolenników państwowych interwencji różnego rodzaju, wydaje się idealizować państwo i postrzegać je jako jednolity byt dysponujący zbiorową mądrością, podczas gdy jest to konstrukcja złożona z konkretnych osób i od ideału bardzo daleka, a już szczególnie w polskich warunkach. Jest to zresztą w ogóle jeden z najmocniejszych argumentów przeciwko inwazji państwa w nasze życie.

Jeżeli na przykład weźmiemy kwestię podatku cukrowego, to jasne jest, że ktoś spośród producentów na tym straci, a ktoś zyska lub straci niewiele. Takie skutki analizowały zresztą WEI oraz Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Wiadomo, że polski podatek został skonfigurowany w taki sposób, że uderzył m.in. w rodzimych producentów soków. Trudno w tej sytuacji nie zadać sobie pytania, czy ktoś tu nie manipulował świadomie zakresem interwencji behawioralnej, żeby komuś było łatwiej, mówiąc brutalnie, kręcić na tej sytuacji lody. Ignorowanie takich wątpliwości sprawia, że analiza Kędzierskiego jest mocno niepełna.

Druga kwestia to wymieniane przez dr. Kędzierskiego poziomy interwencji państwowej (drabina interwencji), gdzie na pierwszym i drugim miejscu są wyeliminowanie wyboru (w praktyce zakaz lub nakaz) oraz ograniczenie wyboru (wprowadzenie norm, które muszą zostać spełnione). Otóż działanie państwa – które, tu zgoda z Marcinem Kędzierskim, czasami, oby jak najrzadziej, musi interweniować – powinno się ograniczać do tych dwóch kategorii. Kędzierski natomiast prezentuje drabinę interwencji jako jeden logiczny ciąg i to jest jego zasadniczy błąd. Pomiędzy metodami twardymi a miękkimi jest gigantyczna, absolutnie fundamentalna różnica. Dlaczego?

Otóż pełną odpowiedzialność państwo i konkretni politycy biorą za swoje działania jedynie wówczas, gdy są to działania jasne i czytelne – a takim jest wprowadzenie zakazu czy nakazu. Szczepienia to świetny przykład: rząd musiałby być odważny i gotowy do wzięcia na siebie odpowiedzialności politycznej i finansowej, gdyby miał wprowadzić obowiązek szczepień – tego jednak nie robi. Widać tu zasadniczą niekonsekwencję: albo szczepienia są tak kluczowe i niezbędne, jak twierdzą politycy rządzącej partii, a zatem nie ma powodu, żeby nie wprowadzić przymusu, albo nie są kluczowe, a w takim razie nie ma powodu, żeby wprowadzać jakiekolwiek elementy dyskryminacji, pozytywnej czy negatywnej.

To jeden z najważniejszych argumentów przeciw behawioralnej tresurze obywateli: jeżeli państwo (a faktycznie rządzący nim politycy) uznaje jakąś sprawę za dostatecznie ważną – powinno zadziałać zdecydowanie i zero-jedynkowo; jeśli tak nie działa, to najwyraźniej sprawa ta nie jest aż tak ważna, a w takim razie państwo w ogóle nie powinno się nią zajmować.

Żadna interwencja niższego szczebla na drabinie interwencji nie może zostać rozliczona, bo polityk zawsze będzie mógł tłumaczyć, że chodziło o coś innego, czegoś nie skalkulowano, coś nie wyszło – tym samym unikając odpowiedzialności za swoje szkodliwe i uciążliwe dla obywateli działania. I znów dwa przykłady. Pierwszy to podatek cukrowy, który w żadnym z państw, gdzie go zastosowano, nie przyniósł widocznych skutków zdrowotnych, a więc nie rozwiązał problemu, który podobno miał rozwiązywać – będąc jednocześnie bardzo głęboką interwencją behawioralną w nasze wybory. Politycy mogą jednak tłumaczyć, że przecież chcieli dobrze. Cóż, nie wyszło. Drugi przykład to ciągłe i natarczywe utrudnianie życia kierowcom w polskich miastach, mające oficjalnie służyć skłonieniu ich, żeby przesiedli się do transportu miejskiego. Takiego efektu jednak nigdzie nie zaobserwowano. Wybór transportu zbiorowego ponad własnym autem wynika jak dotąd wyłącznie z poprawy jakości tego pierwszego, ale nigdy z utrudniania życia kierowcom.

Tak więc interwencje „miękkie” są faktycznie sposobem na unikanie politycznej odpowiedzialności – i to jest ich główna motywacja, a nie – jak pisze Kędzierski – odpowiedź na wolnościowe upodobania społeczeństw. Tych wolnościowych upodobań zresztą specjalnie nie widać, szczególnie za zachodzie Europy. Natomiast interwencje behawioralne pozwalają politykom udawać, że nie podjęli wiążącej decyzji, nie naruszyli praw obywateli, a zatem pozwala im to nie ponosić odpowiedzialności za próbę realizacji kuchennymi drzwiami decyzji, ze skutkami podjęcia, których powinni mieć odwagę się zmierzyć. Jeżeli, dla przykładu, Rafał Trzaskowski oznajmia, że jego celem jest „wyprowadzenie ruchu z centrum miasta”, to powinien mieć odwagę podjąć jasną decyzję o zakazie wjazdu prywatnych aut do centrum. Prostą, jednoznaczną i niosącą z sobą prawdopodobnie gigantyczne konsekwencje polityczne. Trzaskowski jednak jest tchórzem jak większość dzisiejszych polityków.

Interwencje behawioralne są dla obywateli niezwykle groźne, ponieważ stopniowo znieczulają ich na to, co podane wprost i za jednym razem musiałoby wywołać otwarty sprzeciw. W tym sensie są kwintesencją politycznej obłudy, a także odbierają nam wolność po kawałeczku, co większości trudno dostrzec.

W niektórych swoich wersjach – czego również Kędzierski nie dostrzega – są sposobem na wyciągnięcie z państwa pieniędzy. Takich okazji nie generują na ogół proste zakazy i nakazy, ale już wszelkiego rodzaju kampanie społeczne czy programy społeczne – jak najbardziej. Na tego typu przedsięwzięciach ktoś po prostu zarabia.

Kędzierski opisuje również często stosowaną metodę behawioralnej tresury, polegającą na ustawieniu domyślnej opcji na wybór taki, jakiego życzyłaby sobie władza. Podaje dwa przykłady: kwestię zadeklarowania sprzeciwu wobec transplantacji organów oraz sprawę wypisania się z Pracowniczych Planów Kapitałowych, które zresztą okazały się totalną klapą. Kędzierski słusznie zauważa, że ta metoda bazuje na dobrze zbadanej prawidłowości, że człowiek skłania się raczej do braku aktywności. Jeśli może czegoś nie zrobić (nie zmienić domyślnego wyboru), to go nie zmieni. To oczywiście statystyka – są ludzie, którzy działają inaczej. Ja zgłosiłem lata temu swój sprzeciw wobec transplantacji organów – nie dlatego, żebym miał coś przeciwko ich ewentualnemu wykorzystaniu, ale dlatego, że nie życzę sobie, aby państwo domyślnie dysponowało częściami mojego ciała. Lecz takich osób jest mniejszość.

To metoda wyjątkowo perfidna. Bazuje na dobrze zbadanej prawidłowości, traktując obywateli jak niedorozwiniętych. Tymczasem państwo ma nam zapewniać podstawowe usługi: sądownictwo, zapewnianie bezpieczeństwa, stabilne prawo. Jeśli proponuje nam cokolwiek ponadto, to wyłącznie sprawą naszego aktywnego wyboru powinno być zdecydowanie się na skorzystanie z takiej możliwości. Inaczej mówiąc – stanem wyjściowym i domyślnym powinien być stan istniejący, zaś jego zmiana za każdym razem powinna oznaczać świadomą decyzję obywatela – nie odwrotnie.

Ustawienie udziału w PPK jako domyślnej opcji było tak samo naganne, jak praktyki – już szczęśliwie wykorzenione – operatorów telefonii komórkowych, którzy domyślnie włączali abonentom melodyjki odgrywane w trakcie oczekiwania na połączenie, za które potem kazali sobie płacić. Powtarzam: wszystko, co wykracza poza podstawowe usługi, do jakich państwo jest wobec nas zobowiązane, powinno wymagać od nas świadomego wyboru – nie zaś rezygnacji z wyboru ustawionego przez urzędnika czy polityka za nas.

Dyskusja o behawioralnej tresurze – czy, jak chcieliby zwolennicy, behawioralnym warunkowaniu – obywateli to w istocie dyskusja o pryncypiach. Nie da się jej rozstrzygnąć, bo źródłem sporu jest paradygmat państwa i osobiste wolności, z jakiego wychodzimy. Pamiętajmy jednak, że żyjemy w realnym, nieidealnym świecie. A to oznacza, że każde aktywne działanie państwa, nawet z dziedziny tych podstawowych, jest skażone wadami wynikającymi z tego, że stoją za nim ludzie, nie anioły.

Inne wpisy tego autora

Fit For 55, czyli myślmy Mackiewiczem

Józef Mackiewicz był człowiekiem – i pisarzem – bezkompromisowym. To było widać szczególnie w jego stosunku do komunizmu, który odrzucał całkowicie i bez reszty jako