Jehowi klimatyzmu i ich 99 procent

Jehowi klimatyzmu i ich 99 procent

Doceniasz tę treść?

Klimatyzm opiera się w dużej mierze na propagandowym przekazie, który mocno odstaje od tego, co w istocie mówi nauka, a może raczej „nauka”. Trzeba to słowo brać w tym kontekście w cudzysłów, ponieważ sami klimatyści – podobnie zresztą jak choćby sanitaryści, tu sposób rozumowania i działania jest podobny – próbują nam wmawiać, że jest jakaś jedna „nauka” i ta „nauka” ma jedno niebudzące żadnych sporów i wątpliwości stanowisko. To oczywista nieprawda. Nie ma jednej „nauki”. W ramach obozów, podpisujących się pod jakąś ogólną diagnozą (np. „zachodzi zmiana klimatu” albo „szczepionki na COVID są skuteczne”), istnieją różne szczegółowe opinie, różniące się we wnioskach, w tym tych dotyczących pożądanych sposobów działania. Dotyczy to nie tylko kwestii klimatu. Później jednak te wnioski trafiają w młyńskie koła mediów i polityki, a z nich wychodzi już maksymalnie uproszczony przekaz, którym później posługują się lobbyści określonych interesów.

Takimi lobbystami są też, jak to pięknie ujął jeden z moich twitterowych korespondentów, jehowi klimatyzmu, czyli osoby w natrętny i apodyktyczny, a często arogancki sposób popularyzujące nie tylko ortodoksyjny i jedynie słuszny pogląd o nadciągającej katastrofie klimatycznej, spowodowanej przez człowieka, ale również domagający się wykluczenia z debaty wszystkich tych, którzy się z tą linią nie zgadzają. Cechą charakterystyczną ich przekazu jest pomijanie potencjalnie problematycznych detali oraz wyławianie z płynących ze świata nauki informacji tylko tych, które pasują do tezy, dodatkowo jeszcze fałszując ich rzeczywisty wydźwięk.

Przykłady takich manipulacji podaje Bjørn Lomborg w swojej książce „False Alarm”. W rozdziale Climate of Fear („Klimat strachu”) pisze:

Mówi się nam, że wszystko trzeba robić natychmiast. Powszechna opinia, powtarzana w mediach do znudzenia, głosi, że czas na rozwiązanie problemu z klimatem mamy jedynie do 2030 r. „Tak mówi nauka!”.

Tyle że tego nie mówi nam nauka. To nam mówi polityka. Granica czasowa wzięła się z bardzo konkretnego i bardzo hipotetycznego pytania, zadawanego przez polityków naukowcom: co trzeba zrobić, aby utrzymać zmianę klimatu w niemal nieosiągalnych granicach? Nic dziwnego, że naukowcy odpowiedzieli, że osiągnięcie tego celu jest prawie niemożliwe, a choćby przybliżenie się do niego musiałoby oznaczać gigantyczne zmiany we wszystkich warstwach społeczeństwa wprowadzone właśnie do 2030 r.

To najbardziej znana manipulacja, ale niejedyna. Inna powszechnie znana to kwestia tzw. „konsensusu naukowego” w sprawie antropogenicznej natury zmian klimatu. Podkreślam: zmian, bo słowo „ocieplenie” pojawia się w dyskursie czy nawet tytułach artykułów naukowych coraz rzadziej. Można postawić tezę, że to wyraz asekuranctwa wobec faktu, że zamiast upałów zdarzają się coraz surowsze zimy (takie jak poprzednia), za to media mogą grzać (znów bez należytej analizy kontekstu historycznego, społecznego, urbanistycznego, finansowego) rzekomo unikatowe i jedyne w swoim rodzaju (co nie jest prawdą) katastrofy naturalne, które wszystkie przypisuje się katastrofie klimatycznej, nawet jeśli nie mają z nią zgoła nic wspólnego (tak jak niektóre powodzie czy susze, spowodowane po prostu złą gospodarką wodną).

Z punktu widzenia nauki argumentowanie o słuszności jakiegokolwiek twierdzenia „konsensusem” jest kompletnym nieporozumieniem. W naukach ścisłych prawdy nie ustala się głosowaniem, ale doświadczeniami, analizami, badaniami. 99 proc. naukowców może podpisywać się pod jakimś wnioskiem, ale to pozostały jeden procent dysydentów może mieć ostatecznie rację. Pamiętać zaś trzeba, że w klimatologii – nauce wyjątkowo skomplikowanej, łączącej w sobie kilka dziedzin nauk ścisłych – nie jest możliwe prowadzenia doświadczeń, bo nie da się eksperymentować na klimacie. Możliwe jest jedynie programowanie modeli, w których od przyjętych arbitralnie wyjściowych założeń zależy w ogromnym stopniu otrzymywany wynik.

Samo epatowanie „konsensusem” jest zatem obłudne. A tym bardziej jako obłudne się jawi, gdy zrozumiemy, jak ów konsensus ustalano. Wbrew bowiem zapewne powszechnemu mniemaniu, wspieranemu przez jehowych klimatyzmu, ów „konsensus” nie mówi nam nic o zdaniu wszystkich klimatologów na świecie – bo wszak tylko klimatolodzy mogliby w pełni miarodajnie ocenić sytuację. Nie mówi tym bardziej nic na temat konkretnych wartości, jakie ci naukowcy byliby skłonni przypisać poszczególnym czynnikom czy jakie szczegółowo wnioski by z tego wyciągali. Dla przykładu, jest zasadnicza różnica między stwierdzeniem: „działalność człowieka ma decydujący wpływ na zmiany klimatu” a „działalność człowieka ma największy wpływ na zmiany klimatu”. Największy relatywnie wpływ pojedynczego czynnika nie musi być zarazem wpływem decydującym.

Jest jednak jeszcze lepiej: ów „konsensus” w ogóle nie dotyczy opinii naukowców. Czego zatem dotyczy?

Tu pozwolę sobie przypomnieć fragment mojego głośnego tekstu z „Do Rzeczy” z początku maja, gdzie wyjaśniałem między innymi, jakie było pochodzenie pierwszych wersji procentowo określanego rzekomego konsensusu.

Skąd jednak w ogóle wziął się mit „97-procentowego naukowego konsensusu”? Zapoczątkował go artykuł prof. Naomi Oreskes, historyk nauki, która stwierdziła, że przeanalizowała 928 tekstów naukowych, zawierających słowa „globalna zmiana klimatu” i w żadnym z nich nie zaprzeczono tezie o antropogenicznej naturze globalnego ocieplenia. Z opublikowanego przez Oreskes w 2007 r. szerszego omówienia dowiadujemy się jednak, że spośród owych ponad 900 tekstów jedynie 25 proc. wyraźnie potwierdzało tezę o antropogenicznym globalnym ociepleniu, zaś kolejne 50 proc. omawiało konsekwencje tej hipotezy i na tej pod-stawie Oreskes uznała, że również ją potwierdzają. Trudno tu mówić o 97-procentowym konsensusie.

Więcej szumu narobił tekst z 2013 r. firmowany przez dziewięcioro autorów, w tym znanego nam już Johna Cooka, który prócz portalu Skeptical Science prowadzi też Consensus Project (Projekt Konsensus). Analiza, uciekając się do budzącej ogromne wątpliwości metodologii, wzięła pod uwagę 11944 fragmenty prac, dotyczące zmiany klimatu, opublikowane w latach 1991-2011. Stwierdzono, że aż 66,4 proc. spośród nich nie zajmowało stanowiska w sprawie AGW, 32,6 proc. aprobowało hipotezę AGW, 0,7 proc. ją odrzucało, a 0,3 proc. było niepewne. Autorzy ogłosili zatem, że spośród tekstów z fragmentami o zmianie klimatu 97,1 proc. popiera hipotezę AGW. Tę liczbę podchwyciły media i zrobiły z niej „97-procentowy konsensus”. Al Gore posuwał się do ewidentnie kłamliwego stwierdzenia, że hipotezę o AGW potwierdza „97 proc. recenzowanych naukowo badań na temat klimatu”.

Artykuł Cooka został poddany druzgocącej krytyce, ponieważ brane pod uwagę fragmenty pochodziły w dużej części z tekstów bynajmniej nie klimatologów. Mogły to być równie dobrze teksty specjalistów w kierunkach humanistycznych – kryterium było jedynie to, aby mówiły w jakimkolwiek kontekście o zmianach klimatu. Mówiąc obrazowo: gdyby tekst w czasopiśmie naukowym o problemach współczesnego świata napisała prof. Magdalena Środa i wyraziła w nim pogląd, że zmiany klimatu są powodowane przez człowieka – Cook zaliczyłby to do swoich mitycznych 97 proc., choć prof. Środa o klimatologii nie ma zielonego, nomen omen, pojęcia.

Przy okazji warto zauważyć, że tekst, z którego pochodzi powyższy fragment, choć w wielu miejscach został skrytykowany niezwykle emocjonalnie, nigdzie nie doczekał się polemiki z konkretnymi zawartymi w nim uwagami. Nie zajmowałem się w nim również – znów wbrew wielu fałszywym i zmanipulowanym polemikom – samymi danymi, po prostu dlatego, że nie jestem klimatologiem, podobnie zresztą jak 99 proc. biorących udział w tej debacie. Dlatego skupiam się na ogólnych zasadach działania nauki w połączeniu z mediami i polityką.

Tymczasem wielką karierę w ostatnich dniach zrobiła w mediach informacja o tym, że „konsensus” wynosi już, zgodnie z najnowszym badaniem, nie 97, lecz aż 99,9 proc. Brzmi druzgocąco, prawda? Problem w tym, że nikt z przytaczających tę wiadomość nie sięgnął chyba do źródła. Gdyby sięgnął, zorientowałby się, że mamy do czynienia nie z jakimś wielkim badaniem opinii klimatologów na świecie, ale z kolejną zautomatyzowaną kwerendą tekstów, bazującą zresztą z grubsza na metodzie Cooka, ale twórczo rozwiniętą. Kto jest zainteresowany detalami, znajdzie je pod wyżej załączonym linkiem w opisie metodologii badania, prowadzonego zresztą przez sieć naukową finansowaną przez Fundację Melindy i Billa Gatesów – a proszę pamiętać, że w nauce to, kto płaci, ma również znaczenie i tylko największy naiwniak mógłby sądzić inaczej.

Opiszę tu zatem jedynie kilka założeń, na podstawie których ustalono nowy, 99-proc. „konsensus”.

Po pierwsze – bazą do ustaleń był zasób 88125 tekstów po angielsku, opublikowanych w latach 2012-20, zawierających słowa kluczowe „zmiana klimatu”, „globalna zmiana klimatu” „globalne ocieplenie”. Już to pokazuje arbitralność kryteriów. Zaciera też znaczenie przeprowadzanej po cichu zmiany terminu „globalne ocieplenie” na bardziej neutralny „zmiana klimatu”.

Po drugie – nie pracowano na całych tekstach, ale na tytułach oraz podsumowaniach.

Po trzecie – autorami badanych tekstów nie musieli być klimatolodzy. Mogli nimi być nawet naukowcy z dziedzin humanistycznych, jeśli w ich tekstach znalazły się wspomniane słowa kluczowe. Nietrudno sobie wyobrazić pracę socjologa, który opisuje społeczne konsekwencje „zmian klimatu” i takie właśnie pojęcie znajduje się i w tytule, i w słowach kluczowych. Jak pokazuje następny punkt, taka praca mogła być również zaliczona do wspierających „konsensus”.

Po czwarte bowiem – metodę, wedle której Cook kwalifikował poglądy zawarte w tekstach, „ulepszono”. Przyjęto mianowicie kryterium „dorozumianej akceptacji antropogenicznych przyczyn zmian klimatu” (implicit acceptance). Autor badania uznał, że jeśli dany artykuł zajmuje się na przykład skutkami zmian klimatu, a nie kwestionuje ich antropogenicznego pochodzenia (przypominam, że mówimy tylko o tytułach i podsumowaniach, bo tylko to badał specjalnie zaprogramowany algorytm), to znaczy, że aprobuje tę hipotezę. Tak byłoby w przypadku opisanego wyżej hipotetycznego tekstu, poświęconego socjologicznym konsekwencjom zmian klimatycznych. Doprawdy, trudno to nazwać inaczej niż manipulacją.

Jeśli już chcielibyśmy dostać rzetelne podsumowanie opinii zawartych w tekstach dotyczących zmian klimatu, to – po pierwsze – pod uwagę powinny być brane jedynie artykuły napisane przez klimatologów; po drugie – tylko te, które wprost zajmują się samymi przyczynami zmian klimatu. Dopiero wtedy można by mówić o jakiejkolwiek wartości takiego zestawienia, pamiętając jednak wciąż, że nie jest to badanie opinii samych wykwalifikowanych naukowców oraz że badane teksty mogą się znacznie różnić w stawianych hipotezach i wyciąganych wnioskach.

Gdy zatem znów do państwa drzwi zapukają jehowi klimatyzmu, nie warto przyjmować ich straszliwych wieści o rychłej zagładzie świata, bo na pewno kryje się w nich oszustwo. A nawet wiele oszustw.

Inne wpisy tego autora

Dlaczego Ukraińcy mają chęć walczyć

Trudno analizować to, co dzieje na ukraińskich frontach, lecz jedno wydaje się pewne niezależnie od ostatecznego rezultatu: Władimir Putin się przeliczył. Nie doszacował zarówno zdolności

Justin Trudeau podziwia Chiny

Gdyby mnie ktoś dzisiaj zapytał, czy Kanada jest wciąż demokratycznym krajem, miałbym problem z odpowiedzią. Owszem, także dlatego, że nie jest dziś łatwo zbudować sensowną