O behawioralnej tresurze obywateli

O behawioralnej tresurze obywateli
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Wyobraźmy sobie taką oto sytuację.

Ileś lat od dzisiaj w Polsce sprawuje władzę rząd, który dochodzi do wniosku, że pożądane jest ograniczenie przyrostu naturalnego. To nie jest teza wzięta z sufitu – wszak już dzisiaj istnieją nurty to właśnie postulujące, opierające się na neomaltuzjańskich przesłankach, mówiące o przeludnieniu lub złym wpływie ludzi na planetę. Owszem, może być problem z utrzymaniem systemu finansowego, zwłaszcza ubezpieczeniowego, ale w tym celu można przecież przyjmować imigrantów, ograniczając własny przyrost naturalny – w ten sposób nie będziemy się przykładali do całościowego wzrostu liczby ludzi na ziemi. Ów rząd nie posuwa się jednak do prostego zakazu czy ustawowego ograniczenia liczby dzieci. Wprowadza jedynie pewne regulacje. Jedno dziecko pozostaje jeszcze fiskalnie neutralne, ale przy drugim – rodzice zostają obłożeni 5-procentowym dodatkowym podatkiem od dochodu „na rzecz planety”. Podatek przy każdym kolejnym dziecku rośnie o następne dwa punkty procentowe. Oczywiście skasowane zostają wszelkie ulgi czy bonusy w rodzaju Karty Dużej Rodziny. Do kodeksu cywilnego zaś wprowadza się regulacje, umożliwiające przedsiębiorcom ustanowienie zakazu korzystania z określonych kategorii usług osobom, którym towarzyszą dzieci. Wprowadza się restrykcyjne normy budowy placów zabaw – ze względu na hałas nie mogą już być tworzone w pobliżu domów. Te, które nie spełniają norm, są likwidowane. Choć szkoły nadal są finansowane z podatków, na rodziców mających więcej niż jedno dziecko nakłada się również daninę szkolną od kształcenia każdego kolejnego dziecka. Przy czym szkoła podstawowa pozostaje oczywiście obowiązkowa. Z dzieckiem nie da się wejść do urzędu, a w środkach transportu można wydzielać specjalne strefy dla osób z małymi dziećmi. Te strefy mogą zajmować najwyżej jedną dziesiątą całej przestrzeni dostępnej dla pasażerów. W transporcie publicznym takie strefy stają się obowiązkowe. Osobom z dziećmi nie wolno podróżować poza nimi. PKP wprowadzają całe pociągi dla osób bez dzieci. Aha, i oczywiście dopuszcza się aborcję bez żadnych warunków do trzeciego miesiąca.

Na głosy sprzeciwu i buntu władza odpowiada, że dysponuje naukowymi wyliczeniami, badaniami oraz szacunkami pokazującymi, że jest to działanie mające na celu wyłącznie ratowanie życia na ziemi i służy to jak najlepiej całej ludzkości. Przede wszystkim zaś – i to jest w tej historii najistotniejsze – władza stwierdza, że przecież nie zabroniła posiadania dzieci. Ba, jeśli ktoś chce, może ich mieć nawet i dziesięcioro. Musi się natomiast liczyć z kosztami ich posiadania.

Jak wyjaśnia w jednym z wywiadów minister do spraw depopulacji: „Nie jest prawdą, że zabraniamy posiadania dzieci. Niczego takie nie wprowadzamy i wprowadzać nie zamierzamy. Zresztą posiadanie jednego dziecka nie wiąże się dzisiaj w Polsce z żadnymi dodatkowymi kosztami, najwyżej z pewnymi niewielkimi utrudnieniami. Jeśli natomiast ktoś pragnie mieć więcej dzieci, uważamy, że powinien ponosić proporcjonalnie do tej chęci większe koszty obciążeń, jakie z tego powodu dotykają naszego państwa i planety. Wielokrotnie przedstawialiśmy naukowe wyliczenia, pokazujące, jakie to koszty i w jaki sposób należy je przeliczać na pieniądze. A nikt chyba nie chce dyskutować z nauką”.

Co ta ponura historia ma wspólnego z covidowymi paszportami oraz zapowiedzianą przez prezydenta Warszawy masakrą Alei Jerozolimskich? Wbrew pozorom – dużo. W tej opowieści mamy rząd, który jest przekonany o słuszności swoich naukowo przecież uzasadnianych idei, ale nie chce ich realizować poprzez proste zakazy czy nakazy – nie jest teraz istotne, dlaczego (powodów może być wiele – na przykład chęć uniknięcia oskarżeń o łamanie praw człowieka). Zamiast tego wybiera drogę tak naprawdę dużo groźniejszą: stymulowania określonych postaw różnego rodzaju bodźcami. Nagradza obywateli za jedne decyzje, każe za inne – ale nie zabrania ich podejmować.

Niedawno sprawą takiego oddziaływania na obywateli zajął się w tekście w „Dzienniku Gazecie Prawnej” wiceprezes WEI Sebastian Stodolak. Jako pretekst posłużyły mu zielone cyfrowe certyfikaty, czyli tak zwane paszporty covidowe (które przeszły właśnie kolejny etap uzgodnień w UE, a Polska ochoczo zadeklarowała przystąpienie do ich programu). Na artykuł Stodolaka zareplikował na portalu Klubu Jagiellońskiego Łukasz Baszczak, współpracownik Centrum Analiz KJ oraz działacz ruchu miejskiego z Zielonej Góry. Baszczak zakwestionował tezę Stodolaka, że interwencje behawioralne – przykład takiej, co prawda ekstremalny, opisałem na początku w swojej fikcyjnej powiastce – to niedopuszczalna manipulacja obywatelami. Sposób, w jaki Baszczak swój pogląd uzasadnia, musi budzić najwyższy niepokój, szczególnie że jego głos pojawia się na stronie think-tanku, który w ostatnim czasie mocno skręcił ku pochwale paternalizmu, etatyzmu i realizowania za pomocą tych metod różnych bardzo wątpliwych pomysłów. Będąc związanym nawet w sposób formalny (jako członek rady) z KJ, z rosnącym niepokojem odnotowuję ten zwrot, który w przypadkach takich jak ten objawia się między innymi tym, że głos Baszczaka pozostaje bez jakiejkolwiek kontry.

Przyjrzyjmy się głównym tezom jego tekstu.

„Kwestia tego, czy szczepienie jest potrzebne, nie jest mocno polityczna. Wiedza naukowa daje dowody, na których można opierać interwencje”. Mamy tutaj klasyczne powielenie mechanizmu, który nazywam zabobonem naukowości. Najlepiej widzimy jego funkcjonowanie w dyskusji o domniemanym globalnym ociepleniu powodowanym przez człowieka. Wytrych naukowości służy do uzasadnienia najróżniejszych działań, często wątpliwych, a niemal zawsze odbierających nam kolejne obszary naszej wolności.

Tymczasem – po pierwsze – zwykle nie ma jakiegoś jednego kanonicznego stanowiska całej nauki w danej sprawie. W przypadku szczepionek nie jest kwestionowana ich generalnie korzystna rola, ale gdy idzie o tę konkretną sytuację, pojawiają się różne wątpliwości – i nie mówię tutaj o dogmatycznych antyszczepionkowcach. Podobnie wśród naukowców generalnie zgadzających się, że człowiek ma wpływ na zmiany klimatu, nie ma zgody ani co do tego, jaki jest poziom tego wpływu (nawet wśród tych, którzy uważają, że jest znaczący), ani tym bardziej co do metod zapobiegania jego skutkom.

Po drugie – oczywiście nie jest prawdą, że kwestia szczepień nie jest polityczna. Jest jak najbardziej polityczna na wielu poziomach. W innych sprawach, gdzie stosuje się behawioralne bodźce, polityka wchodzi jeszcze bardziej. Tu przywołajmy drugą ze wspomnianych przeze mnie spraw: przebudowę Alei Jerozolimskich. Zwolennicy wyrzucania samochodów z miast (niestety i ten wątek jest w KJ mocno obecny przy praktycznej nieobecności stanowiska alternatywnego) powtarzają do znudzenia, że ich stanowisko opiera się na „naukowych” podstawach. To nieprawda – nauka może nam jedynie powiedzieć, a i to nie zawsze precyzyjnie – jakie będą konkretne skutki takiej czy innej decyzji. Nie może nam natomiast powiedzieć, czy ta decyzja jest słuszna, czy nie w kategoriach bezwzględnych (jedynie: czy jest „słuszna” jako sposób na osiągnięcie założonego wcześniej celu), czy jest etycznie zasadna, czy jest dobra.

Weźmy przykład prac nad bombą atomową w ramach projektu „Manhattan”. Naukowcy mogli przewiedzieć (jak się okazało – nie w pełni) skutki działania takiej bomby, ale decyzja, czy jej użyć przeciw Japonii, czy nie pozostawała w całkiem innej sferze – czysto politycznej i etycznej.

To samo dotyczy przebudowywania miast: żadna nauka nie może nam powiedzieć, że jest to „obiektywnie słuszne i dobre”. Gdzieś u fundamentu takiej decyzji jest przyjęty arbitralnie paradygmat: co jest dla nas wyznacznikiem komfortu życia, jakie znaczenie ma dla nas wolność, jak wyważamy korzyści i straty. Zwolennicy inżynierii społecznej w miastach poprzez ich przebudowę wydają się nie pojmować, że dla wielu osób koszt, jakim jest stanie w korkach, jest akceptowalny, skoro ceną za zmianę według wytycznych antysamochodowego lobby ma być praktyczne uniemożliwienie poruszania się własnym autem. Dla wielu wyznacznikiem komfortu nie jest szerokość dróg dla rowerów, ale możliwość dojechania na miejsce własnym samochodem.

„Interwencje behawioralne nie mają być przekonywaniem ani nie tworzą architektury wyboru, lecz zmieniają ją tak, by łatwiej było podejmować racjonalne decyzje” – oznajmia Baszczak. A ja pytam: kto ma decydować, co jest „racjonalne”, a co nie? Dlaczego Baszczak zakłada, że decyzja o niezaszczepieniu się musi być nieracjonalna? Czy uwzględnia, że w swojej prywatnej kalkulacji dla człowieka mogą mieć znaczenie czynniki trudne do zmierzenia – np. prywatny sprzeciw wobec nachalnej propagandy w danej sprawie, który jest z punktu widzenia postawy życiowej danej osoby może nie pragmatyczny, ale na pewno może być racjonalny, czyli opiera się na dobrze sprecyzowanej i przemyślanej racji ze świadomością konsekwencji?

Nie mogę sobie odmówić odesłania pana Baszczaka do historycznej analogii. Prusacy prowadzili bardzo asertywną tresurę behawioralną wobec Polaków żyjących w zaborze pruskim. „Racjonalnym” wyborem byłaby wówczas rezygnacja z tworzenia polskich instytucji samopomocowych, kredytowych, bankowych i handlowych. A jednak bohaterowie „najdłuższej wojny nowoczesnej Europy” z jakichś powodów uznali, że w ich kalkulacji ważne jest co innego.

Druga teza Baszczaka brzmi: „Podstawą interwencji behawioralnych jest brak kosztów dla »nieposłusznych« – stąd nazwa »liberalny paternalizm«”. Jest to oczywista nieprawda. Gdy mówimy o sferze publicznej, preferencja dla jakiejś grupy niemal zawsze staje się kosztem dla innej. Mamy też wówczas ewidentnie do czynienia z nierównym traktowaniem obywateli. Jak zresztą pokazuje przykład antysamochodowej strategii miast, rządzonych przez lewicowych prezydentów, „nieposłusznym” tak bardzo utrudnia się życie, że stają się często faktycznie obywatelami drugiej kategorii. Wprowadzenie preferencji dla zaszczepionych stawiałoby w takiej sytuacji niezaszczepionych.

A teraz tezy trzecia i czwarta: „Architektura wyboru istnieje zawsze – pytanie, czy chcemy pozostawić jej kształtowanie wyłącznie rynkowi, biznesowi i naszej psychologii?”; „interwencje behawioralne pozwalają ominąć niemożliwe do spełnienia zadanie przekonywania ludzi do zmiany swojego światopoglądu”.

Skupmy się najpierw na tym ostatnim zdaniu, bo jest ono poniekąd wstrząsające, a zarazem prowadzi nas do istoty problemu. Baszczak stwierdza bowiem, ni mniej ni więcej, że jeśli ludzie nie chcą uparcie zmienić swojego „światopoglądu”, to państwo za pomocą behawioralnej tresury ma prawo ich do tego zmusić. Brzmi to, jak wywód wzięty wprost z podręcznika praktycznego marksizmu-leninizmu. Albo z „Roku 1984”: oni nas nie kochają, ale my ich tak długo będziemy kochać, aż nas wreszcie pokochają.

Ten argument Baszczaka proponuję umieścić w kontekście mojej hipotetycznej opowiastki o behawioralnej tresurze w kierunku nieposiadania dzieci i wyobrazić sobie koszmarne konsekwencje, gdybyśmy mieli przyjąć punkt widzenia publicysty CAKJ. Baszczak uważa – to jeden z zasadniczych błędów zwolenników podobnego podejścia – że państwo jako swoisty byt idealny jest depozytariuszem jakiejś szczególnej mądrości i ta mądrość jest realizowana poprzez idealnych urzędników, działających dla dobra obywateli. To pogląd, który legł u podstaw najkrwawszych ruchów rewolucyjnych, a panu Baszczakowi poleciłbym wnikliwą lekturę „Rozważań o wojnie domowej” Pawła Jasienicy. Czasem stare dobre książki wyjaśniają znacznie więcej niż modne nowoczesne analizy, na które powołuje się Baszczak.

Sceptycy liberałowie tacy jak ja państwu z zasady nie ufają. Nie podważają jego istnienia – przeciwnie, uważają je za niezbędne, ale go nie idealizują i dlatego uznają, że państwo powinno jednak być ograniczone. Państwo to bowiem konkretni politycy i urzędnicy ze swoimi politycznymi potrzebami, poglądami, interesami i interesikami. To nie jest jakaś armia aniołów. O tym, że u podstaw niemal każdej przyjmowanej polityki leży arbitralny i subiektywny wybór, a nie jakaś naukowa prawda objawiona była już mowa. Ale dalej mamy realizację takiej polityki, a na tym etapie problemy potężnie się mnożą: każda z grup chce coś ugrać. Dodajmy do tego jeszcze dramatycznie niską dzisiaj jakość polskiego życia publicznego i administracji, a dostajemy receptę na arbitralną opresyjność, skierowaną wobec „nieposłusznych” grup obywateli.

Baszczak pyta, czy w takim razie kształtowanie naszych wyborów trzeba pozostawić zawsze rynkowi, biznesowi i naszej psychologii. Odpowiadam: tak, a i tutaj trzeba dbać o maksymalną przejrzystość stosowanych mechanizmów. Jednak, mimo ogromnej siły oddziaływania wielkich korporacji, która jest problemem, nie są to wciąż instytucje mogące bezpośrednio narzucać nam takie czy inne regulacje. Nasze poddanie się stosowanemu przez nie treningowi behawioralnemu ma wciąż naturę dobrowolną. Tymczasem reguł wprowadzanych przez państwo na jakimkolwiek poziomie ominąć nijak nie możemy, a na dodatek mają one – w dużej mierze pozorną – sankcję odbicia rezultatu demokratycznego wyboru, z czego np. PiS bardzo chętnie korzysta. Dlatego właśnie trzeba postulować, żeby to przede wszystkim państwo było pod tym względem neutralne.

Znacznie lepsze są jasne zakazy i nakazy w sprawach wyłącznie niezbędnych – one prezentują prostą, czytelną regułę, zarazem wyraźnie stawiając kwestię znaczenia konkretnej normy. Tu nie ma niedomówień. Natomiast oddziaływanie behawioralne przez państwo to potraktowanie obywateli jak stada psów, które trzeba wytresować, żeby ładnie aportowały.

Na koniec spostrzeżenie natury ogólnej (nie chciałbym, żeby pan Baszczak traktował to jako przytyk personalny, aczkolwiek jego, jako człowieka niewątpliwie młodszego niż piszący te słowa, również to dotyczy). Mam wrażenie, że w pokoleniu ludzi urodzonych po 1990, zwłaszcza od połowy lat 90., a wcale nienależących do ideologicznej ekstremy, panuje groźna fascynacja nowoczesnymi narzędziami kształtowania sfery publicznej, oparta na lekturze mnóstwa modnych i aktualnych analiz, przy dramatycznym deficycie podstaw i mocnych fundamentów. Odwołując się do jednej z przywoływanych przez Baszczaka pozycji powiedziałbym: za dużo Thalera i Sunsteina, za mało Jasienicy, Lema czy Sienkiewicza. Stąd skupienie się na narzędziach, na sferze realizacji wizji, których źródeł i sensu żaden z nich nie kwestionuje – właśnie dlatego, że brakuje im podstaw do postawienia zasadniczych pytań o wartość naszej wolności, o to, jak ją rozumiemy, jak to rozumienie zmieniało się przez wieki w naszym polskim kontekście, o to, co wolno władzy, a czego nie wolno.

Kiedy czytam wywody Baszczaka, obficie przywołującego badania z zakresu behawioryzmu czy kognitywistyki (w której jest specjalistą), mam przewrotną ochotę w odpowiedzi złapać gitarę i zaśpiewać „Z XVI-wiecznym portretem trumiennym rozmowę” Jacka Kaczmarskiego:

Mało wiemy o tobie, coś na Turka chadzał,

Węgra królem obierał i tratował Szweda,

Ale patrzył i tego, by obrana władza

Nie zabrała ci czasem, czegoś sam jej nie dał.

Amen.

Inne wpisy tego autora