O niespodziewanych pożytkach z Bodnara

O niespodziewanych pożytkach z Bodnara

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Zacząć trzeba od dwóch spraw. Po pierwsze: marzy mi się sytuacja, w której rzecznik praw obywatelskich nie jest potrzebny. I mimo że instytucja ombudsmana jest w zachodnim świecie rozpowszechniona, nie mam wątpliwości, że w państwie sprawnym, niemalże idealnym nie byłaby potrzebna. W takim bowiem państwie rolę ombudsmana mógłby łatwo spełniać sam dla siebie każdy obywatel, korzystając z przysługującego mu prawa do sądu. Sądu, rzecz jasna, szybkiego i bezstronnego. Ombudsman wpisał się zresztą w konstrukcję prawną zachodniego systemu dopiero po II wojnie światowej. To ściśle nowożytny wynalazek.

 

W przypadku polskiego ombudsmana nie mogę też zapomnieć o korzeniach tego urzędu. Ustawę o RPO zatwierdził Sejm PRL w 1987 r., a koncepcję tego urzędu „konsultowały” między sobą Rada Państwa (kolegialny odpowiednik obecnego prezydenta), której przewodniczył wówczas gen. Wojciech Jaruzelski, i Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego – propagandowa przybudówka władzy. Tak nie od dzisiaj fetowana przez kręgi lewicowe pierwsza RPO prof. Ewa Łętowska doskonale wiedziała – sama o tym potem pisała – że ma być tylko marionetką upiększającą autorytarny reżim. Inna sprawa, że w fazie upadku. Nie zmienia to faktu, że druga część kadencji prof. Łętowskiej, już w wolnej Polsce, wynikła niejako z przypadku. Nie takie w każdym razie było zamierzenie twórców urzędu, którzy nie planowali, by pani profesor kiedykolwiek miała jako RPO realne znaczenie. I pani profesor znakomicie to wiedziała, godząc się legitymizować reżim, pod koniec trwania którego wciąż jeszcze w tajemniczych okolicznościach ginęli ludzie.

Druga sprawa to wyznanie nieco osobiste i dotyczy Adama Bodnara, który zapewne wkrótce – być może nawet w okolicznościach gwałtownych – przestanie pełnić urząd rzecznika. Gdy Bodnar został wybrany na urząd RPO – rzutem na taśmę, w ostatnich tygodniach VII kadencji Sejmu – sprawa była dla mnie jasna: większość, która nie miała szans na ponowne wygranie wyborów (wydawało się to jasne po majowym zwycięstwie Andrzeja Dudy), obsadziła na niemal nieodwoływanym urzędzie skrajnie lewicowego aktywistę, który będzie się zajmował głównie walką z nową władzą. Na ten pogląd wpływało nie tylko to, że działalności Bodnara jeszcze w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka się wielokrotnie przypatrywałem – nie muszę dodawać, że krytycznie – ale i to, że miałem stosunkowo świeżo w pamięci niedokończoną kadencję moim zdaniem najwybitniejszego rzecznika – tragicznie zmarłego pod Smoleńskiem dr. Janusza Kochanowskiego. Porównanie wypadało tu bardzo słabiutko dla nowego nominata.

W lipcu 2015 r. napisałem dla Wirtualnej Polski bardzo krytyczny tekst o Bodnarze. Oto fragmenty:

Proszę sobie wyobrazić, że rządzi w Polsce prawica. I ta prawica najprawdopodobniej przegra wybory z lewicowo-liberalną Platformą Obywatelską. W końcówce kadencji wypada akurat wybór nowego RPO. Prawica wysuwa kandydata, pana Ygrekowskiego, 40-letniego prawnika i do niedawna aktywistę skrajnie nacjonalistycznej Falangi.

Pan Ygrekowski stawia się przed posłami, którzy chcą poznać jego zapatrywania i stwierdza: „Tak, faktycznie uważam, że polskim nieszczęściom winni są Żydzi. Owszem, jestem zdania, że powinni zostać wydaleni z Polski. Jestem także zwolennikiem dostępności najważniejszych urzędów dla katolików oraz zarezerwowania części miejsc w Senacie dla członków Episkopatu. No, ale polska konstytucja nie daje dziś możliwości przeprowadzenia takich rozwiązań i ja się z tym godzę. Zapewniam państwa, że swoje prywatne poglądy pozostawię za drzwiami biura RPO, nie będę ich forsował w trakcie pełnienia funkcji oraz będę jedynie stał na straży obowiązującego prawa”.

Czy jesteście państwo w stanie wyobrazić sobie oburzenie i jazgot, jaki rozległby się po tych słowach? Sam byłbym zresztą jednym z najgłośniej protestujących przeciwko powoływaniu na urząd RPO osoby z takimi poglądami, choćby przysięgała na święte obrazy, że te przekonania nie będą w żaden sposób wpływać na jej działanie.

Tymczasem mamy bardzo podobną sytuację, tyle że na odwrót. Skrajnie lewicowe, właściwie lewackie, poglądy Adama Bodnara to lustrzane odbicie poglądów skrajnie nacjonalistycznych. Jest tam i promocja mniejszości seksualnych, i akceptacja dla adopcji przez nie dzieci, i wszelkie inne typowo lewackie postulaty. I co? I nic. […]

W TVN24 pan Bodnar poskarżył się na mnie, że oskarżam niesprawiedliwie jego oraz jego współpracowników z Fundacji Helsińskiej, którą jeszcze kieruje (po ewentualnym objęciu urzędu będzie musiał zrezygnować), bo przecież wiem, że w HFPC zajmowali się różnymi sprawami. Bronili między innymi Piotra Staruchowicza, lidera kibiców Legii, aresztowanego na długi czas na podstawie wątpliwych zeznań i prawdopodobnie z powodów czysto politycznych.

To prawda, HFPC zajmowała się różnymi sprawami. Zdarzało mi się na nią powoływać, bo jako organizacja o lewicowym przechyle była tym wiarygodniejsza, gdy występowała w obronie obywatelskich wolności. Jednak argument Bodnara jest fałszywy. Czym innym jest kierowanie dużą fundacją, a czymś całkiem innym pełnienie jednoosobowego urzędu rangi konstytucyjnej. To, że HFPC zajmowała się różnymi sprawami, nie jest zasługą Bodnara, ale tego, że działają w niej ludzie o najróżniejszych poglądach – także konserwatywnych czy liberalnych.

Jako RPO natomiast Bodnar będzie mógł rozwinąć skrzydła, promując już wyłącznie te tematy, które sam uważa za ważne. A kto śledził jego wypowiedzi, nie może mieć wątpliwości, jakie to tematy. Jest tu cała lewacka agenda, jakby żywcem wzięta z „Krytyki Politycznej”. I to jej lewej frakcji.

[…] Można oczywiście uznać, że niesprawiedliwie jest oceniać człowieka przed podjęciem przez niego urzędu. Jednak w niektórych przypadkach trudno się od tego powstrzymać. Akurat Adam Bodnar jest postacią na tyle wyrazistą, że takiej oceny można dokonać na podstawie jego dotychczasowej działalności. Tak, nie daję mu kredytu zaufania. Jako obywatel o konserwatywnych poglądach mam do tego powody. Być może się mylę – chciałbym. Ale w cuda jakoś nie wierzę.

 

Jest w tej całej sytuacji gorzka ironia. Bodnara w 2015 r. bronili niektórzy publicyści strony konserwatywnej, wdzięczni za obronę kibica Legii. Na mnie nie robiło to wrażenia. Sześć, a nawet mniej lat rządów PiS sprawiło, że oceny uległy zmianie. Ci, którzy w 2015 r. Bodnara po stronie prawej bronili, stali się jego zaprzysięgłymi krytykami. Ja tymczasem doszedłem do wniosku, że Bodnar, owszem, jest lewakiem, ale lewakiem uczciwym (jakkolwiek zwykle brzmi to jak oksymoron).

Na czym to polega? Tak, oczywiście Adam Bodnar realizował głównie agendę lewicową, choć zabierał się też za sprawy ważne z mojego, wolnościowego punktu widzenia. Interweniował np. w kwestii zatrzymywania z automatu prawa jazdy przy przekroczeniu prędkości na terenie zabudowanym o minimum 50 km/h czy w ostatnim czasie krytykował – słusznie i celnie – działania policji, bawiącej się w milicję. Nie można mu było przy tym jednak zarzucić, że jest zwykłym przedłużeniem którejś z partii opozycyjnych. W swojej lewackości był szczery i uczciwy, a w dobie trudnych do zniesienia przykładów skrajnego uzależnienia jest to jednak jakaś wartość.

Oczywiście można spytać, czy te działania RPO, które można uznać za sensowne, nie miały przede wszystkim źródła w dojmującej potrzebie dogryzienia władzy i czy zdarzyłyby się, gdyby rządziła Platforma lub Lewica. Cóż, tego wiedzieć nie będziemy. Jest to jednak supozycja zasadna. I tu dochodzimy do aberracji, która dzisiaj każe mi myśleć o pacyfikacji Adama Bodnara z żalem – jakkolwiek światopoglądowo jestem od niego na drugim biegunie. Otóż urząd RPO pod kierownictwem Bodnara stał się słabą, bo słabą, ale jakąś jednak przeciwwagą dla bezprecedensowego zawłaszczania państwa przez obecną władzę. I wbrew sensowi tego urzędu, a za sprawą tego, jak swoje rządy sprawuje Zjednoczona Prawica, stało się to pewną wartością. Jakkolwiek przecież rację mają ci, którzy wskazują, że RPO nie powinien być żadną przeciwwagą dla nikogo, tylko powinien po prostu sprawować pieczę nad prawami i wolnościami obywateli (dlatego zresztą najchętniej widziałbym na tym miejscu prawdziwego wolnościowca).

Pytanie brzmi zatem, jakiego rozwiązania życzylibyśmy sobie teraz. Wariant z prawdziwie niezależnym, niepokornym i wolnościowym RPO (jakim mógłby być np. Robert Gwiazdowski) upadł. Niestety, odpadł chyba też z powodu żenujących kalkulacji wyborczych pojawiający się co jakiś czas wariant z Lidią Staroń, która akurat na RPO mogłaby się dobrze nadawać, lecz PiS tego nie chce, bo rezygnacja przez nią z mandatu senatora w Olsztynie otworzyłaby niewygodny w tej chwili wyścig o obsadzenie tego okręgu w wyborach uzupełniających. Być może włącznie z kolejnym sporem w koalicji.

PiS uparł się – i to nie pomaga w osiągnięciu rozsądnego rozwiązania – żeby obsadzić w roli RPO po prostu własnego polityka. Mimo że przecież mógłby pójść w wariant podobny do tego z Bodnarem i sięgnąć po nawet skrajnie konserwatywnego działacza, niebędącego jednak po prostu członkiem partii, a więc dającego szansę na niezależność. Ot, choćby kogoś z cenionego przeze mnie Ordo Iuris. Ale nie – to się nie mieści w logice podporządkowywania sobie całkowicie państwa.

Załóżmy zatem, że zostaje RPO ktoś w rodzaju posła Wróblewskiego. Czy można w takim przypadku uznać, że gdy władza się zmieni, potencjalnie na taką o znaku przeciwnym niż obecni patriotyczni socjaldemokraci, tego typu RPO znów stanie się przeciwwagą, tak jak stał się nią Bodnar, tyle że tym razem po stronie poglądów konserwatywnych? Jestem tu bardzo sceptyczny. Po pierwsze – jeżeli wybory miałyby się odbyć w terminie (co dzisiaj bynajmniej nie jest pewne), czekałyby nas jeszcze dwa i pół roku coraz głębszego przykręcania śruby, którego oczywiście nie hamuje już Trybunał Konstytucyjny, a teraz nie hamowałby i RPO. Patrząc na tempo degeneracji władzy, taka perspektywa nie zachęca. Po drugie zaś – byłoby to już trwałe właściwie sprowadzenie RPO do roli czysto funkcjonalnej zamiast autonomicznej.

Nie wiem, jak teraz koalicja poradzi sobie z orzeczeniem TK, stawiającym przed nią zadanie rozwiązania problemu w ciągu trzech miesięcy, być może poprzez uchwalenie nowej ustawy o RPO. Wiem natomiast, że kolejny urząd ulega drastycznej degeneracji i jakby nie kombinować, nie jest to jednak przede wszystkim wina Adama Bodnara.

Inne wpisy tego autora

Lempart i sprzątaczka

Przed siedzibą PiS przy Nowogrodzkiej w Warszawie miała miejsce symboliczna scena. Nieco już zepchnięta na margines i zapomniana wulgarna aktywistka Marta Lempart pojawiła się tam,

„Oświeceni” kontra „foliarze”

Sanitaryzm znów naciera, tym bardziej agresywnie, im większy pojawia się rozdźwięk pomiędzy polskim liberalnym stanowiskiem w sprawie walki z epidemią a rozwiązaniami przyjmowanymi przez niektóre