Pałac Saski za 2,5 miliarda

Pałac Saski za 2,5 miliarda
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Po raz pierwszy pan prezydent Andrzej Duda wystąpił z pomysłem odbudowy Pałacu Saskiego (który to pomysł sam w sobie nie był nowy) podczas uroczystości 11 listopada 2018 r. Była to kulminacja obchodów stulecia odzyskania niepodległości, które – w mojej opinii – wyglądały bardzo słabo i ratowały je jedynie setki lokalnych inicjatyw.

Napisałem wówczas tekst do tygodnika „Do Rzeczy”. Postanowiłem teraz przypomnieć go w większej części na portalu WEI. Dalej zajmę się przygotowaną przez Kancelarię Prezydenta specjalną ustawą, dotyczącą odbudowy pałaców Saskiego i Brühla oraz reszty założenia.

***

7 grudnia 1724 roku na toruńskim rynku kat ściął głowę Johannowi Gottfriedowi Rösnerowi, byłemu burmistrzowi miasta, które w części zamieszkane jest przez protestantów. Był to fatalny finał tumultu toruńskiego, do którego doszło latem tegoż roku, a który zaczął się od drobnego incydentu – luteranin nie uchylił czapki, gdy mijała go katolicka procesja. Surowy wyrok na protestanckich przywódców (na śmierć skazano w sumie 11 osób) skądinąd bezkrwawego tumultu zapadł z pełną akceptacją króla Augusta II Mocnego i wywołał szok w Europie. Polska była już na cenzurowanym, przyprawiano nam gębę fanatyków, idących wbrew oświeceniowemu prądowi (co zresztą było w dużej mierze prawdą).

Politycznie saska Polska słabła, dodatkowo przeorana przez wyniszczającą wojnę północną (której stroną formalnie nie byliśmy). Tymczasem jednak 1724 był to również rok, w którym ukończono kompletną przebudowę Pałacu Saskiego. I nie był to wyjątek. W ostatniej części swojej „Rzeczypospolitej Obojga Narodów”, zatytułowanej „Dzieje agonii”, Paweł Jasienica pisze:

W schyłkowym okresie rządów Augusta II oraz za jego syna i następcy stolica państwa i kraj zdążyły się nie lada jako przyozdobić w sensie świeckim. W Białymstoku stanął nasz „Wersal podlaski”, pałac Branickich, w tej samej dzielnicy Potoccy dodali sobie splendoru Radzyniem, Radziwiłłowie zaś kazali przebudować i uświetnić swą siedzibę w Białej. Wiśniowieccy, Sułkowscy, Bielińscy, Sapiehowie nie pozostawali w tyle i nie mogło być inaczej, jeżeli – jak nas zapewnia ksiądz Jędrzej Kitowicz – całą magnaterię i co bogatszą szlachtę ogarnął wtedy wstręt do starzyzny.

Gruntowna przebudowa pierwotnego pałacu, kupionego przez króla w 1713 roku od rodziny Morsztynów, była połączona z budową całego założenia Osi Saskiej i trwała 11 lat – i to mimo że działo się to częściowo podczas wojny północnej. Samą Oś Saską kończył już August III.

W styczniu 1733 roku August II zrobił sobie przystanek po drodze z rodzimej Saksonii do Warszawy. Zatrzymał się w Krośnie Odrzańskim, gdzie biesiadował, a właściwie odbył libację z pruskim ministrem Grumbkowem. Przy czym była to libacja jednostronna, bo Grumbkow się oszczędzał, a August II Mocny robił to, co zawsze: pił na umór mimo słabego zdrowia. Ta popijawa okazała się jego ostatnią. Do Warszawy wprawdzie dojechał, ale 1 lutego nad ranem skonał właśnie w Pałacu Saskim.

Pałac pozostawał własnością Sasów do drugiej dekady XIX wieku, kiedy kupił go rząd Królestwa Polskiego. Kolumnada łącząca skrzydła budynku, której niewielki fragment stoi do dziś, powstała dopiero w czasie kolejnej przebudowy z lat 1838–1842 w miejsce wyburzonej środkowej oficyny. XIX wiek to dla budynku czas degradacji i upadku.

Począwszy od 1841 roku, przez 58 lat bezpośrednio przed pałacem stał znienawidzony przez warszawian pomnik oficerów lojalistów, upamiętniający polskich wojskowych, którzy zginęli z ręki powstańców listopadowych – zresztą w części w okolicznościach wystawiających zapalczywym podchorążym nie najlepsze świadectwo. Gdy pomnik przeniesiono na Plac Zielony (dziś Plac Dąbrowskiego), jego miejsce po kilkunastu latach zajął monumentalny sobór św. Aleksandra Newskiego. Długo jednak nie zagrzał miejsca wprost przed dawną królewską rezydencją. Zburzono go w latach 19241–26 jako symbol rosyjskiej dominacji. W tym też okresie na Placu Saskim stanął pomnik księcia Józefa Poniatowskiego, dziś zdobiący dziedziniec Pałacu Prezydenckiego (Namiestnikowskiego).

Po 1918 roku w Pałacu Saskim mieścił się Sztab Generalny Wojska Polskiego oraz słynne Biuro Szyfrów. W 1925 roku zaś w arkadach pałacu umieszczono Grób Nieznanego Żołnierza.

Pałac przetrwał rok 1939 i został wysadzony dopiero 29 grudnia 1944 roku przez Niemców. Razem z nim wyleciał w powietrze sąsiedni Pałac Brühla.

Pomysł odbudowy Pałacu Saskiego po raz pierwszy pojawił się na początku wieku, gdy uchwałę w tej sprawie w 2003 roku przegłosowała Rada Warszawy. Koszt odbudowy szacowano wówczas na 201 mln złotych, zaś koszt odtworzenia całej zachodniej pierzei Placu Saskiego na 550 mln złotych. W styczniu 2004 roku ogłoszono przetarg na odbudowę pałaców Saskiego i Brühla w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego, okazało się jednak, że nikt nie był zainteresowany. Przetarg zatem unieważniono i uznano, że PPP nie jest odpowiednią formą dla tej inwestycji. Następnie zdecydowano o odbudowie pałacu ze środków miasta. Koszt miał wynieść 160 mln złotych. Podjęto prace archeologiczne, odsłonięto oryginalne fundamenty pałacowe, które nawet można było przez jakiś czas oglądać. W 2007 roku wpisano je do rejestru zabytków. Ostatecznie Hanna Gronkiewicz-Waltz, tłumacząc się problemami finansowymi miasta, odłożyła projekt odbudowy, jak się okazało, ad Calendas graecas.

Ile odbudowa kosztowałaby dzisiaj? Według Stowarzyszenia Saski 2018, koszt pozostaje podobny jak ponad dekadę temu. Odbudowanie Pałacu Saskiego miałoby kosztować 262 mln złotych, a Pałacu Brühla (przed wojną siedziby MSZ) – 305 mln złotych. Całościowe odtworzenie Placu Saskiego, czyli odbudowa obu pałaców i kamienic przy ul. Królewskiej to, według szacunków stowarzyszenia, blisko 673 mln złotych. […]

Jak na ironię, fundatorem pałacu był król, którego rządy kojarzymy z czasami upadku polskiego państwa. Czy August II Sas nie śmieje się gdzieś w zaświatach, widząc, że dziś chcemy odbudowywać jego siedzibę jako symbol potęgi Rzeczypospolitej?

***

Duża część przywołanego tekstu była poświęcona zastrzeżeniom dotyczącym bardzo ogólnikowego tonu deklaracji głowy państwa. Pominąłem ją, bo teraz dostajemy ustawę, która jest z kolei aż do przesady szczegółowa. Wielkich i doniosłych przedsięwzięć nie ogłasza się na ponad 90 stronach i w 57 artykułach. Lecz cóż – w przeładowanym regulacjami systemie prawnym tak to musi wyglądać.

Ustawa jest zatem bardzo obszerna i pewien jestem, że gdy zostanie przeanalizowana przez prawników wyspecjalizowanych w prawie własnościowym lub budowalnym, zgłoszą oni swoje zastrzeżenia. Znaczna jej część dotyczy bowiem wywłaszczeń lub odszkodowań za różnego rodzaju utrudnienia, jakie może spowodować budowa lub już odbudowany obiekt.

Ja specjalistą w tych dziedzinach rzecz jasna nie jestem, więc zwrócę uwagę jedynie na kilka dość ewidentnych kwestii.

Po pierwsze – do odbudowy ma być powołana spółka celowa, podobnie jak to się stało np. w przypadku Centralnego Portu Komunikacyjnego. Ustawa opisuje, jakie wynagrodzenia mogą przysługiwać członkom zarządu (maksymalnie może ich być troje) oraz rady nadzorczej (sześć osób) spółki celowej. Proste wyliczenie zgodnie z podanym kryterium (maksymalnie pięciokrotność wysokości przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w czwartym kwartale roku poprzedniego, ogłoszonego przez Prezesa GUS) wskazuje, że obecnie mogłyby to być pieniądze, sięgające prawie 30 tys. zł miesięcznie. U mnie wywołuje to niesmak. Wielki projekt odbudowy ważnego historycznie obiektu ma się stać źródłem naprawdę niezłych zarobków dla kilku osób. I gdyby jeszcze rządy PiS pozwalały ufać, że taki cel – mówiąc brutalnie: upasienie się na publicznej kasie – nie będzie przy tej okazji realizowany, że chodzi tu jedynie o rekrutację skutecznych menadżerów – można by na to przymknąć oko. Tak jednak nie jest. Jest niestety wręcz przeciwnie: obecna władza jest pod tym względem o wiele poziomów poniżej głoszonych przez siebie standardów.

Gdyby tak się złożyło, że w trakcie odbudowy zmieniłaby się władza – spokojnie, na spółce celowej mogą się upaść również zaufani z nowego rozdania, bo zarząd powołuje oczywiście rada nadzorcza, do której po jednej osobie wskazują prezydent RP, premier, minister finansów, prezydent Warszawy oraz dwie osoby – minister kultury.

Po drugie – kompletnie niezrozumiały jest absurdalnie wręcz wysoki koszt odbudowy. Jak wspominałem w tekście sprzed niespełna trzech lat, choć wyliczany koszt przedsięwzięcia z czasem rósł, to jednak nie sięgnął on w ówczesnych, całkiem niedawnych kalkulacjach nawet miliarda. Tymczasem w uzasadnieniu ustawy szacowany jest na niemal 2,5 mld zł na przestrzeni 10 lat. Szkoda, że w żaden sposób tej gigantycznej sumy nie uzasadniono.

Raz, że może ona budzić olbrzymie wątpliwości. Dwa, że moment na rozpoczynanie tak kosztownego, a przecież jedynie symbolicznego przedsięwzięcia jest jak najgorszy. Budżet jest drastycznie nadwyrężony, NIK dopiero co wskazał na coraz częstsze stosowanie kreatywnej księgowości, znacznej części podatników ten sam Polski Ład, którego częścią ma być odbudowa pałaców, grozi poniesieniem nowych obciążeń podatkowych, a na dodatek wszystko dzieje się w czasie, gdy ceny surowców biją wieloletnie rekordy.

Po trzecie wreszcie – rzucanie się na tak głęboką wodę, jak odbudowa pałaców przy Placu Saskim przez obecną władzę wygląda absolutnie niepoważnie, jeśli przypomnieć sobie, że ten sam rząd nie był w stanie zrealizować do dziś dwóch znacznie mniej ambitnych inwestycji natury symbolicznej: Muzeum Bitwy Warszawskiej oraz pomnika mającego uczcić tę samą rocznicę. W obu przypadkach, jeżeli nawet do sfinalizowania kiedyś dojdzie, będzie to już grubo po okrągłej rocznicy. Trudno tu zaakceptować jakiekolwiek tłumaczenia – to po prostu kompromitacja, szczególnie dla ekipy, która wielokrotnie podkreślała, jak ważne są kwestie tożsamościowe. Dotychczasowe dokonania w tej dziedzinie każą traktować wszelkie podobne inicjatywy z bardzo głęboką nieufnością.

Wszystko to nie oznacza, że jestem zagorzałym przeciwnikiem odbudowy Pałacu Saskiego oraz Pałacu Brühla – choć, prawdę mówiąc, nie jestem też do końca przekonany, czy jest to akurat najważniejszy utracony przez Polskę w czasie wojny obiekt wart odbudowy. W dziedzinie ochrony dziedzictwa kulturowego i spraw tożsamościowych jestem – jak już zaznaczałem wielokrotnie – bardziej konserwatystą niż liberałem i uważam, że państwo ma tutaj do odegrania istotną rolę, a symbole są również istotne. Ważne jednak, żeby odbywało się to w warunkach maksymalnej otwartości, przejrzystości, racjonalności finansowej, a nie było po prostu budowaniem sobie przez władzę własnych pomników na zasadzie ulotki wyborczej. Niestety, w przypadku prezydenckiego projektu tak to trochę wygląda.

Gdy PiS po raz pierwszy zaczął podkręcać temat reparacji – cynicznie wykorzystywany wielokrotnie przez posła Arkadiusza Mularczyka do jego własnych politycznych celów – miałem nadzieję, że przy oczywistej niemożności wyegzekwowania od Niemiec jakichkolwiek „reparacji” (o przyczynach pisałem niejednokrotnie, w tym w „Do Rzeczy”) właśnie projekt odbudowy pałaców na Placu Saskim może się stać początkiem wspólnie uzgodnionego programu partycypacji państwa niemieckiego w odtworzeniu choćby części dóbr kultury zniszczonych przez okupanta. Jednak tego typu przedsięwzięcie wymagałoby właśnie obustronnych uzgodnień, a te – co oczywiste – byłyby zależne od dobrej woli Berlina. Czy taka by się pojawiła – trudno orzec. Jasne jest natomiast, że o żadnych podobnych rozmowach nie ma mowy, skoro dla obecnej władzy Niemcy są naczelnym chłopcem do bicia i instrumentem mobilizacji betonowego elektoratu w kraju.

Choć przyznać trzeba, że dziś zaczyna z nimi konkurować Ameryka Joe Bidena.

Inne wpisy tego autora

Non possumus!

Za filozofa idąc radą, nareszcie sobie to uświadom, że Wolność właśnie tkwi w przymusie i z entuzjazmem poddaj mu się. By mogła zapanować Równość, trzeba

Hołowni promocja pajdokracji

Być może jedną z największych wad współczesnych demokracji jest całkowita rezygnacja z niemal wszystkich form cenzusu. Jakiś już czas temu pisałem na blogu WEI o

Fit For 55 jak bandycki napad na dom

Pragmatyzm w życiu i w polityce nie jest z definicji naganny. Wręcz przeciwnie – jeśli stoi za nim metodyczna prakseologia, ale też (dotyczy to głównie