Państwo ma być nieludzkie

warzecha_avatar

Doceniasz tę treść?

W miarę jak pogarsza się pogoda i robi się coraz zimniej, sytuacja na polsko-białoruskiej granicy także robi się, co oczywiste, coraz trudniejsza dla tych, którzy próbują ją nielegalnie przekroczyć, a ryzyko śmierci, choćby z zimna, rośnie. Obserwuję w mediach społecznościowych, jak kolejni moi koledzy o konserwatywnych poglądach przyłączają się do chóru osób, domagających się, aby Polska zaczęła do nielegalnych migrantów podchodzić inaczej. Nie żądają, żeby otworzyła swoje granice dla ludzi, których próbuje do nas przerzucić Łukaszenka – to jasne. Ale chcą pomagania tym, którzy już granicę przekroczyli i są narażeni na niebezpieczeństwo na terytorium Polski.

Tak piszą już od jakiegoś czasu Tomek Terlikowski, ostatnio także Marcin Kędzierski z Klubu Jagiellońskiego czy Stefan Sękowski z „Nowej Konfederacji”. Wszyscy bardzo mocno podkreślają, że wychodzą z chrześcijańskich nakazów udzielenia pomocy bliźniemu. Stefan dopiero co pokazywał sondaże, z których wynikało, że najmniej chętni do niesienia takiej pomocy migrantom są w Polsce właśnie katolicy.

Szanuję moich kolegów i wiem, że, w przeciwieństwie do opozycji, oni naprawdę wychodzą ze szlachetnych, autentycznych pobudek, wśród których na pierwszym miejscu jest ich wiara. Po ludzku doskonale to rozumiem. Zresztą częściowo – można mieć nadzieję – ich oczekiwania są jednak spełniane. Polska Straż Graniczna nie zostawia bezpośrednio zagrożonych ludzi na pastwę losu, wzywa zespoły ratownictwa do tych, którzy mają się źle, zaś jednostki SG mają przy sobie wszystko, co potrzebne do ratowania i wspomagania zmarzniętych, z ciepłymi napojami i posiłkami energetycznymi włącznie. Inna sprawa, że przez trwający zakaz wstępu mediów nie dostajemy informacji również o takich sytuacjach, gdy polscy funkcjonariusze kogoś uratowali. Dostajemy za to montypythonowskie w duchu opowieści np. OKO Press o tym, jak Straż Graniczna przerzuciła nad ogrodzeniem „29-letnią Judith z Konga” w widocznej 2-miesięcznej ciąży, a ta później poroniła. Takich opowieści z mchu i paproci jest sporo. Niewpuszczanie mediów to błąd władzy, ale ta najwyraźniej nie zamierza się z niego wycofać.

Jednak co do zasady – muszę moich szanownych, szlachetnych kolegów oskarżyć może nie o szkodliwy dla państwa sentymentalizm, jako że ten na ogół nie ma źródła w autentycznej wierze, ale o pomylenie moralności prywatnej z moralnością państwową. W ramach moralności prywatnej powinniśmy kierować się dokładnie takimi przesłankami, jakie podają Terlikowski, Kędzierski czy Sękowski. Głodnego nakarmić, zmarzniętego ogrzać, być miłosiernym nawet dla wroga. Oczywiście nie zawsze da się to zrobić i nie zawsze człowiek jest w stanie kierować się tymi wytycznymi – czasami nie staje charakteru albo emocje są zbyt silne. Jednak generalnie tak właśnie między ludźmi być powinno.

Ale już zgoła inaczej ma działać państwo jako organizacja, której obywatele powierzyli troskę o swoje bezpieczeństwo. Państwo nie może działać jak pojedynczy człowiek, ponieważ ma obowiązki wobec własnych obywateli. Państwo to rzecz jasna także ludzie nim kierujący. Na nich spada najtrudniejszy obowiązek, ponieważ muszą się wznieść ponad swoje prywatne etyczne zasady. Państwo nie ma sumienia i mieć go nie może. Państwu nie wolno zachowywać się jak dobry Samarytanin, jeśli tylko naraża to w jakikolwiek sposób bezpieczeństwo jego obywateli. Państwo czasami musi być wprost bezwzględne.

Nie chciałbym, żeby dzisiaj Ministerstwem Spraw Wewnętrznych kierowali Terlikowski lub Kędzierski, bo obawiam się, że nie byliby w stanie zrezygnować ze swojej „ludzkiej” moralności na rzecz moralności państwowej, a to dałoby migrantom sygnał, że wysiłki w celu przedostania się przez granicę czynić warto, bo jeśli się już do Polski dostaną, polskie państwo troskliwie się nimi zajmie, zamiast spychać z powrotem na Białoruś. A skoro nie zostaną odrzuceni, to jest większa szansa, że szybko dostaną się do Niemiec, co jest ich celem.

W czasie kryzysu migracyjnego z lat 2015–2017 mnóstwo było opowieści o migrantach przypływających do Europy na byle czym. Wciąż zdarza się, że czytamy takie rzeczy: kolejny statek przepełniony ludźmi pchającymi się nielegalnie do Europy został uratowany w ostatniej chwili. Takie jest prawo morskie – ratować ludzi na morzu trzeba. Ale są państwa, które takich rozbitków nie lokują nawet na głównej części swojego terytorium. Tak działa na przykład Australia, która centra imigracyjne, gdzie czekają potencjalni uchodźcy na przetworzenie swoich wniosków, ma w Papui-Nowej Gwinei czy Nauru (gdzie ma być przeniesiony cały ruch). To działa na nielegalnych migrantów bardzo zniechęcająco: jeśli zostaną przechwyceni, nie trafią nawet na australijskie terytorium. Będą się kisić nie wiadomo ile na jednej z pacyficznych wysepek. Ta australijska praktyka jest regularnie krytykowana przez czułe serduszka z organizacji praw człowieka, ale nie zmienia się ani na jotę. I dobrze.

Polskie państwo ma obowiązki przede wszystkim wobec własnych obywateli, tak jak człowiek ma obowiązki przede wszystkim wobec swoich najbliższych. W przypadku ludzi możliwe są postawy heroiczne, zaprzeczające tej zasadzie – jak choćby w przypadku rodzin, które wiedząc o zagrożeniu, przechowywały w czasie niemieckiej okupacji Żydów. Heroizmu jednak od nikogo wymagać nie można, zaś państwu jest on wprost zakazany. Obowiązkiem polskiego państwa jest dzisiaj prowadzić politykę maksymalnego uszczelnienia wschodniej granicy i pokazywania wszystkim chętnym do jej nielegalnego przekroczenia, że to się nie opłaca.

Jest jednak jeszcze jeden aspekt, którego moi konserwatywni koledzy nie biorą pod uwagę: odpowiedzialność za własne decyzje. Można oczywiście zakładać z dużym prawdopodobieństwem, że przemytnicy ludzi przedstawiali swoim klientom sytuację w kłamliwy sposób, jako zbyt łatwą. Nie zmienia to faktu, że jeśli podejmuje się bardzo ryzykowną decyzję, to przede wszystkim samemu ponosi się odpowiedzialność za jej skutki. Przypominałem w ostatnim czasie kilkakrotnie, jak manipulowano w 2015 r. wizerunkiem wyrzuconego na plażę w Grecji ciała małego Alana Kurdiego. I przypominałem, że za jego śmierć odpowiadał przede wszystkim jego ojciec, który miał w Turcji względnie bezpieczne życie, ale chciał skorzystać z niemieckiej opieki socjalnej i dlatego wybrał się z synami w skrajnie niebezpieczną drogę przez morze do Grecji.

Za wszystko, co może spotkać dzisiaj nielegalnych migrantów do Polski, odpowiadają przede wszystkim – poza reżimem Łukaszenki na wyższym poziomie – oni sami. Polska ma prawo się bronić. Szczególnie że – czego również moi koledzy wydają się nie zauważać – sytuacja już nie na granicy, ale w środku kraju staje się coraz trudniejsza. Powtarzają się informacje o próbach przewożenia przez Polskę imigrantów do Niemiec, zakończonych groźnymi pościgami, oddawaniem przez policję strzałów, ucieczką przewożonych ludzi gdzieś do lasu, często już daleko od wschodniego obszaru przygranicznego. To jest realne zagrożenie dla obywateli. Zdeterminowani i ścigani migranci mogą być zwyczajnie niebezpieczni i obawiam się, że jest tylko kwestią czasu, gdy pojawią się pierwsze takie historie.

Państwo ma być twarde i pozbawione sentymentów, a także – jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało – ludzkich uczuć, gdy idzie o obronę własnych obywateli. Granice minimum mają wyznaczać przepisy prawa – i to wszystko. Łatwo mówi się o chrześcijańskiej postawie we własnym imieniu. Nikt nie ma prawa szermować takimi hasłami w imieniu 38 milionów ludzi.

Inne wpisy tego autora

Dlaczego Ukraińcy mają chęć walczyć

Trudno analizować to, co dzieje na ukraińskich frontach, lecz jedno wydaje się pewne niezależnie od ostatecznego rezultatu: Władimir Putin się przeliczył. Nie doszacował zarówno zdolności

Justin Trudeau podziwia Chiny

Gdyby mnie ktoś dzisiaj zapytał, czy Kanada jest wciąż demokratycznym krajem, miałbym problem z odpowiedzią. Owszem, także dlatego, że nie jest dziś łatwo zbudować sensowną