Reformatorzy kontra hunwejbini

Reformatorzy kontra hunwejbini

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Gdybym miał odtworzyć sposób myślenia i działania Jarosława Kaczyńskiego, to powiedziałbym, że prezes PiS ma się najgorzej wówczas, kiedy funkcjonuje w okolicznościach bezkonfliktowych. Wówczas siada mu motywacja, inwencja i następuje ogólne oklapnięcie. Ale gdy tylko pojawiają się jakieś problemy, a najlepiej – poważne konflikty, Jarosław Kaczyński natychmiast czuje się jak ryba w wodzie i od razu szuka kolejnych pól do walki. Im więcej, tym lepiej. Wobec czego sam wymyśla następne konfrontacyjne wątki lub przynajmniej wznieca te zarzucone.

Coś takiego dzieje się właśnie, jak się wydaje, w sprawie sądownictwa. Prezes PiS zapowiedział, że kontynuowana będzie tak zwana reforma wymiaru sprawiedliwości, której dwa główne punkty to przebudowa i ograniczenie kompetencji Sądu Najwyższego oraz spłaszczenie struktury sądownictwa powszechnego. Te dwa przedsięwzięcia oznaczałyby kompletne przeoranie systemu – w szczególności spłaszczenie struktury sądów.

Zawzięci krytycy obecnej władzy odrzucają oczywiście całkowicie nie tylko każdą proponowaną zmianę w systemie sądownictwa, ale też niemal każdą diagnozę, której autorem jest partia rządząca. Tymczasem – jak analizują między innymi Stefan Sękowski i Tomasz Pułról, autorzy świeżo wydanej, bardzo ciekawej książki „Upadła praworządność. Jak ją podnieść”, czy jak stwierdza prof. Antoni Dudek – diagnozy problemów w sądownictwie PiS miał akurat całkiem celne. Kompletnie inną sprawą jest, jakie znalazł remedia na problemy oraz jak je wcielał w życie.

Trudno mi wypowiedzieć się na temat zmian, które PiS chciałby teraz wprowadzać. Czy spłaszczenie struktury sądów jest dobrym rozwiązaniem? Bardzo możliwe, że tak, lecz z pewnością wymagałoby to długich analiz, dyskusji, danych. Podobnie jak być może należy przemyśleć kwestię zakresu kompetencji SN. Nie ma jednak nadziei na dobrą dyskusję w tych sprawach, bo – szczególnie gdy wchodzi w grę wymiar sprawiedliwości – wszelką debatę zastąpiły plemienne deklaracje, nawet jeśli mają pozór rozważań prawnych. Tak naprawdę jednak jest to spór polityczny i był taki od samego początku, czyli od momentu, gdy pod koniec 2015 r. PiS zabrał się za Trybunał Konstytucyjny.

Nie przyjmuję z góry, że PiS ma teraz złe pomysły, choć patrząc na jego dotychczasowe działania trudno być przesadnym optymistą. Jestem jednak całkowicie pewien dwóch kwestii.

Po pierwsze – że wcielenie tych pomysłów w życie oznaczałoby kolejne bitwy z Brukselą. Pytanie brzmi, z jakimi dla Polski skutkami i czy jest nam to naprawdę w tym momencie najbardziej potrzebne. Po drugie – znacznie ważniejsza kwestia – byłby to ciąg dalszy dezorganizacji wymiaru sprawiedliwości, a koszty tejże ponieśliby zwykli obywatele trafiający do sądów w różnych rolach. Jeśli dotychczasowe działania spowodowały wyraźne wydłużenie czasu oczekiwania na rozstrzygnięcie – a trzeba przypomnieć, że ma to kapitalne znaczenie również dla obrotu gospodarczego; sprawna i wydajna gospodarka nie może funkcjonować bez sprawnego sądownictwa gospodarczego – to te, które obecnie zapowiada Kaczyński, dołożą się do już istniejącego chaosu i zagrożą całkowitym paraliżem. Gdyby faktycznie chodziło o dostęp do sądownictwa i jego uczciwość, rządzący powinni się teraz skupić na udrożnieniu systemu, który w dużej sami doprowadzili do stanu gorszego niż w chwili, kiedy go przejmowali. Wiadomo jednak, że nie o to chodzi.

Lecz warto spojrzeć dalej niż perspektywa roku albo najwyżej dwóch – a tu nie ma już żadnej odpowiedzi. PiS wydaje się wciąż działać tak, jakby nigdy nie miał władzy utracić. Nietrudno odczytać logikę Kaczyńskiego: trzeba tak ustawić i nastroić różne mechanizmy państwa, żeby poprzez to wzmocnić własne szanse na kolejne kadencje. Nie jest to konserwatywne w duchu kształtowanie instytucji, które mają służyć obywatelom i przetrwać dziesięciolecia, lecz rewolucyjne robienie partyjniackiej polityki poprzez personalia. A to zasadnicza różnica. Przy okazji psute są faktycznie często złe, dotychczas funkcjonujące rozwiązania, ale w ich miejsce nie są wcale tworzone lepsze. Wręcz przeciwnie.

Tymczasem po drugiej stronie twardnieje armia radykałów, którzy jedyne remedium na problemy widzą w całkowitym i hunwejbińskim w swojej naturze odwróceniu wszelkich dokonanych w ciągu ostatnich sześciu lat zmian. To ci, którzy uznają między innymi, że sędziów nominowanych przy udziale – jak ją nazywają – „neo-KRS” należy po prostu uznać za nominowanych bezprawnie. Podobnie jak po stronie władzy, tak i tutaj nie widać żadnej refleksji o kosztach, które w wyniku takiej operacji ponieśliby obywatele.

Nie wierzę, prawdę mówiąc, w realizację tej skrajnej wersji „przywracania praworządności” po zmianie władzy. Nie mam natomiast wątpliwości, że im ostrzejszy kurs władza weźmie teraz, tym bardziej wzmocni się grupa prąca do takich właśnie rozwiązań, bo akcja rodzi reakcję. A tym samym tym trudniej będzie osiągnąć jakąkolwiek równowagę i stabilność wymiaru sprawiedliwości, bo po skrajnym rozchwianiu go przez „reformy” PiS, po zmianie władzy przyjdzie czas na dalsze kołysanie łodzią, tym razem w imię „naprawy”.

Ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje dzisiaj polskie sądownictwo, to kolejne genialne pomysły Zbigniewa Ziobry lub „przywracanie rządów prawa” według planów sędziów Żurka, Tulei czy Przymusińskiego. To dwie strony tej samej monety.

Inne wpisy tego autora

Lempart i sprzątaczka

Przed siedzibą PiS przy Nowogrodzkiej w Warszawie miała miejsce symboliczna scena. Nieco już zepchnięta na margines i zapomniana wulgarna aktywistka Marta Lempart pojawiła się tam,

„Oświeceni” kontra „foliarze”

Sanitaryzm znów naciera, tym bardziej agresywnie, im większy pojawia się rozdźwięk pomiędzy polskim liberalnym stanowiskiem w sprawie walki z epidemią a rozwiązaniami przyjmowanymi przez niektóre