Socjalistyczny rak

Socjalistyczny rak

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Metody działania realnego socjalizmu są od dziesiątków lat takie same. Nic dziwnego, skoro ten sam jest też realny socjalizm, choć przebiera się na różne sposoby i nazywa się – to ostatnio szczególnie modne – na przykład „zrównoważonym rozwojem”. Socjalizm zawsze polega na tym, żeby uregulować w gospodarce i życiu społecznym to, co nie powinno być regulowane i co doskonale reguluje się samo. Pretekstem do tych regulacji jest, że coś jest dla ludzi „dobre”, co orzeka Rada Mędrców Socjalizmu, złożona z aktualnie sprawujących władzę.

Życie, rzecz jasna, nie poddaje się łatwo tego typu regulacjom, więc szybko znajdują się sposoby omijania wprowadzonych restrykcji – przy czym trzeba przypomnieć, że „omijanie” nie oznacza łamania prawa, choć tak to chcą przedstawiać socjaliści. „Omijanie” to w istocie jedynie wykorzystywanie możliwości, jakie dają przepisy, a o których socjaliści (znów: jak zwykle) nie pomyśleli w momencie ich tworzenia. Socjaliści bowiem w ogóle są raczej słabi w przewidywaniu skutków własnych działań.

Gdy życie okazuje się sprytniejsze od socjalistów, ci pałają świętym oburzeniem i szybciutko wymyślają kolejne regulacje, które mają łatać te „omijane”. I tak się to kręci, przy czym życie ostatecznie niemal zawsze wygrywa, nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach.

Lecz nie jest to wygrana bezkosztowa. Kosztem jest stracony ludzki czas, inwencja, pożytkowana na wymyślanie sposobów omijania regulacji zamiast na polepszanie biznesów, również pieniądze, a w jakiejś części przypadków – straty związane z sankcjami, nakładanymi dla przykładu na niektórych. Socjalizm jest jak rak, wysysający siły z przedsiębiorczych ludzi, dążących do wolności. Zmuszający ich, żeby zajmowali się głównie walką z nim, a nie budowaniem własnej pomyślności.

Dokładnie taki proces widzimy w przypadku zakazu handlu w niedzielę, którego „uszczelnienie” przegłosował Sejm w piątek aż 272 głosami. To klasyczny przykład socjalistycznego raka.

Na temat zakazu handlu napisałem wiele tekstów, w których pojawiły się już wszystkie możliwe argumenty. Dlatego bez ich rozwijania przypomnę je tutaj tylko hasłowo.

Po pierwsze – państwo nie jest od wychowywania obywateli. Nie jest od tego, żeby za pomocą nakazów i zakazów organizować nam czas wolny. Tymczasem niektóre przesłania, dotyczące zakazu niedzielnego handlu (z materiałami telewizji państwowej na czele) sprawiały wrażenie, jakby bazowały wprost na wzorcach z najgłębszej komuny. Albo z Korei Północnej, gdzie troska Ukochanego Przywódcy obejmuje każdą chwilę życia obywatela.

Po drugie – absurdem jest zakładać, że pozbawieni możliwości robienia zakupów w niedzielę obywatele zaczną spędzać czas na rodzinnej integracji. Ta rodzinna integracja bywała właśnie często wspólnym wyjściem do centrum handlowego, szczególnie w mniejszych miastach. Gdzie zresztą centra handlowe, w które zakaz uderzył, są zwykle własnością polskich, a nie zagranicznych inwestorów.

Po trzecie – nie ma żadnego logicznego uzasadnienia, aby zakazem objąć akurat handel. Zwolennicy zakazu stwierdzają, że handel „nie jest konieczny” i dlatego można go zakazać. Ale kto decyduje, co jest konieczne, a co nie? Dlaczego nie jest „konieczny” handel, a kina czy kawiarnie są „konieczne”? Arbitralne definiowanie „konieczności” działania danej branży jest bardzo groźne, bo za moment może się okazać, że nie jest niezbędnych wiele innych usług, działających w niedziele.

Po czwarte – zakaz doprowadził nie do rozkwitu, ale do upadku ogromnej liczby małych sklepów. To efekt, który wcześniej zadziałał na Węgrzech, ale rząd Orbána miał dość rozumu, żeby się z zakazu w związku z tym wycofać. W Polsce trzeba było spłacać polityczny dług „Solidarności”. Problemy małych sklepów wynikają z łatwej do przewidzenia zmiany nawyków zakupowych: Polacy zaczęli robić większe sprawunki w soboty oraz inne dni tygodnia i uzupełnianie ich w małych sklepach przestało być potrzebne. Dodatkowo uderzono we właścicieli małych sklepów, zabraniając im stawiania w niedziele za ladą pracowników. Był to cios zwłaszcza dla drobnych przedsiębiorców, będących właścicielami dwóch, trzech niewielkich punktów, których sami nie są w stanie obsłużyć.

Po piąte – zakaz ogranicza wolność pracowników. Mitem była konieczność pracy w każdą niedzielę, a tak przedstawiali sytuację zwolennicy zakazu. Pracownicy miewali wolne inne dni w tygodniu, dzięki czemu mogli załatwiać wtedy np. sprawy w urzędach. Siedem dni pracujących dawało większą elastyczność grafików. W niedziele pracowali też często studenci, mogący sobie w ten dzień dorobić. W dodatku były rozsądne propozycje alternatywne wobec zakazu, w tym specjalna stawka za pracę w ten dzień tygodnia oraz konieczność zagwarantowania dwóch wolnych niedziel w miesiącu.

Po szóste – absurdalny jest argument o „przymusie”, któremu mieli podlegać pracownicy handlu. Każda podejmowana praca jest powiązana z tak rozumianym „przymusem” – koniecznością pogodzenia się ze związanymi z nią ograniczeniami i pewnymi niedogodnościami, ale przecież doskonale znanymi pracownikowi przed podjęciem zajęcia. Dziennikarze mają nienormowany czas pracy, obejmujący praktycznie cały tydzień. Piloci – bardzo nieregularny tryb pracy, łączący się z rozregulowaniem biologicznego zegara. Policjanci narażają zdrowie i życie, w dodatku musząc się stykać z patologią. Maklerzy giełdowi są narażeni na ogromny stres, a nierzadko muszą pracować w nietypowych godzinach, w rytm uruchamiania światowych giełd. Kelnerzy są cały czas na nogach, pokonując w ciągu dnia długie kilometry. I tak dalej, i tak dalej. Zgłaszanie przez kogokolwiek pretensji do tego, że jako pracownik sklepu musi pracować w niedzielę – w czasie, gdy była to norma – można porównać do sytuacji, gdy policjant z sekcji zabójstw zgłaszałby pretensję, że musi oglądać zwłoki, a nauczyciel – że musi panować nad dużą grupą młodych ludzi. Była to po prostu część tego zawodu.

Po siódme – nie jest żadnym argumentem to, że ktoś może nie mieć alternatywy. Gdyby brak alternatywy dla zatrudnienia w handlu miał być argumentem za zakazem pracy w niedzielę, trzeba by uznać, że państwo ma interweniować w każdej sytuacji, gdy pracownik podjął pracę inną niż jego zajęcie marzeń. Czyli w przypadku prawdopodobnie 95 procent profesji.

Po ósme – opowieści o straszliwych warunkach pracy w dużych sklepach oddają stan rzeczy sprzed co najmniej dekady. Można odnieść wrażenie, że niektórzy utkwili w epoce Bożeny Łopackiej i jej bojów z Biedronką, czyli ponad 15 lat temu. Od tego czasu zmieniło się mnóstwo. Wielkie sieci windowały wynagrodzenia, poszukując pracowników i dzisiaj oferują na wejściu kwoty przekraczające 4 tys. zł brutto, a do tego zestawy pracowniczych bonusów.

Po dziewiąte – odjęcie jednego dnia pracy w tygodniu dodatkowo obciążyło pracowników. Niedziela może jest wolna, ale za to w sobotę pracuje się do bardzo późna, a w poniedziałek zaczyna bardzo wcześnie.

Po dziesiąte – nie jest prawdą, że każde zakupy można zrobić w inne dni tygodnia. Zakaz handlu w niedziele uderzył w osoby, które pracują nieregularnie albo do późna w tygodniu. A dotyczy przecież nie tylko – o czym się zapomina – sklepów spożywczych, ale również AGD czy meblowych. Czyli tych, gdzie na wybranie towaru potrzeba czasu i weekend był często jedynym momentem, gdy można to było w spokoju zrobić.

Po jedenaste – główna motywacja wprowadzenia zakazu była najczyściej polityczna. PiS musiał spłacić dług wobec Piotra Dudy, który w 2016 r. miał w swoim związku wybory na przewodniczącego i na gwałt potrzebował sukcesu. A że kierowana przez Alfreda Bujarę sekcja pracowników handlu jest wyjątkowo liczna, tu trzeba było zadziałać.

Dzisiaj widać, że zakaz niedzielnego handlu idzie wbrew tendencjom rynkowym i opinii publicznej. Tegoroczny sondaż pokazał, że przeciwko zakazowi jest aż 55 proc. Polaków i jest to wyraźna zmiana wobec poprzednich badań. Przeciwników z każdym rokiem przybywa. Jednocześnie łatwo przewidzieć, jaka będzie konsekwencja utrzymania zakazu: przyspieszona automatyzacja sklepów. Takie bezobsługowe sklepy oparte na smartfonowych aplikacjach już w Polsce funkcjonują, choć na razie na zasadzie pilotażu, ale wobec postępu technologii ich liczba na pewno wkrótce wzrośnie. A to oznacza zwolnienia w handlu.

Na to wszystko wchodzi lobbysta „Solidarności” w Sejmie, były przewodniczący związku, Janusz Śniadek z projektem ustawy likwidującej w praktyce wyjątek pocztowy, coraz liczniej wykorzystywany przez sieci handlowe. Jak wyglądało głosowanie?

Nie jest zaskoczeniem, że „za” głosowali wszyscy obecni na sali posłowie PiS – 224 osoby. Nie jest też zaskoczeniem, że na „tak” był cały klub Lewicy, bardzo prawdopodobny przyszły koalicjant PiS. Jak wiadomo w sprawach gospodarczych czy covidowych PiS i lewica piją sobie z dzióbków.

Ciekawe jest jednak, że „za” głosowało również wszystkich sześcioro posłów Porozumienia, z Jarosławem Gowinem na czele. Trzech posłów Kukiza z nim samym również poparło projekt – z wyjątkiem jak zawsze idącego osobną drogą Stanisława Tyszki, który był przeciw. Wyjątkiem wśród głosujących gremialnie posłów Koalicji Obywatelskiej był niezłomny Franciszek Sterczewski, który powinien czym prędzej zmienić przynależność klubową i znaleźć się w Lewicy. Przeciwko było całe siedmioosobowe koło Polski 2050.

Największym rozczarowaniem może być natomiast dla wielu postawa części posłów Konfederacji. Tam, jak w wielu już wcześniej innych sprawach, nastąpił podział na skrzydło liberalne i narodowe, przy czym narodowcy (Krzysztof Bosak, Krystian Kamiński, Krzysztof Tuduj, Michał Urbaniak i Robert Winnicki) poparli uszczelnienie ustawy. Przeciwko byli natomiast liberałowie (Jakub Kulesza, Dobromir Sośnierz, Artur Dziambor i Konrad Berkowicz; Janusz Korwin-Mikke nie głosował, był nieobecny ze względu na sprawy zdrowotne).

Postawa skrzydła narodowego Konfederacji wydaje się o tyle niezrozumiała, że jego członkowie muszą sobie doskonale zdawać sprawę, że uczestniczą w politycznej grze PiS z „Solidarnością”, której nie są podmiotem. W tej sprawie zadziałali zatem jak klasyczni pożyteczni idioci, chyba żeby uznać, że było to zagranie będące jakimś kroczkiem w ewentualnym kontredansie poprzedzającym ściślejszy sojusz posłów tej frakcji z partią rządzącą. Ale na to dowodów nie ma.

Głos narodowców nic by tu zresztą nie zmienił – ustawa przeszłaby i tak. Mogli zatem spokojnie wstrzymać się od głosowania, tak jak zrobiło całe koło Polskie Sprawy, flirtujące z wolnorynkowym przekazem (Zbigniew Girzyński, Agnieszka Ścigaj, Paweł Szramka i Andrzej Sośnierz). To wydawałoby się postawą najrozsądniejszą.

Skoro jednak ta część Konfederacji głosowała, jak głosowała, trzeba sobie zadać pytanie, czy osoby upatrujące w tej eklektycznej formacji wolnorynkowego czempiona nie ulegają jednak iluzji. Dopóki Konfederacja jest w opozycji, tego typu podział nie ma na ogół znaczenia dla ostatecznego rezultatu głosowania. Ale gdyby miała się stać w przyszłości koalicjantem partii rządzącej – jak pogodzić etatystyczne ukąszenie narodowców i liberalne poglądy wolnorynkowców?

Inne wpisy tego autora

Czas moralnego fast-foodu

Od czasu do czasu warto zastanowić się nad źródłami politycznych patologii i populizmów. Politycznych w szerokim znaczeniu, czyli obejmujących całość życia społecznego, które przecież polityka

O wydaleniu Ziemkiewicza i bitwie pod Azincourt

„Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale oddam życie, abyś mógł je głosić” – miał stwierdzić Voltaire. Faktycznie nigdy tych słów nie napisał (może powiedział,