Wielka manipulacja emocjami

Wielka manipulacja emocjami

Doceniasz tę treść?

Kto uważnie śledzi dyskusje, informacje i analizy, dotyczące antyepidemicznych działań, ten musiał zauważyć, że w ciągu ostatnich kilkunastu dni w sferze publicznej pojawiły się wątki niepozostawiające już wątpliwości co do tego, jak rządzący widzą obywateli: nie jako partnerów w walce z wirusem, ale jako stado, które trzeba odpowiednio tresować.

 

Przypomnijmy kolejność wydarzeń. Najpierw mieliśmy głośną wypowiedź w RMF prof. Miłosza Parczewskiego, członka rady medycznej przy premierze. Prof. Parczewski powiedział, że badań na temat rozpowszechniania się wirusa u fryzjerów nie ma, a wiele krajów nigdy takich biznesów nie zamykało, a następnie dodał, że ostatnio ukazało się badanie pokazujące, jak niewielka część transmisji wirusa ma miejsce na dworze, więc „noszenie maseczek na dworze jest bez sensu”. Od tego czasu głosy na rzecz zniesienia tego uciążliwego obowiązku zaczęły się pojawiać coraz częściej. Dołączył do nich nawet skonfliktowany od jakiegoś czasu z rządem covidowy celebryta, doktor Paweł Grzesiowski.

Pytanie w sprawie maseczek postawił na Twitterze także Grzegorz Jankowski, dziennikarz Polsat News, który dawno temu przyjął rolę naczelnego medialnego panikarza czasów epidemii. Odpowiedział pan minister Niedzielski, a odpowiedzi tej warto się bliżej przyjrzeć. Otóż pan minister napisał, że odsetek zakażeń na wolnym powietrzu to „10 procent”, a przy dużej ogólnej liczbie zakażeń to bardzo dużo i dlatego zniesienia obowiązku zakrywania twarzy na otwartej przestrzeni nie będzie. Jako dowód szef resortu zdrowia załączył link do tekstu na portalu… podróżniczego magazynu „National Geographic”.

Tekst zatytułowany „Does everyone need to wear a mask outside? Experts weigh in” („Czy każdy musi nosić maseczkę na zewnątrz? Eksperci analizują”), napisany przez zawodową fotografkę bez żadnego wykształcenia naukowego, był popularnym omówieniem problemu. Co ważne, nie pojawia się w nim informacja, że na powietrzu dochodzi do 10 procent zakażeń, ale taka, że dochodzi tam do poniżej 10 procent zakażeń – a to przecież zasadnicza różnica.

Artykuł zawiera tylko jedno odniesienie do konkretnych danych. Jest to badanie przeglądowe autorstwa czworga naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego oraz Uniwersytetu Berkley (również w Kalifornii), w którym zestawili oni dane o liczbie zakażeń na wolnym powietrzu, ujawnioną w siedmiu innych badaniach, z czego pięć dotyczy SARS-CoV-2, a dwa – grypy (H1N1), w jednym przypadku z roku 2009, w drugim – z czasów pandemii hiszpanki, z roku 1918. W przypadku trzech badań dotyczących obecnej epidemii dostajemy procentowy udział przypadków zakażeń na dworze wobec ogólnej liczby uwzględnionych przypadków transmisji (dwa pozostałe badania operują innymi, mniej czytelnymi wskaźnikami). W dwóch przypadkach jest to poniżej 1 procenta, w jednym 5 procent, lecz tutaj mamy do czynienia z powiązaniem zakażeń z wykonywaniem pracy.

Jak zatem widać, twierdzenie pana ministra było zwyczajnie nieprawdziwe. Albo mieliśmy do czynienia z celowym przekręceniem podawanych danych, tak aby wspierać przyjętą przez rząd narrację, albo – co bardziej prawdopodobne – Adam Niedzielski najzwyczajniej nie przeczytał tego, co cytował.

W tym samym mniej więcej czasie popularna stała się w sieci wypowiedź Jerzego Milewskiego, radnego PiS z Gdańska i byłego członka Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie Andrzeju Dudzie, w programie „Lustra” w TVP 3 Poznań. Pan Milewski stwierdził, że był świadkiem wykuwania się linii postępowania i od samego początku wśród osób decyzyjnych, których z nazwiska nie chciał wymienić, miało dominować przekonanie, że Polaków trzeba nastraszyć, żeby słuchali się władzy. To stwierdzenie nie powinno nas zaskakiwać, bo gość TVP 3 potwierdził jedynie to, co widać przecież od miesięcy gołym okiem – aczkolwiek to potwierdzenie ma swoją wagę.

Pan minister Niedzielski został zmuszony do tego, żeby odnieść się publicznie kolejny raz do kwestii nakazu noszenia maseczek na dworze, zaczęli bowiem o to pytać dziennikarze. Presja w tej sprawie ewidentnie narasta. Podczas niedawnej konferencji prasowej szef resortu zdrowia stwierdził zatem, że na dworze zdarzają się „różne sytuacje”, a zniesienie nakazu noszenia maseczek przez cały czas jest z jego punktu widzenia „nieakceptowalnym ryzykiem”. Odniesienia do jakichkolwiek konkretnych danych oczywiście już nie było.

Jak widać, nie mamy do czynienia z polityką racjonalnie ważącą korzyści do uciążliwości czy operującą na danych, wynikających z badań. Mamy do czynienia wyłącznie z dość prymitywnym zabiegiem socjotechnicznym, który bez wielkiej przesady można nazwać rodzajem tresury. Chodzi jedynie o to, żeby wytworzyć w ludziach bezwarunkowe przekonanie o trwaniu zagrożenia. Abstrahując od tego, czy ono rzeczywiście jest czy go nie ma oraz jakie jest jego natężenie, samo takie podejście do obywateli trudno zaakceptować.

Lecz takie postępowanie może mieć jeszcze jedną konsekwencję, z której rządzący zapewne nie zdają sobie sprawy, jako że w ogóle wydają się od ponad roku nieświadomi konsekwencji własnych działań, sięgających dalej niż jeden ruch do przodu. Otóż rozbudzany konsekwentnie od ponad roku strach w wielu ludziach pozostanie na długo lub zgoła na zawsze. Takie manipulacje ludzką psychiką na poziomie państwa mają bardzo poważne konsekwencje. Nie jest problemem spotkanie na wielkiej wirtualnej agorze osób cierpiących na covidową paranoję: siedzą w domu od miesięcy, prawie z nikim się nie widują, maseczkę noszą nawet tam, gdzie nie ma takiego wymogu. Gdy znów w końcu zostaną otwarte kina, teatry, muzea, restauracje i inne miejsca spędzania wolnego czasu, ci ludzie do nich nie wrócą i nie wydadzą tam swoich pieniędzy. Rządzący trwale zniszczyli ich poczucie bezpieczeństwa. Ba, te osoby będą przez lata zatruwały życie innym, w każdym widząc potencjalnego zabójcę, czyli nosiciela wirusa, co do którego są przekonani, że każde nim zakażenie równa się śmierci.

To zaś przełoży się na gospodarkę. Trudno dociec – bo takich badań chyba dotąd nie zrobiono – jak duża jest to grupa. Gdyby ktoś chciał je zrobić, powinien zadać pytanie w rodzaju „Czy po zakończeniu restrykcji wróci Pan/Pani do zwyczajów sprzed pandemii?”. Niech jednak będzie to choćby 30 procent społeczeństwa – już to wystarczy, żeby uderzyć w i tak już poszkodowane branże.

Ten skutek rządowej strategii był nieczęsto analizowany – a szkoda, bo to jedno z najcięższych oskarżeń. Dla osiągnięcia doraźnego efektu wymuszenia posłuszeństwa sięgnięto po ordynarną manipulację emocjami, niosącą z sobą długotrwałe skutki uboczne. Zamiast potraktować obywateli jak partnerów, potraktowano ich jak obiekt psychologicznego eksperymentu i tresury.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: PO-PiS działa

Kreatywna księgowość budżetowa kwitnie. Jak kiedyś w amerykańskim Enronie. Z tym że dyrektorzy Enronu – Kenneth Lay i Jeffrey Skilling – zostali skazani za nadużycia