Szaleństwo polskich elit

Szaleństwo polskich elit

Doceniasz tę treść?

Zrobić dobry film o tragicznej historii Żydów w czasie II wojny to z mało.  Trzeba jeszcze wygłosić rytualny manifest polityczny, zasugerować udział Polaków w holocauście i odciąć się od pisowskiego rządu, który film sfinansował. Dopiero wtedy można być uznanym za członka artystycznej elity obecnej Polski.

Rzadko zdarza się w polskim kinie tak dobry film, jak „Śmierć Zygielbojma”. Premierowy pokaz, który odbył się w środę wieczorem w Teatrze Narodowym, powinien być świętem twórców, instytucji finansujących projekt i oczywiście publiczności. Zaczęło się jednak od zgrzytu – reżyser Ryszard Brylski od razu odciął się od wicepremiera Piotra Glińskiego oraz zastrzegł, że obraz w żaden sposób nie kwestionuje odpowiedzialności narodu polskiego w zagładzie Żydów. Stwierdził też, że… produkcja ta nie może być upolityczniona. Czytane z kartki oświadczenie natychmiast zostało rozpowszechnione w Internecie, co świadczy tylko o teatralności gestu.

Dla osoby patrzącej na to z boku wyglądało to tak, jakby reżyser, chcąc się uwiarygodnić przed lewicowo-liberalną elitą, usprawiedliwiał się: „Wziąłem pieniądze od prawicowego rządu, ale się brzydziłem, a patriotyzm jest mi obcy”.

Problem jednak w tym, że o twórcy bardziej niż słowa mówią jego dzieła. A „Śmierć Zygielbojma” jest nie tylko niezłym filmem, ale uczciwie opowiada prawdziwą historię. Brylski zrealizował poruszający obraz o tym, jak Żydzi i Polacy w czasie II wojny światowej starali się nagłośnić zbrodnie, dokonywane przez Niemców na narodzie żydowskim w okupowanej Polsce. W filmie widzimy bezradność tytułowego żydowskiego działacza i polskiego emisariusza Jana Karskiego, którzy pragną zainteresować przywódców państw alianckich losami milionów niewinnie mordowanych kobiet, mężczyzn i dzieci. Eksterminacja całego narodu nikogo jednak wówczas w Londynie nie interesowała.

Po kilkudziesięciu latach od tamtych tragicznych wydarzeń obraz Ryszarda Brylskiego ma szansę uświadomić widzom za granicą niewygodną prawdę, która wypierana jest ze świadomości zachodnich społeczeństw. Reżyser z zaangażowaniem i wrażliwością opowiedział więc część polskiej historii, która zasługuje na wieczną pamięć. Ostrość widzenia tej tragedii zdaje się świadczyć o jego głęboko zakorzenionym poczuciu sprawiedliwości oraz patrzeniu na najnowsze dzieje z perspektywy bliskiej wszystkim polskim patriotom. Dostrzega wszak obłudę Zachodu, dramat ofiar oraz bezradność, a wreszcie prowadzącą do samobójstwa, rezygnację żydowskiego działacza Szmula Zygielbojma. Film ten – mimo zastrzeżeń i manifestów Ryszarda Brylskiego – staje się znaczącym elementem polskiej polityki historycznej, rozumianej jako przypominanie światu faktów, które nigdy nie powinny ulec zapomnieniu. „Śmierć Zygielbojma” zdaje się krzyczeć o tym, do czego prowadzi obojętność.

Fakt, że współtwórca – Brylski był obok Wojciecha Lepianki współautorem scenariusza – tak znaczącego filmu zamiast być dumnym ze swojego dzieła, wygłosił podczas premier polityczny manifest, który przeczy dziełu, jakie stworzył, jest objawem szaleństwa, które przybiera na sile.

Trudno to odbierać inaczej niż jako chęć przypodobania się tej części opinii publicznej, która niechętnie patrzy na historię, w której Polacy występują jako bohaterowie pozytywni. „Śmierć Zygielbojma” pokazuje wszak historię na wskroś prawdziwą, której daleko do antypolskiej publicystki Jana Tomasza Grossa, Barbary Engelking czy Jana Grabowskiego. Być może właśnie tego na koniec przestraszył się Ryszard Brylski i postanowił wyprzeć się przesłania swojego dzieła.

Na szczęście jednak film zostanie, a żenujący występ reżysera za kilka tygodni zostanie zapomniany. Jeśli natomiast drobny skandal ma być ceną za tworzenie filmów przedstawiających światu prawdziwą historię Polski, to myślę, że afront z premiery nie jest wysoką ceną, a wicepremier Piotr Gliński i tak będzie miał satysfakcję, że był inicjatorem powstania tej produkcji.

Jedyne co w „Śmierci Zygielbojma” mogło zaskakiwać to mocne wyeksponowanie w jednej ze scen udziału policji żydowskiej w likwidacji warszawskiego getta. Trudno rozstrzygać, czy było to konieczne w filmie traktującym o obojętności świata wobec eksterminacji narodu żydowskiego. Prawem twórcy jest jednak poruszanie nawet najtrudniejszych fragmentów historii.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: Liberalne wiatraki

Zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE? I jak bardzo podnieść ceny? Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE