Pandemia to… reforma oświaty. Wykorzystajmy to! 

Pandemia to… reforma oświaty. Wykorzystajmy to! 
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Jan Wróbel

publicysta i nauczyciel 1 Społecznego Liceum Ogólnokształcącego „Bednarska”

oraz Bednarskiej Szkoły Realnej

 

 

  • Koronawirus w zaskakujący sposób przypomina wszystkie wielkie reformy w polskiej oświacie ostatnich 30 lat. Jest nagły, chaotyczny i nie ma od niego odwołania.
  • Nauczyciele – wbrew opiniom – radzą sobie dość dobrze z nowymi ekstremalnymi warunkami, ponieważ… wcale nie są takie nowe. Wielu miało już doświadczenia z użyciem technologii w dydaktyce.
  • Z drugiej strony pandemia ujawnia całkowitą bezradność MEN w radzeniu sobie z systemem oświaty i wskazuje, na konieczność uwzględnienia głosu nauczycieli w zarządzaniu nią.
  • Ostatnie lata to rozkwit oddolnych inicjatyw nauczycielskich, m.in. narad nauczycielskich, które mogą zostać wszczepione w system i pomóc w jego decentralizacji. 

 

Chcę Państwa przekonać do myślenia o szkolnych zmianach wywołanych pandemią, jako o nowym etapie toczącej się bez końca reformy systemu oświaty. Jestem za tym, aby wykorzystać doświadczenie, jestem przeciw aby e-nauczanie zaliczyć i… zapomnieć, kiedy wreszcie minie pandemiczna przyczyna. Zwłaszcza że tak mało jest prawdopodobne, by była to ostatnia pandemia w najbliższej przyszłości. Bardzo wielu z nas włożyło ogromnie dużo wysiłku i serca w to, by lekcje prowadzone na wygnaniu niosły coś pozytywnego naszym uczniom. Zmarnowanie doświadczeń tego dziwnego okresu byłoby piramidalną głupotą, choć łatwą do usprawiedliwienia. Mamy przecież dość! Kto wie, czy po powrocie do szkół wiosną nie będziemy topić laptopów zamiast Marzanny. Jeśli nawet tak się stanie, to po paru dniach euforii rozsądnie będzie laptop wyłowić, bo znowu się przyda. 

Sukces edukacji narodowej jest z zasady rozproszony. Urojeniem są sukcesy generalne i statystyczne, prawdziwe są sukcesy Twojego dziecka w jego szkole. Aby osiągać milion małych zwycięstw, trzeba wspierać dobre praktyki tysięcy pojedynczych nauczycieli, rugować złe. Ostatnie miesiące ułatwiają wytyczenie kierunku. Trzeba zacząć już teraz przygotowywać się na powrót szkoły do szkoły. Polką galopką w sprawie terminu tego powrotu zacieniliśmy zagadnienie znacznie poważniejsze – jak nadrobimy to, co da się nadrobić, jak poradzimy sobie z tym, że nadrobić da się mało. O tym, że rozwiązania dydaktycznych, emocjonalnych i wychowawczych zadań przyjadą z MEN, nawet nie ma co spekulować. Nie przyjadą (albo przyjadą pokraczne) – przynajmniej tak jest teraz, póki ministrów osadzamy w roli kieszonkowych dyktatorów z filmów Chaplina.

Nasze nauczycielskie życie toczy się równolegle w dwóch światach: indywidualnym i systemowym. W tym pierwszym stajemy oko w oko z klasą i staramy się zwykle wyrobić sobie opinię osoby zasługującej na szacunek. W tym drugim jesteśmy elementem wielkiej układanki wymyślonej wysoko ponad naszymi głowami, układanki zawierającej treść świadectw, zawartość programów nauczania, krój egzaminów zewnętrznych i nawet określoną długość lekcji, nie mówiąc o ich liczbie. Z jakiegoś powodu System wie lepiej, że Chin ma być tyle, a pantofelka tyle, w całej Polsce! Nauczyciel walczy o szacunek indywidualnie, lecz w zbroi przywiezionej mu przez kuriera z Ministerstwa Edukacji Narodowej. Nawet projekt tzw. Nowej Matury – projekt i tak, relatywnie, najmocniej konsultowany przed wprowadzeniem, a nie dopiero w trakcie, a na dodatek ponadprzeciętnie sensowny – na koniec został wprowadzony odgórnie i bez oglądania się na opór. Borykał się potem przez lata z cichym odrzuceniem przez niemałą część kadry nauczycielskiej oraz z fałszywymi zarzutami o „testomanię”. 

Kluczem do powodzenia każdej reformy szkolnej jest jej przeprowadzenie na obu planach: nauczycielskich emocji i struktur, w których toczy się szkolna aktywność. Ten pierwszy plan jest z reguły niedoszacowany, jakby nieważny. Trudno się dziwić, że środowisko nauczycielskie na ogół nie sprzyja centralnie sterowanym akcjom naprawiania oświaty.

Kiedy uzmysłowimy sobie te główne wektory pracy pod tablicą, możemy zrozumieć, co oznacza wymuszone „nauczanie zdalne” w życiu pedagogów i pedagożek. Cholerny koronawirus w zaskakujący sposób przypomina wszystkie wielkie reformy w polskiej oświacie ostatnich 30 lat. Jest głęboką zmianą strukturalną i wymusza bardzo zdecydowane zmiany w sposobach zachowania się nauczyciela i prowadzenia przez niego lekcji, bez podawania mu narzędzi, aby dawał sobie radę po zmianie. Uwaga, reforma! Życzymy powodzenia! Jedyną, efektowną, różnicą między ostatnią „reformą” a poprzednimi wstrząsami jest taka, że „koronareforma” wprowadzana jest bez pytania o zdanie Ministerstwa Edukacji Narodowej. 

Sposób, w jaki ministerstwo reaguje na tę zaskakującą działalność rywala, rzuca snop światła na jego zasoby. Król jest nagi.

I to jest pierwsza, bardzo istotna lekcja z pandemii – system potocznie zwany „nadzorem pedagogicznym” nie podnosi jakości pracy polskiej szkoły. Ile razy przed pandemią spotkaliście się Państwo z taką sytuacją, że wizytator wysłał nauczycielom znanej mu, bo gorliwie nadzorowanej szkoły, pomocnego mejla: 

‘Hej, przetłumaczyliśmy właśnie e – lekcję ze stronki austriackich nauczycieli „Maniacy Zdalnej Matmy”. Przesyłam i proszę o odzew, czy to dobry pomysł. Jeżeli tak, przetłumaczymy więcej ☺ ☺. A propos, poprosiliśmy Marię z podstawówki nr 6 z Ostródy, aby zrobiła więcej przyrodo-prezentacji, tych do uzupełniania przez uczniów, bo świetnie jej to wychodzi. Lada dzień dosyłam 4 ju. Pzdr’ ? 

Nie inaczej jest i teraz. Na czas intelektualnie trudny tzw. nadzór schował głowę w piasek. Po prostu nie wie, jak pomóc szkołom. Nie umie zaktywizować nauczycieli, którzy w czasach siedzenia w domu pracują na półgwizdka, nie umie wykorzystać dorobku tych nauczycieli, którzy wobec nowej rzeczywistości rzucili się, aby próbować nowych narzędzi. Nie zna on tych narzędzi, nie jest świadom porażek i osiągnięć szkół zagranicznych (a w końcu pojęcie „fińskiej szkoły” obrosło już taką legendą, że nasi pracownicy nadzoru pedagogicznego powinni mieć już za sobą z dziesięć staży w tej Mekce europejskiej edukacji). Poznałem wielu wizytatorów i nawet ze dwie kuratorki. Bywają w tym gronie ludzie naprawdę inteligentni – jednak nawet najzdolniejszy wędkarz kiepsko łowi samą wędką, bez żyłki…

Dla przykrycia bezradności tenże nadzór wysyła szkołom rozmaitej jakości linki tzw. edukacyjne, które chaotycznie pozbierał „ktoś z MEN” itd. Jeżeli przypomnę Państwu wiosenną burzę w sprawie telewizyjnej dydaktyki rozpoczętej we współpracy z nieocenioną TVP, to nie dlatego, aby znowu pastwić się nad nauczycielkami. One zachowały się bardzo dzielnie, lecz nie dostały wartościowego wsparcia od instytucji wysyłającej je na pożarcie. Natomiast zwraca uwagę pustka myślowa decydentów, którzy w momencie alarmu uruchomili, tak po polsku, znajomości: ten zna X z telewizji, a ten jest moim kolegą z partii albo z wojska i akurat pracuje w kuratorium itd. Jakiś zespół aktywnych w Internecie nauczycieli, który mógłby zacząć działać z marszu dobrze? Działający, najlepiej od lat, we współpracy z MEN? Zapomnij. A może chociaż skorzystać z umiejętności tych nauczycieli, którzy (gdzie bylibyśmy bez Zosi – Samosi?) od lat dobrze działają w Internecie – niech nauczać innych, jak to się robi? E, po co… Każde otwarte drzwi należy i tak wyważać – to zwyczajowe zawołanie kierownictwa resortu edukacji. 

Oczywiście, zdarzają się spotkania na zoomie z kuratorami i ich zastępcami – zazwyczaj większość spotkania wypełnia przeczytanie tego, co widać na ekranie (dzięki opanowanej przez nadzór trudnej sztuczki z share screen). Nie brak budujących treści patriotycznych. Nie uwierzycie Państwo, ale to prawda: kuratorium mazowieckie rozsyłało dyrektorom i dyrektorkom mejle z dobrymi radami jak świętować Dzień Niepodległości. W skrócie: „W tym uroczystym i podniosłym Dniu wielką radością będzie spotkanie uczniów, ich rodziców oraz szanownej Kadry Pedagogicznej przez kamerkami naszych domowych komputerów i wspólne, dumne odśpiewanie Hymnu Narodowego. Niech w tej doniosłej chwili…” itd. 

Tym właśnie zajmuje się nadzór w miesiącach, w których spada na nauczycielskie głowy druga odsłona pandemii. Przykład daje sam minister, który jak gdyby nigdy nic, wśród padających na szkoły pocisków zajął się… nową, pilną reformą. Programową. Bo chociaż jest z PiS, to programy przyjęte przez PiS kilka lat temu już pachną mu lewizną. Jak uczyć zdalnie? Dalej nie wiemy. Jak coś tam sobie pomajstrować z podręcznikami i nazwać to reformą? Wiemy. Wystarczy zadzwonić do nauczyciela akademickiego Marka i ekspertki Hani, zamknąć ich w MEN na kilka dni i reforma gotowa – nic, tylko wysłać ją nauczycielom do obowiązkowej realizacji, a po wysłaniu skonsultować społecznie. 

W tym miejscu Czytelnik może upomnieć się o dobre imię MEN, które wsparło zakupy prywatne pracowników oświaty niebagatelną sumą 500 złotych i zakupy samorządów dla szkół w ramach projektu „Zdalna Szkoła – wsparcie Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej w systemie kształcenia zdalnego”. W ramach tego projektu wydano 185 mln złotych, a więc dużo (à propos, 85% tej sumy pochodziło z funduszy unijnych). Jesienią uruchomiono program „Zdalne nauczanie +”, znowu wykładając poważne sumy polsko – unijne. Trzeba docenić sens tych projektów i sprawność ich wdrożenia, i to we współpracy z samorządami pomimo modnego teraz pisowskiego obrażania się na autonomię samorządów. Argumentów na rzecz istnienia ministerstwa i jego kuratoriów wysnuć jednak z tej aktywności nie sposób. Gdyby nie istniał MEN, inne ministerstwo podjęłoby się zapewnienia środków na modernizację oświaty, zwłaszcza we współpracy z samorządami za pieniądze z grantu UE. Jakaś wiedza na temat edukacji nie była tutaj wcale potrzebna (tę wykazywał samorząd albo wprost nauczyciel). Ministerstw unowocześniania Polski nam nie brakuje, skądinąd „Zdalne nauczanie…” i tak realizowane było we współpracy z Ministerstwem Cyfryzacji. 

Inne działania edukacyjnego Lewiatana? Żonglowanie zapewnieniami, że kontrolujemy sytuację, żonglowanie terminami zaczynania / niezaczynania zajęć szkolnych, dostarczanie maseczek, lifting przepisów maturalnych. Cóż, terminarzem mogłaby zarządzać Kancelaria Premiera, a o tym, czy szkoła ma prowadzić zajęcia hybrydowo, zdalnie czy stacjonarnie to najlepiej, gdyby decydowała sama szkoła (czy naprawdę uważamy dyrektorki polskich szkół za osoby mniej odpowiedzialne i mądre, niż nasi ministrowie?), maturami powinna zajmować się Centralna Komisja Egzaminacyjna, jedna z lepiej działających instytucji w tym kraju. Nagi król, co zrozumiałe, przesuwa zainteresowanie w stronę działalności administracyjnej, aby odsunąć uwagę od golizny intelektualnej. Aktywność ministra Piontkowskiego a teraz ministra Czarnka z reguły nie dotyczyła intelektualnej zawartości pakietu starań o większą wartość nauczania zdalnego. Po wielu dekadach odwracania się od środowiska nauczycielskiego jako mało życzliwego kolejnym wielkim i małym reformom, nikt w MEN nie ma umiejętności zarządzania energią i aktywnością nauczycieli. Uruchomienie tej energii teraz byłoby ozdrowieńcze dla jakości naszej pracy w czasie pandemii… ale pandemia w końcu minie, a minister zostałby z tą energią jak Himilsbach z angielskim.

Przejdźmy teraz na drugą stronę – nauczycielską. Tutaj pandemia pokazała bardzo wiele z tego, co w szkołach po prostu jest, a wcale nie pojawiło się wraz z nowymi ekstremalnymi warunkami pracy.

Po pierwsze, nauczyciele dzielą się na lepszych i gorszych. Niby żadne odkrycie, ale niewygodne prawdy nie są wypowiadane, chyba że coś się sypnie. Właśnie się sypnęło i widzimy z jednej strony nauczycieli zaradnych, popełniających błędy, ale zaangażowanych w walkę z losem, z drugiej nauczycieli praktycznie wycofanych – coś tam dłubią przy komputerze, wysyłają jakieś zadania, ale nie dbają o to, czy ich praca niesie skutek, bo w żaden skutek „dziwacznego nauczania” nie wierzą. Rzeczywiście, e – nauczanie klas 1 – 3 to orka na ugorze pod górkę Syzyfa, nawet najbardziej pomysłowi i aktywni nauczyciele mają ręce spętane (przekazują za to uczniom bezcenny przykład dzielności). Im dzieciak większy, tym jaśniej jednak rozumie, że Pani od przyrody stara się, a Pani od polskiego e-udaje.

W kilku zdaniach wypada trochę bronić tych „wycofanych”. W jakimś stopniu padają ofiarą siebie, to prawda. Nikt im nie bronił używania w nauczaniu nowych technik (nowych dla nas, dla 12-latków taką „nową techniką” to bywa raczej książka), przetestowania w lepszych czasach plusów i minusów nauczania, zadawania, sprawdzania poprzez łącza. Często w ogóle są to ludzie osadzeni w nostalgicznym wspomnieniu, że kiedyś było lepiej i nastawieni nieprzychylnie nowinkom, nawet tej, by wypełniać dziennik elektroniczny, zamiast starego, dobrego papierowego… W dużym stopniu padają oni jednak ofiarą przyjętego odgórnie kierunku: nauczyciel, tak po prawdzie, nie ma obowiązku posługiwać się technikami zdalnego nauczania i nie ma obowiązku być twórczym. 

Uwaga, autor tego artykułu był i pewno pozostanie zwolennikiem dość tradycyjnych metod nauczania. Edukacja, tak w ogóle, nie ma być „nowoczesna”. Ma być, na wielu poziomach, skuteczna. Proszę mi zatem nie tłumaczyć, że „komputer nie zastąpi lekcji”, a prąd nauczyciela. Tyle że opracowanie filmu edukacyjnego pobranego przez uczniów z sieci, nauczenie się materiału poprzez platformę edukacyjną czy przygotowanie się do sprawdzianu dzięki prezentacji dostępnej w sieci itd. itp. to już dzisiaj tradycyjne nauczanie. Kiedy zaczynaliśmy zdalne nauczanie ogarniać (przepraszam za kolokwializm!) wiosną 2020 roku wcale nie zaczynaliśmy zupełnie od zera. Jak zawsze w tej pracy, zaczynaliśmy od tego, co już umieliśmy. Otóż wielu z nas trochę umiało posłużyć się nośnikami wiedzy innymi, niż głos i podręcznik oraz miało za sobą praktykę samodzielności. 

Wyobraźmy sobie przez chwilę, że System, nie działa tak, jak działa, tylko tak, jak mógłby i powinien działać. Czyli nie służy transmisji oczekiwań Góry mającej nadzieję, że „ci na dole” jakoś sobie poradzą. Jest oparty na założeniu, że zarówno nauczanie, jak i projektowanie i sprawdzanie efektów pozostaje w rękach zespołów nauczycielskich, a ministerstwo, skoro jest, pełni raptem rolę koordynatora tych wysiłków. W takim systemie pierwsze co się wydarza w momencie nagłego zwrotu akcji – wysłanie nauczycieli i uczniów ze szkoły przed komputer – rozpoczyna się wymiana najpierw pytań, a potem doświadczeń.

Posłużę się przykładem w mikroskali. Uczę w dwóch szkołach, akurat dość broniących swojej autonomii i uznających spory zakres autonomii pracownika. W obu przełomowym punktem w pracy „w pandemii” okazały się e- spotkania, podczas których zrobiliśmy przegląd podjętych działań. Wnioski? Dominuje neuroza nauczycieli, którzy zadali za dużo, za to wszyscy na raz. W jednej ze szkół powstał wspólny plan lekcji, w którym pojawiły się zadawane prace – plan kontrolują wychowawcy i w razie potrzeby biją na alarm. Później wprowadzono „dni świstaka” – bez „normalnych e – lekcji”, to czas na wyrównywanie zaległości w pracach domowych etc. W drugiej wprowadzono wspólne testy różnych nauczycieli tego samego przedmiotu. W obu podjęto decyzję o nowym planie lekcji, z dłuższymi przerwami, a lekcjami krótszymi – skoro praca indywidualna ucznia jest ważna, musi on mieć czas, by ją wykonać, a nauczyciel, aby ją sprawdzić. Przed pierwszym września w jednej ze szkół zdecydowano się na tzw. innowację pedagogiczną, dzięki której uczniowie mieli część lekcji stacjonarnie, ale część jednak w domu. Wszystkim zapewniło to większy komfort psychiczny w pracy i wszystkim zapewniło to lepsze przygotowanie do spodziewanej drugiej fali pandemii. W drugiej ze szkół zdecydowano się wykorzystać pierwsze tygodnie po 1 września na bardzo liczne wyjazdy bardzo wielu uczniów. Znowu, komfort psychiczny osób chodzących do szkół wzrósł, a kiedy przyszła spodziewana (!) druga fala pandemii, młodzież była dzięki wyjazdom lepiej zrośnięta ze szkołą; opłaciło się. W innych znanych mi szkołach część ocen zdobywa się poprzez odpowiedzi małych uczniowskich zespołów, razem się przygotowujących. Sam prawie zrezygnowałem z klasówek na rzecz dwu-, trzy- osobowych „kartkówek z lektur”. Gdzieś indziej w szkole średniej działa świetlica – oczywiście może do niej przyjść raptem garść osób, jak na Wigilię, niemniej dla niejednego ucznia możliwość nawet jednorazowego uczestniczenie w zajęciach z grupką ludzi jest sposobem psychicznego wzmocnienia się. W wielu szkołach pracuje się nad tym, aby to od uczniów dowiadywać się, co wychodzi, co nie wychodzi. O ilu dobrych praktykach nie wiemy, ponieważ nauczyciele ze wszystkich szkół nie dzielą się swoimi wysiłkami (i vice versa)?

Najważniejsza konkluzja z tych działa: nauczyciel pewniej się czuje, kiedy realizuje plan działań przygotowany i nadzorowany przez zespół. Są pewno szkoły, w których krótsze e-lekcje nie byłyby rozwiązaniem (choć, prawdę mówiąc, wątpię), są takie, w których nie da się upchnąć wiele wartościowych wyjazdów w krótkim terminie. I tak dalej. Nie sądzę, by istniały szkoły których jakości nauczania zdalnego, a więc nowego i często niewygodnego, nie poprawia solidarność.

Z punktu widzenia pedagogicznego e-edukacja niesie wiele smutnych obserwacji. Najlepiej (jak zawsze) najlepiej w trudnych chwilach radzą sobie dzieci z niezłym kapitałem kulturowym całej rodziny – no i materialnie dobrze zaopatrzone, by w domu nie było bitwy o sprzęt. Najwięcej tracą ci, dla których szkoła – z budynkiem, ludźmi, dziwacznymi nieraz regułami, była jedynym doświadczeniem społecznym i edukacyjnym. W każdej chyba szkole pojawiły się problemy z dziećmi znikającymi, najpierw z ekranu, potem z lekcji. Zazwyczaj dotyczy to tych dzieci, które także w tradycyjnej szkole trzymały się z boku, ale wtedy łatwiej było je otoczyć jakąś pedagogiczną opieką. (À propos: słyszeliście państwo, aby ministerstwo szkoliło dodatkowe zastępy psychologów i psychiatrów, którzy potrzebni będą w znacznie większym wymiarze, zarówno nauczycielom, jak i ich podopiecznym? W oświacie żyjemy jak w PRL-u: są jakieś ministerialne plany 5-letnie, tyle że co roku brakuje sznurka do snopowiązałek, właśnie wtedy, kiedy jest potrzebny). Zachwiał się cały system oceniania, ponieważ oparty jest on na paradygmacie samodzielnie i pod kontrolą zdobywanych ocen, a nie ma teraz jak zapewnić samodzielności bez kontroli – wychodzą skutki wieloletnich procesów kształcenia pod programy, a nie pod zainteresowania…

Pandemia pokazała, jak wiele nauczycielek i nauczycieli odrobiło pracę domową, albo jeszcze przed 2020 rokiem, albo już „za pierwszej pandemii” i w świecie zdalnej edukacji nie czuje się jak kursant Nauki Jazdy zmuszony do prowadzenia TiR-a z naczepą. Jeszcze przed jesiennym powrotem pandemii często zderzałem się z pytaniem: „Co my, rodzice, zrobimy z tą wiedzą o was, nauczycielach”? No, nie wiem! Jednak to prawda, że w pandemii pokój nauczycielski wyłożył karty na stół. Ten okazał się sympatyczną niedojdą, która takich zawiłości jak zoom to z uśmiechem, ale nie ogarnia. Tamten wysłał 150 zadań do wypełnienia (chyba przez całą rodzinę – nie na darmo mówi się: „praca domowa”, czyli dla całego domu), a że sprawdza je sam, to w styczniu sprawdza jeszcze prace z listopada. Ktoś inny sporo ogarnął, i jego lekcje bez lekcji jakoś się toczą. Nie idealizujmy zdalnej edukacji – krzyknie ktoś. Słusznie. Nie idealizujmy, podobnie jak nie idealizujmy edukacji prowadzonej w przypominającym koszary budynku, wśród licznych zastępstw, bo grypa, bo angina, bo śnieg spadł… Szkolna nuda nie pojawiła się wraz z pandemią, nonsensownych prac domowych nie wynaleziono w roku stulecia Bitwy Warszawskiej. Komputerowa niezguła zazwyczaj była i przedtem niezgułą, psychol był psycholem, a energiczny, ale uważny wobec swoich uczniów, raczej nie stał się takim, dopiero kiedy wirus szkoły zamknął. 

Bardzo wiele sensu – i nonsensu – szkoły widać od marca niczym w specyficznym „Big Brother”. Co zrobimy z tą wiedzą my, nauczyciele? 

Tak się składa, że niedługo przed pandemią środowisko nauczycielskie zaktywizowało się, jak chyba nigdy. Z kilku prężnych inicjatyw – w tym Ja, nauczyciel – wyłonił się bodaj najciekawszy ruch oświatowego środowiska, „Narady Obywatelskie o Edukacji”. Ponieważ narady były zdecentralizowane (nareszcie!), zabrało w nich głos 4500 osób, a spotkań obyły się setki. Warto zrozumieć jak mogło dojść do takiej aktywności i warto zrozumieć, gdzie pojawiły się blokady. Otóż mogło dojść, bo pojawił się ponadpartyjny i ponadśrodowiskowy autorytet instytucjonalny (i zarazem personalny!): „Stocznia” Jakuba Wygnańskiego. „Stocznia” – to mądrze pomyślany i aktywny NGO… i tyle. Nie jest Fundacją Sorosa ani fundacją Orlen. Dobry pomysł i ogromna wiarygodność Wygnańskiego wystarczyły, aby skrystalizowała się działalność wielu tysięcy ludzi pragnących edukacji podniesionej na wyższy, by tak rzecz, level.

Sensownym jest zapytać, czy można jeszcze raz poderwać ludzi do narad… i walki. Odpowiedź jest oczywista – tak, o ile spełnimy kilka warunków brzegowych. Po pierwsze, narady nie mogą odbijać się od ministerstwa, muszą być strukturalną częścią systemu podejmowania decyzji rządowych, a nie instytucją alternatywną. Po drugie, muszą mieć wieloletnią gwarancję stałej dotacji, a fundamentem struktury muszą być nauczyciele, którzy również tę część swojej oświatowej działalności mają opłaconą jako część etatu. Po trzecie, wizytatorzy muszą być zarówno członkami Narad, jak i pracującymi (jasne, że na część etatu) nauczycielami – nadzór trzeba realizować w poziomie, a nie w pionie. 

Wcale nie jest łatwo uzyskać od nauczycieli pakiet celnych rozwiązań systemowych, ponadszkolnych. Z oczywistego powodu – na ogół doświadczenia aktywnego nawet nauczyciela dotyczą głównie jego własnej pracy. System wymaga innego spojrzenia niż klasa. Tyle że ten argument łatwo zbić: zapewnijmy aktywnym nauczycielom doświadczenie współzarządzania oświatą, a sprawni liderzy i sprawne liderki się wyłonią. Jest struktura, jest cel – to jest i działanie. (W końcu, przyjęło się, że dyrektor(k)ami szkół są pracownicy szkół, a nie absolwenci studiów menadżerskich i jakoś nie brakuje w całej Polsce szkolnych dyrekcji!). Nic tak jak działanie w kryzysie nie uwidacznia, że kwanty energii rozproszone są wśród nauczycieli, dyrektorów, ekspertów (czasem), stowarzyszeń, nieraz mających charakter nieformalny, jak grupa na Facebooku. Niespokojne duchy polskiej edukacji mają wspólną cechę: postrzeganie „reformowanie oświaty” jako nadawanie sensu własnej pracy. Nie mają łatwo partyzanci otoczeni nie tylko biurokracją oświatową i samorządową, ale także tymi licznymi kolegami z pracy definiującymi reformy jako pakiet decyzji podejmowanych przez centrum. Pandemiczne zwroty akcji ukazują, jak niezborne i ociężałe centrum radzi sobie z wyzwaniami wieku i jak nieudolnie odpowiada na te wyzwania znacząca część pracowników oświaty. Albo przeformułujemy system tak, aby energia szła od tych, którzy ją mają, w stronę tych, którzy wykazują jej deficyt, albo będziemy skazani na wieczne stękanie. Centrum jest potrzebne po to, aby usprawniać poziome struktury współpracy i upowszechniania dobrych praktyk, bez czego mowy nie ma o milionie małych sukcesów. Nie jest potrzebne po to, aby dyktować. To czytelny wniosek wynikający z ostatnich 10 miesięcy oświaty wybitej z rutyny. 

 

 

 

 

Inne wpisy tego autora