Nie zapominajmy o legalnej imigracji

palutkiewicz

Doceniasz tę treść?

Milion. Tyle oświadczeń o zatrudnieniu pracowników zza wschodniej granicy zarejestrowały w pierwszej połowie br. polskie urzędy pracy. To około jedną piątą więcej, niż przed pandemią. Jednak potrzeby polskiego rynku są znacznie większe. Stajemy przed wyzwaniem jak pogodzić aktualne potrzeby polskich przedsiębiorców z rozsądną, długofalową polityką migracyjną. Nie zapominajmy, że obok problemów z nielegalną migracją na granicy białoruskiej, ciągle musimy stawić czoła kwestiom związanym z imigracją legalną.

Problemy na granicy polsko-białoruskiej stanowią dziś kluczowy problem w zakresie bezpieczeństwa Polski i dominują w rozmowach o migracji. Nie możemy zapominać jednak o różnicach między imigracją legalną oraz nielegalną. Podstawowym zadaniem państwa polskiego jest obrona granic kraju, jak i granic Unii Europejskiej przed nielegalnym przepływem imigrantów. W tym zakresie Polska powinna stanowczo zapewniać bezpieczeństwo i szczelność granicy.

Rozwiązując problem nielegalnej migracji, nie można zapominać, że równie ważny jest aspekt migracji legalnej. Ukraińcy, Białorusini (nie piszę tutaj o potoku nielegalnych migrantów z kierunku białoruskiego), czy Rosjanie mają widoczny wkład we wzrost naszej gospodarki. Z analizy ekonomistów Pawła Strzeleckiego, Jakuba Growca i Roberta Wyszyńskiego wynika, że w pięcioleciu 2013–2018 pracownicy ze Wschodu wypracowali 13% polskiego PKB, a ich wkład podniósł w tym okresie polski wzrost gospodarczy o ok. 0,5 pp.

Przez lata postrzegaliśmy Ukraińców jako tanią siłę roboczą w zawodach, które wymagają najmniejszych kwalifikacji. Jako sezonowych pracowników budowlanych, sprzedawców, kelnerów. Ten obraz staje się mocno nieaktualny. Wśród pracowników z zagranicy przybywa dobrze opłacanych specjalistów. Coraz częściej postrzegają oni Polskę nie jako państwo, gdzie pracuje się kilka miesięcy, by zarobić pieniądze i wrócić do siebie, ale jako kraj, z którym warto wiązać przyszłość. Tylko w 2019 roku Ukraińcy kupili w Polsce ponad 3 tysiące mieszkań. Możliwe, że część inwestycyjnie, ale na pewno wielu po to, by zamieszkać w nich razem z rodzinami.

Naszej sytuacji mogą nam zazdrościć państwa „starej Unii”. Braki na rynku pracy możemy uzupełniać pracownikami z krajów tego samego kręgu cywilizacyjnego, łatwo asymilującymi się w naszym społeczeństwie, niebojącymi się ciężkiej pracy. Słowo „asymilacja” jest tu kluczowe. Problemy, z którymi od kilku dekad borykają się Francuzi, Niemcy czy Brytyjczycy są wynikiem niefrasobliwego podejścia do imigrantów zarobkowych w okresie powojennego boomu gospodarczego. Tanią siłę roboczą sprowadzono z krajów Maghrebu, z Azji, Afryki, nie troszcząc się zupełnie, co z tymi ludźmi począć, gdy gospodarka wyhamuje, a fabryki zaczną zwalniać. Polska nie może popełnić błędu „imigracji gastarbeiterskiej” z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze – jak wyżej – ci ludzie nie znikną z dnia na dzień, gdy przestaną mieć pracę. Zasilą szeregi bezrobotnych, staną się problemem w wymiarze socjalnym. Po drugie, trzeba patrzeć w perspektywie dłuższej, niż kilka lat. Nawet jeżeli nasza gospodarka zaliczy kryzys, to przecież kiedyś nastąpi odbicie. Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini, którzy poznali już polskie realia, znają często język polski w stopniu komunikatywnym, którzy są specjalistami w swoich dziedzinach – w końcu nam się przydadzą. Dlatego trzeba stworzyć warunki, by pozostali w Polsce i w cięższych czasach.

Żeby kształtować, taką czy inną, politykę wobec pracowników z zagranicy, trzeba mieć gwarancję sprawnej obsługi procesu wizowego. Wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk w odpowiedzi na interpelację posła Jakuba Kuleszy przyznał, że jeśli polskie konsulaty miałyby zajmować się przyjmowaniem i rozpatrywaniem wniosków we własnym zakresie, musiałyby zatrudnić kilkaset osób. Od 2014 roku obsługą wniosków zajmuje się wyspecjalizowana firma. Polski podatnik nie płaci za to ani grosza, ponieważ koszty pokrywane są z opłat wizowych wnoszonych przez Ukraińców. Przetarg na wyłonienie firmy, która zajmie się tym procesem przez następne pięć lat, utknął w miejscu. Nowy wykonawca miał zacząć działać od listopada, ale „zima zaskoczyła drogowców”, czyli MSZ został zaskoczony tym, że firmy, których oferty uznano za mniej korzystne, postanowiły skorzystać z drogi odwoławczej. Do dziś proces odwołań trwa, sprawy rozpatruje Krajowa Izba Odwoławcza oraz sądy powszechne, a urzędnicy stanęli przed groźbą realnego kryzysu. Bo jeśli nie da się dalej przedłużać zamówień z wolnej ręki, a nowego wykonawcy wciąż nie będzie, to płynne zasilanie polskiego rynku pracy przez ukraińskich pracowników po prostu ustanie. Dobra wiadomość dla konkurujących z nami o tychże pracowników Niemców i Czechów, dla Polski – fatalna.

Jak widać, oprócz konstruowania obliczonej na lata, rozsądnej polityki migracyjnej, trzeba również zadbać o kwestie, wydawałoby się, podstawowe. Urzędnicza rutyna czasami zawodzi.

Inne wpisy tego autora

Ile mocy na polskim rynku pracy?

W najnowszym felietonie dla Forum Polskiej Gospodarki Piotr Palutkiewicz pisze: W debacie o polskiej gospodarce dominują problemy. Rosnąca inflacja, zagrożone tempo wysokiego wzrostu PKB, słabnący