Dlaczego Ameryka słabnie?

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Gloryfikujemy ją i demonizujemy, upatrujemy w niej nadzieję, czujemy się przez nią zawiedzeni. Niedawno wspominaliśmy doświadczenie ważne nie tylko dla niej, ale dla wielu z nas. 11 września 2001 roku i atak na WTC. Ameryka. Czy opuszczają ją mocarstwowe siły, a jeśli tak to dlaczego? Na naszego potężnego przyjaciela zza oceanu patrzymy zazwyczaj z perspektywy ekonomicznej, militarnej, geopolitycznej, strategicznej, gospodarczej. Być może powinniśmy też zagłębić się w procesy psychologiczne zachodzące w jądrze Wielkiego Brata.

9 lipca ubiegłego roku prezes Warsaw Enterprise Institute, Tomasz Wróblewski opublikował podcast zatytułowany „Amerykańska hegemonia rozpadać będzie się w bólu i znoju”. W półgodzinnym nagraniu autor wyjaśniał, że upadki wielkich imperiów rozpoczynają się odśrodkowo, nie ze względu na agresję nieprzyjaciół, ale wskutek wewnętrznych rys i pęknięć. Powołując się na arabskiego filozofa i historyka Ibn Chalduna oraz brytyjskiego historiozofa, Arnolda J. Toynbee’ego, postawił tezę, iż „Jesteśmy świadkami schyłku jednej z najpotężniejszych hegemonii w historii świata”.

Prezes WEI wypowiadając te słowa, nie mógł naturalnie wiedzieć, że niewiele niż rok później w Afganistanie dojdzie do bezprecedensowego wycofania się wojsk amerykańskich z Kabulu. Rzecz niespotykana, w zasadzie nieporównywalna z niczym innym, bo wymykająca się prostej analogii z wietnamskim Sajgonem z 1975 roku. Wobec pośpiesznych i niezrozumiałych politycznie decyzji administracji Joe Bidena, USA według medialnych doniesień pozostawiła w rękach Talibów sprzęt wojskowy wart 85 miliardów dolarów. W ich skład wchodzi 75 tysięcy pojazdów, 600 tysięcy sztuk broni, ponad 200 samolotów i śmigłowców, oraz pełna dokumentacja biometryczna wszystkich Afgańczyków, którzy pomagali Stanom przez dwie dekady. Taliban dysponuje zatem większą liczbą Black Hawków niż 85% krajów na całym globie.

Do kryzysu w Afganistanie jeszcze wrócimy.

Tomasz Wróblewski umieszcza współczesne Stany Zjednoczone w gronie trzech nowożytnych imperiów; obok francuskiego imperium kolonialnego do czasów Ludwika XIV, „Króla Słońce” oraz skupiające w szczycie swej chwały niemal jedną czwartą globu imperium brytyjskie. Dwa wspomniane supermocarstwa upadły trawione szeregiem konfliktów i kłopotów, trzecie, choć w innej formie, wciąż dzierży status światowego imperium. Jak długo? – Hegemon trwa tak długo, jak stoi za nim spójny wewnętrznie naród – mówi Wróblewski. Trudno nie zgodzić z tak postawioną tezą. Co musi zatem stać za spójnym wewnętrznie społeczeństwem? Możliwie spójny system wartości, znaczeń, prawideł. W wymiarze globalnym USA postrzegała siebie samą jako latarnię morską wartości demokratycznych i wolnościowych, a przez świat zachodni była uznawana za gwaranta światowego porządku; twardego policjanta, którego z kolei w wymiarze jednostkowym w wielu odsłonach fabularnych wykreowała amerykańska kinematografia. Jeden obraz wart jest tysiąca słów. Spójny naród, spójny system wartości mogą być karmione i zasilane mitami. „Będziemy jako miasto na wzgórzu. Oczy wszystkich skierowane będą na nas” – miał powiedzieć około 1630 roku pastor John Winthrop podczas kazania, opisując tym samym nową osadę i kładąc podwaliny pod nowy świat. Te słowa wpisują się w tworzenie kolonialnego mitu rodzącej się amerykańskiej potęgi.

Ameryka nam bliższa, chcąca zapomnieć o zbrodniach drapieżnego kolonializmu, a jednocześnie korzystać z dawnych zdobyczy potrzebowała innych, nowych mitów. Nie odżegnywała się jednak od bycia „miastem na wzgórzu”, na które skierowane są oczy. Polityka izolacjonizmu wskazywała jednak na zmęczenie społeczeństwa, chęć skierowania się do wewnątrz i ucieczki od presji wynikającej ze światowej dynamiki zdarzeń. Dopiero japoński atak na Pearl Harbor w grudniu 1941 roku ponownie uaktywnił Wielkiego Brata skoncentrowanego na odbudowywaniu swojej pozycji gospodarczej po kryzysie z lat 1929–1933 i odpoczynku po ranach z I wojny światowej.

14 sierpnia 1945 roku Alfred Eisenstaedt, niemiecki emigrant urodzony w Tczewie zrobił zdjęcie, które odmieniło jego życie i stało się jednym z symboli końca II wojny światowej. Młody fotograf uwiecznił na nowojorskim Time Square scenę pocałunku. Powracający do ojczyzny marynarz chwyta w ferworze szczęśliwego szaleństwa pielęgniarkę w ramiona i obcałowuje. Ameryka wracała z wojny i miała zacząć normalne życie. O tym, że powrót do normalności był znacznie trudniejszy i nie tak bajkowy, jak pocałunek przekonuje w książce „Znaczenie i melancholia. Życie w epoce oszołomienia” psychoanalityk, Christopher Bollas: „Dla Europejczyków i Amerykanów stulecie przed wielką wojną było okresem niespotykanej wcześniej samoidealizacji, romantycznej wizji ciągłych zwycięstw, bogactwa i postępu. Zniszczenia, jakie przyniosła wojna, sprawiły, że te wielkie nadzieje legły w gruzach, pozostawiając ludzi w stanie żałoby, która z czasem przekształciła się w melancholię”. Holenderski historyk i dziennikarz, Geert Mak w książce „Śladami Steinbecka – w poszukiwaniu Ameryki” tak opisuje kolejną transformację, jaką miało przejść społeczeństwo globalnego hegemona: „Historia powojennej Ameryki to próba dopasowania się do zupełnie nowego sposobu współżycia społecznego. Podstawowe wartości ówczesnej kultury zostały w ciągu dziesięciu laty wywrócone do góry nogami. Amerykanie przeszli od kultury, w której musieli stawiać czoła niedostatkom, z przynależnymi jej rygorami i sztywnością, do kultury, w której najważniejsza była przyjemność, coraz więcej przyjemności z rosnącego dobrobytu”.

Mak pisze o cichej rewolucji społecznej, która przyniosła radykalne zmiany w priorytetach. Część Amerykanów dostrzegała zanik takich wartości jak solidarność, oszczędność i skromność. Do tego doszło rozluźnienie więzi społecznych. W książce opisano zamieranie tradycji tzw. porch culture, czyli kultury werandowej. Rodzinne i przyjacielskie spotkania – pogaduszki przy domowych werandach zaczęły zanikać już w latach 50. Mak: „W latach 50. amerykańskie społeczeństwo zaczęło się burzyć na wszelkie sposoby: czarni obywatele chcieli równości, studenci i artyści eksperymentowali w poszukiwaniu alternatywy dla społeczeństwa konsumpcyjnego, konserwatyści robili to samo, trzymając się zasad religijnych i tradycji, kobiety miały dość odgrywania ról lalek na przedmieściach”.

Bohater książki Maka, zmarły w 1968 roku pisarz John Steinbeck był wnikliwym obserwatorem amerykańskiego społeczeństwa. Dostrzegając ogrom zmian, w 1960 roku wyruszył wysłużonym samochodem w wielodniową podróż po Stanach, w której towarzyszem był mu jedynie ukochany pies Charley. Chciał na nowo poznać gwałtownie przeobrażającą się Amerykę. W książce „Ameryka i Amerykanie” pisał: „To, co się z nami stało, wydarzyło się szybko i bezszelestnie: nadeszło ze wszystkich stron i było tym bardziej niebezpieczne, że udawało, iż jest czymś dobrym. Czas wolny, przedtem przywilej bogów, przyszedł do nas, zanim wiedzieliśmy co z nim począć, a całego dobro, które zaskakuje nas bez przygotowania, to jedna wielka katastrofa. Mamy wszystko, ale nie mieliśmy czasu, żeby znaleźć sposób na przemyślenie tych nowych spraw. Zmagamy się z życiem obecnym, ale też ze zwyczajami nabytymi w wyniku wielu doświadczeń w dalekiej przeszłości”.

USA na przestrzeni kolejnych dekad cieszyła się podziwem sprzymierzeńców, wygrzewała w glorii chwały, czerpiąc ze statusu globalnego policjanta, ale przeżywała też następujące po sobie wstrząsy, męczyła się, otwierając kolejne pola konfliktów: Wietnam, Ameryka Południowa, bliski wschód. Wszystko to odciskało swoje piętno. Amerykański psychoanalityk Christopher Bollas tak charakteryzował ten amerykański dysonans poznawczy: „Na poziomie narodowym – choć mogłoby się wydawać oczywiste, że amerykańska polityka zagraniczna i arogancka postawa były obraźliwe dla części świata – po 11 września Amerykanie wyrażali szczere zdumienie: Dlaczego tak wielu nas nienawidzi?. Wydaje się, że nie byli w stanie dostrzec połączeń między powojenną historią amerykańskiego imperializmu w Ameryce Południowej, na Bliskim Wschodzie i południowo-wschodniej Azji z antyamerykańskimi nastrojami, jakie te działania uruchomiły. Rozszczepienie pomiędzy Ameryką idealną i Ameryką paranoidalną, między krajem możliwości i krajem głębokich uprzedzeń, doprowadziło do powstania bardzo konfundującego obiektu. Wielu ludzi na całym świecie darzyło Amerykę nienawiścią, ale wielu ją kochało”.

To rozszczepienie zostaje nazwane przez Philipa Stokoe’a w książce „Nieświadomość w życiu społecznym i politycznym” fundamentalistycznym stanem umysłu. Według autora dominują w nim następujące prawidła: rządzi nimi ideał, jego podstawowa zasada to przyjemność, dominuje język oskarżeń, stan mentalny to poczucie wszechmocy, lęk przybiera postać prześladowczą i dotyczy przetrwania. Stokoe: „Jeśli chodzi o relacje, znajdujemy się w świecie George’a Busha, który po 11 września stale powtarzał: Jeśli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam. Tym samym jedyne dostępne opcje to zlanie lub sadomasochistyczna walka”.

Zniszczenie dwóch wież World Trade Center było kolejnym ciosem dla USA, a społeczeństwo dorobiło się kolejnej, zbiorowej rany. 11 września uruchomił w globalnym hegemonie chęć odwetu, na pewien czas znów rozpaliło ogień moralnego wzmożenia. Zdaniem Christophera Bollasa niesłusznie, bowiem za mieszkańcami Stanów Zjednoczonych wciąż ciągnęła się trauma Wietnamu. „Amerykańska niewinność to konstrukcja wzniesiona na domku z kart samozachwytu. Epoka wojny w Wietnamie stała się nigdy nie zaleczoną raną w amerykańskiej tożsamości, gdy nie można już było odrzucać niepodważalnych dowodów popełnienia straszliwych zbrodni. Naród na zawsze pozostał podzielony (…). Kiedy jednostka, grupa albo naród uznają jakieś zagadnienie za zbyt złożone lub zbyt bolesne psychicznie, mogą sięgać po swoiste odroczenie. To tak jakby na poziomie nieświadomym padała sugestia: „Nie sposób o tym teraz myśleć. To jest zbyt świeże – ale może pewnego dnia… (…). Wspomnienie Wietnamu – jak na ironię, to kolejna wojna domowa, w którą uwikłali się Amerykanie – podtrzymuje rozszczepienie populacji, co prowadzi do impasu, nawet 45 lat po zakończeniu konfliktu” – pisze Bollas.

Wracamy do Afganistanu. Dlaczego wycofanie się wojsk Amerykańskich przebiegało w tak nieskładny, niespodziewany sposób? Czy nie było możliwe przy odrobinie przewidywania i planowania zorganizowanie lepszej ewakuacji amerykańskich i NATO-wskich współpracowników, którym groziła śmierć, a w najlepszym przypadku straszne represje ze strony Talibów? Czy nie dało się zabezpieczyć wspomnianego sprzętu, który teraz jest wykorzystywany przez Talibów? Świat obiegły z jednej strony obrazki ludzi chwytających się samolotu na lotnisku w strefie ewakuacji, a z drugiej – ciała zamordowanych przez Taliban ludzi przywiązanych sznurami do samolotów typu Black Hawk, które zdobywcy bez trudu uruchomili. A może erozja tożsamości amerykańskiej jest tak zaawansowana, że zaczyna uniemożliwiać sprawne działania?

Pewną odpowiedź daje psychoterapeuta lacanowski i komentator, Paweł Droździak: „Jak określić to, co rząd Bidena zrobił w Afganistanie? W zasadzie nie ma tego w ogóle jak nazwać. Przez kilka dni próbowałem znaleźć w historii przykład kompromitacji bardziej upokarzającej na wszystkich możliwych poziomach, czegoś podobnie nieodwracalnie niszczącego wiarygodność kraju, czegoś podobnie demoralizującego dla armii, a przy tym porównywalnie niewybaczalnego moralnie, podobnie nieodwracalnego geopolitycznie i historycznie i nic mi nie przychodzi do głowy. Nie jestem w stanie znaleźć żadnej analogii. W sumie to jest podobnie jak z lockdownem – po prostu nigdy wcześniej w historii ludzkości nie wydarzyło się nic, co można by z tym zestawić i dlatego nie ma aparatu, żeby o tym myśleć. Jeżeli dzieje się coś takiego to znaczy, że żeby to zrozumieć musimy zrezygnować z typowych sposobów wyjaśniania i poszukać głębiej. Bo jeżeli stało się coś tak dalece jakościowo nowego, to znaczy, że przyczyny tego też są głęboko jakościowo nowe. Mała ilustracja: „Jeśli urzędnik bankowy ukradnie sto dolarów, można to pojąć. Ale jeśli rada nadzorcza banku wyjdzie nago na główny plac miasta, pomalowana w dzikie kolory i podpali całą gotówkę banku, polewając ją uprzednio benzyną, to tego się nie da wyjaśnić w kategoriach marnotrawstwa, kradzieży, przekrętu albo nieodpowiedzialności. To znak, że zaszło coś, czego nie pojmujemy. Z jakiegoś innego porządku”.

W swoim podcaście Tomasz Wróblewski wskazuje na problemy tożsamościowe amerykańskiego społeczeństwa – napięcia związane z ruchem Black Lives Matter, rosnącą rolę ruchów lewicowych i wpływ, jaką na uniwersytetach mają modne, progresywne kierunki. – To, co zostało, to słowa – demokracja, wolność, sprawiedliwość, równość i rozmaite grupy podkładają sobie pod to własne, ulubione znaczenia – mówił. Są to niewątpliwie próby rozliczenia się z przeszłością imperialną sięgającą głęboko wstecz, od masakr na Indianach dokonanych przez zdobywców dzikiego zachodu, przez rasizm i „dorobek” Ku Klux Klanu, po zbrodnie wojenne i tragedie w Wietnamie, Iraku i Afganistanie. Czy ta terapia społeczna przynosi efekty? Paweł Droździak poszerza spojrzenie redaktora Wróblewskiego o wgląd psychologiczny: „To pokazuje procesy umacniania się na amerykańskich uczelniach szczególnej, bo amerykańskiej, wersji maoizmu. Mamy tam kadrę uczelnianą, która usiłuje uczyć anglistyki i mamy nowe plemię studentów, którzy w zasadzie nie chcą się uczyć ani anglistyki, ani niczego, ponieważ znają już wszystkie odpowiedzi i jedyne czego pragną to zostać sędziami swoich nauczycieli. Od wielu lat w atmosferze amerykańskich uczelni, dekonstrukcji elementarnych pojęć, jaka tam zachodzi, w negowaniu całej amerykańskiej tradycji jako zasadniczo złej, w teorii o tym, że właściwie całe USA to nic innego niż jeden wielki obóz pracy niewolniczej, w eksplozji „krytycznej teorii rasy” i wielu innych nurtach, które w zasadzie są jednym nurtem – przebija się jeden przekaz. Ameryka, generalnie cywilizacja łacińska, mężczyźni, sprawczość, wojna, kultura wysokiej technologii, loty kosmiczne, rozwój gospodarczy – wszystko to jest złem. Wszystko to jest obarczone winą. Sztandar amerykański to zło, ojcowie założyciele – zło, armia – zło, dolar – zło, firmy – zło (prócz mediów społecznościowych o ile sprawnie cenzurują zło, bo wtedy reprezentują dobro), ogólnie należałoby to wszystko zaorać. Mamy do czynienia z procesem współczesnego biczownictwa. Ulicami amerykańskich miast przechadzają się tłumy pokutników, którzy przepraszają za wszystko, co zrobili ich przodkowie. Ten proces trwa od lat i eskaluje zgodnie z zasadą, że przeprosiny w takich sprawach nie kończą sprawy, tylko są dowodem winy, więc są podstawą do kolejnych roszczeń. Które się nie kończą, gdyż taka jest natura tej histerycznej dynamiki. Tu się nic nie da załatwić. Tu każdy krok oznacza krok kolejny i każdy, kto był postępowy wczoraj, może być za wstecznictwo osądzony i skazany jutro. Amerykanie jako zbiorowość uwierzyli, że cała ich mitologia jest mitologią zła, nieco podobnie jak swego czasu uwierzyli Słowianie. Dla Słowian skończyło się to fatalnie. Ich mitologiczne postacie stały się szybko ich demonami, zaś oni sami po odrzuceniu własnej tożsamości nigdy już nie stworzyli niczego zdolnego samodzielnie funkcjonować. Jak pisała Maria Janion – sami sobie cudzy. Amerykanie, a w zasadzie wszyscy łacinnicy są w tej chwili dokładnie na tej drodze. W tym sensie kompromitacja afgańska jest po prostu aktem zbiorowego masochizmu, zaś ekipa Bidena to jedynie delegaci tego zbiorowego symptomu. Biden przeprowadził wszystko tak, żeby Ameryce nie zostało nic. Nie da się już odwołać do żadnych symboli tego kraju bez popadnięcia w śmieszność. Nie da się już nakręcić żadnego heroicznego filmu, powołać się na żadnego bohatera, być dumnym z jakiegokolwiek historycznego slajdu” – twierdzi.

Jakie skutki kondycja Ameryki będzie mieć dla przyszłości świata i stabilności geopolitycznej? Wkraczamy w erę pułapek i niebezpieczeństw, jakie niesie za sobą między innymi wzrost siły i znaczenia Chin. Czy odpowiedzi na to ma Sojusz Północnoatlantycki pod dowództwem USA? 12 września w Łodzi, w ramach odbywających się Igrzysk Wolności zorganizowano panel dyskusyjny pt. „Polityka zagraniczna Polski i relacje transatlantyckie” z udziałem między innymi byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i założyciela think tanku Strategy&Future Jacka Bartosiaka. Bartosiak: „Amerykanie przegrywają z Chinami, w tej chwili rywalizację o świat, jaki znamy. Są na trajektorii przegrywającej z hukiem bitwę o świat. Potrzebują Niemców, by pokonać Chiny, a Niemcy siedzą na płocie i udają, że nie wiedzą, o co chodzi (…). Nie ma czegoś takiego jak jedność zachodu i to widać”.

Paweł Droździak jest tutaj jeszcze większym pesymistą: „Dlaczego armie Europy nie pozostały w Afganistanie po absurdalnej decyzji Bidena? To proste. Bo nie ma czegoś takiego jak armie Europy. Od wielu lat kraje łacińskie zgodnie przerzucały ciężar obrony na USA, co do czego, jak co do kilku innych spraw, Trump miał niestety całkowitą rację. W krajach łacińskich nie było wydatków na armie, ani nawet nie utrzymują one prawdziwych armii w sensie zasobów ludzkich, ponieważ w trakcie przemian kulturowych uznano samo istnienie armii za zło”. Droździak w dalszej części swojej wypowiedzi wykorzystuje termin znany w psychologii jako identyfikacja projekcyjna. To mechanizm obronny polegający na przypisaniu innemu podmiotowi, w tym przypadku państwu nieakceptowalnych przeżyć: „Trochę tak jak w Wersalu nie było toalety, tak Europa uznała, że coś tak okropnego, jak posiadanie sił zbrojnych to niech ostatecznie Amerykanie wezmą na siebie i będziemy tym pogardzać, a w razie czego nas uratują i później będzie można szybko o tym zapomnieć i pogardzać jeszcze bardziej. W praktyce NATO po Afganistanie jest bytem pozbawionym większego znaczenia. Zależność energetyczna, zależność surowcowa, brak własnego przemysłu, brak postępu technologicznego, słabość militarna, a wszystko to w sosie totalnej negacji idei państwowości, narodowości, granic i w zasadzie negacji każdej idei wymagającej kartezjańskiej definicji czegokolwiek”. Bartosiak: „NATO nie ma zdolności wojskowych, o których my myślimy. Są tylko Amerykanie i szczątkowe zdolności państw europejskich (…). Europa w ubiegłym roku nie chciała nic zrobić w sprawie Białorusi. Nie ma ani gotowości, ani spójności politycznej i wizji co dalej (…). Amerykanie odchodzą z Euro-Azji. Nie mają siły, nie mają też wystarczająco pieniędzy na zachodni Pacyfik, w tej chwili we wszystkich właściwie symulacjach przegrywają wojnę z Chinami w pierwszych dwóch tygodniach. Układ sił się zmienia” – mówił.

Wszyscy uczestnicy panelu, wyłączając Jacka Bartosiaka – prof. Katarzyna Pisarska, Witold Jurasz, prezydent Aleksander Kwaśniewski, widzą świat w znacznie bardziej jasnych barwach: Stali na stanowisku, że USA pomimo zawirowań jest wciąż na tyle silne, by utrzymać status globalnego hegemona i podmiotu porządkującego światową scenę polityczną. Tylko czy na kanwie przytoczonych wcześniej diagnoz amerykańskiego społeczeństwa dokonanych przez ekspertów i komentatorów z różnych dziedzin, możemy być aż takimi optymistami?

Przemysław Staciwa – dziennikarz, publicysta

Inne wpisy tego autora

Nie dla segregacji sanitarnej obywateli

Polemika z Błażejem Lenkowskim Dyskusja o wprowadzeniu regulacji zabraniających niezaszczepionym obywatelom dostępu do ogólnodostępnych przybytków, jak kina i restauracje jest niebezpieczna, szkodliwa oraz prawnie, moralnie