Państwo, przemoc, biurokracja

Doceniasz tę treść?

Lewicowi anarchiści nieźle diagnozują, ale błędnie wybierają cel swojego ideowego uderzenia. Obywatele proszący państwo o pomoc, to jak człowiek proszący złodzieja o pilnowanie domu. Anarchizm? A może anarchokapitalizm? Krótka rozprawa o utopijnych (niestety) doktrynach politycznych, biurokracji i państwowej przemocy.

Zmarły przed rokiem antropolog i lewicowy anarchista David Graeber w fascynującej książce „Utopia regulaminów” oprowadza nas po dynamicznie rozwijającym się świecie papierkowych nakazów, zakazów i formalizmów. Jego zdaniem biurokracja może powodować realną przemoc. Naukowiec zauważył, że obecnie biurokratyczny świat państwa przenika się ze światem korporacyjnym. To ten sam sztuczny język, często przechodzących pomiędzy sektorami managerów, dla których tworzone są nowe komórki, którymi mogliby zarządzać. Patologiczne układy noszą nazwę korporatyzmu, który dotyka wielu różnych gałęzi i dziedzin (to również odpowiedź na tworzenie przez władzę kolejnych instytutów i instytucji jak proponowany ostatnio przez polityków PiS „Instytut Demografii i Rodziny”, który nie rozwiąże żadnych problemów, ale da zatrudnienie kolejnym urzędnikom).

Graeber zastanawia się skąd to przyzwolenie dla takiego rozrostu aparatu biurokratycznego. Uważa, że jego propagatorami byli autentycznie wierzący w te mechanizmy niemiecki socjolog Max Weber oraz francuski filozof Michel Foucault: „Można zaryzykować twierdzenie, że Weber i Foucault to w całym XX-wieku jedyni inteligentni ludzie, którzy szczerze wierzyli, że siła biurokracji leży w jej skuteczności: że biurokracja istotnie działa. Dla Webera biurokratyczne formy organizacji stanowiły wręcz ucieleśnienie rozumu w świecie ludzkich spraw […] Nastawienie Foucaulta było bardziej wywrotowe, ale w taki sposób, że nie podważało przekonania o skuteczności biurokracji, tylko je wzmacniało” – pisał.

Nie wdając się z Graeberem w dyskusję na temat Webera i Foucaluta można przyjąć założenie, że biurokracja jest karkołomną próbą okiełznania świata, osadzenia go w ramach norm i tabel, co z jednej strony jest precyzyjnie niewykonalne, bo ludzkie życie wymyka się szablonom, szczególnie urzędniczym, z drugiej strony siłą rzeczy wszystko spłyca i zubaża, z trzeciej stwarza pomiędzy ludźmi bariery, a z czwartej wpędzone w ruch, staje się swoistym perpetuum mobile.

Najważniejszy dla tych rozważań jest punkt trzeci. Język jest ważny, nadaje znaczenia, normy itp. Język przelany na papier to swoiste wzmocnienie tych znaczeń. Tutaj jednak zaczynają się schody, według mnie sprawy biorą zły obrót, bo to, czego powinniśmy używać jako swojego podstawowego narzędzia – myślenia, oddajemy w służbie odczłowieczającym procedurom, rosnącym jak grzyby po deszczu, często pisanym drobnym maczkiem (Uważam, że tak pojmowana biurokracja, jako „podkładka” z przepisów do niedziałania, mogła mieć wpływ na głośną śmierć 30-letniej Izabeli z Pszczyny w tamtejszym szpitalu). Nie ma kwitka, nie ma człowieka, trzeba dygać po schodach, po innych budynkach, żeby dostać niezbędny, święty dokument. Nie ma rady. Graeber nie lubił formalistów i trudno mu się dziwić. Na każdym kroku usiłują legitymizować swoje istnienie w strukturze poprzez wymyślanie kolejnych case’ów i procedur komplikujących życie. Urzędnicze systemy najlepiej cementują aptekarscy służbiści i formaliści, dla których punkt piąty, ustęp dziewiąty, są świętością samą w sobie.

Lewicowiec Graeber może fascynować, bo otwarcie mówi o braku krytyki biurokracji przez lewicę, co skrzętnie wykorzystuje prawica. Jest anarchistą, w przeciwieństwie do zakochanych w procedurach i papierach etatystach socjaldemokratycznych. Ciekawe są jego spostrzeżenia, w zasadzie pokrywające się z diagnozami myśli anarchokapitalistycznej – że prawdziwy kapitalizm skończył się po odejściu od parytetu złota, a obecnie mamy do czynienia z krytykowanym przez libertarian korpo-kapitalizmem. Autor „Utopii regulaminów” dostrzega beznadzieję systemu i brak perspektyw na rychłe rozwiązanie problemu piętrzących się procedur. Te są według mnie jak podatki – raczej powstają nowe, bez niwelacji poprzednich.

Lewicowi anarchiści słusznie sprzeciwiają się opresji i zwracają uwagę na przemoc. Zgadzam się z nimi. Trzymam stronę jednostki przeciwko systemowi, tam, gdzie dochodzi do patologicznych asymetrii siły, relacji władzy i hierarchii. Ale gdzie to ma miejsce? Anarchiści słusznie zauważają, że to państwo posiada monopol na przemoc. David Graeber twierdził, że pięknie symbolizuje to policyjna pałka: Policja nie pałuje włamywaczy. Tym, co wprost gwarantuje agresywną reakcję policjanta, jest podważenie jego prawa do „zdefiniowania sytuacji”. Aby pałki poszły w ruch, wystarczy zaprotestować: „Zostawcie nas w spokoju, nikt tu nie łamie prawa”, „Dlaczego zakuwacie go w kajdanki? Przecież on nic nie zrobił”. Przede wszystkim jednak policyjną przemoc prowokuje „pyskowanie”, czyli podważanie administracyjnej kategorii, jaką funkcjonariusz zastosował do danej sytuacji wedle własnego uznania. Policyjna pałka jest punktem, w którym imperatyw biurokratycznego państwa wymagający narzucenia na każdą sytuację prostego administracyjnego schematu spotyka się z państwowym monopolem na stosowanie przymusu i przemocy”.

Pełna zgoda. To symbol, który możemy jednak poszerzyć. Urzędnicza arbitralność nie wymaga fizycznego ataku pałką. Wystarczy, że stoi za nim zinstytucjonalizowana potęga, siła ton formalnego papieru, za którym można się schować: Takie sytuacje, symbolizujące zderzenie człowieka z monopolem mogą zdarzyć się np. w urzędzie skarbowym, szpitalu, w kontakcie z mundurowym straży granicznej, z każdą komórką aparatu biurokratycznego, a w Polsce dodatkowo z Kościołem, który, choć formalnie nie reprezentuje państwa, jest przez nie umownie traktowany wyraźnie preferencyjnie (Nie płaci podatków, urzędnicy nie domagają się ich z coniedzielnych, w zasadzie codziennych darowizn, ewentualne sprawy karne państwowi urzędnicy podejmują z wielką delikatnością i ostrożnością, pozwalając wpierw działać sądom kościelnym itp.).

Systemowa, przemocowa sytuacja hierarchii i instytucji ma więc miejsce zazwyczaj tam, gdzie nad daną komórką znajduje się parasol ochronny państwa. Lewicowi anarchiści tutaj się nie zgodzą, uznając, że równorzędne, a często bardziej niebezpieczne są wielkie korporacje. Ja jednak tak przymusowej zależności na wolnym rynku nie dostrzegam. (Możesz odmówić wzięcia kredytu w danym banku albo pójść do innego prywatnego najemcy, ale auto musisz zarejestrować koniecznie w konkretnym urzędzie, nie możesz odmówić urzędnikowi, który bez pytania blokuje środki na twoim koncie w celu kontroli). Oczywiście, ona może występować, ale ma miejsce, szczególnie gdy prywatny gigant… jest wsparty przez państwo. Sztandarowym przykładem jest sektor bankowy. Banki udzielają państwom pożyczek, żyrują ich inwestycje i plany, często te środowiska się przenikają, a przedstawiciele wielkiej finansjery mogą trafić do świata polityki. (Od razu na myśl przychodzi mi premier sporego kraju w środkowo-wschodniej Europie…).

Dobrze sytuację tej zależności obrazował kryzys finansowy na Wall Street. Lewica atakowała banki, spekulantów, maklerów i korporacje. Tymczasem pomocy tym wielkim molochom udzielił socjaldemokratyczny rząd Baracka Obamy, reprezentujący państwo opiekuńcze, w którego kierunku lewica tęskno spogląda, jak na remedium na większość bolączek. Libertarianie i twardzi wolnorynkowcy stali na stanowisku, że nierozsądnym molochom i spekulantom należało pozwolić upaść. Byłoby to owszem bolesne, ale uzdrowiłyby system, nauczyło gigantów pokory. To prawdziwie odpowiedzialna postawa. Tymczasem USA wsparło swoim działaniem mechanizmy korpo-kapitalistyczne krytykowane przez anarchokapitalistów. Ponadprzeciętna siła wielkich korporacji jest efektem rządowego wsparcia, zamówień publicznych, zblatowania z politykami, a nawet nieuczciwego względem innych ratunku. Lewica prosząca państwo o pomoc to jak człowiek proszący złodzieja o pilnowanie domu.

Nie można jednak odrzucać systemu rynkowego, bo jakkolwiek byśmy go nie nazywali, jakąkolwiek utopię zaproponowali, system wymiany dóbr, usług, handlu itp. wyłoni się spontanicznie. Pytanie, czy nad nim ustanowimy państwowego policjanta z monopolem na przemoc i zbieranie haraczu. Naturalnie, na żadną wolność tego typu nie możemy liczyć, bo nie leży ona w interesach wielu zróżnicowanych decydentów (większość ludzi również nie chce wolności, boi się jej, chce wielkiego, pluszowego opiekuna). Bawiąc się jednak na koniec w political-fiction, pozostając na gruncie śmiałych utopii, zgadzając się w wielu aspektach z lewicowymi anarchistami, utrzymując odrębne zdanie kwestiach rynku, naturalny, ideowy wybór dla mnie pada na anarchokapitalizm.

Inne wpisy tego autora

5 najważniejszych książek o piłce nożnej

Witamy Państwa w kolejnej odsłonie książkowego „Skanera Warsaw Enterprise Institute”. Pewnie się już domyśliliście, co tym razem przygotowaliśmy? Bingo! Ledwo ruszył mundial w Katarze, a

5 najważniejszych książek pod choinkę

Zapraszamy na kolejny odcinek „Skanera” Warsaw Enterprise Institute. Zbliżają się najradośniejsze ze świąt, święta Bożego Narodzenia. Dlatego przygotowaliśmy dla Was gwiazdkowe propozycje od WEI –

5 najważniejszych książek o energetyce

Zapraszamy Państwa do zapoznania się z kolejnym odcinkiem „Książkowego SKANERA Warsaw Enterprise Institute”. Zmiany klimatyczne, zawirowania na rynkach energii, wojny surowcowe – to nasza dzisiejsza