Wielkiej wojny nie będzie

Doceniasz tę treść?

Nie będzie żadnej wielkiej wojny w Europie, jaką znamy z kart historii. Spekulacje na ten temat pojawiły się po ruchach Federacji Rosyjskiej względem Ukrainy. Ludzie nie są już zdolni do regularnej, wyniszczającej wojny konwencjonalnej. Całe społeczeństwa pozamykały się na rok w domach w trwodze przed wirusem o niedużej śmiertelności, a gdzie tu zakładać karabin na plecy i iść w pole, kiedy ryzyko śmierci jest wielokrotnie większe, a zgon boleśniejszy?

Powodów jest kilka, a problematyka złożona. Poprzestanę na dwóch. Pierwszy: społeczny.

11 czerwca 1955 roku podczas wyścigu Le Mans doszło do straszliwego wypadku. Na 33. okrążeniu późniejszy zwycięzca zawodów, Mike Hawthorn, niespodziewanie postanowił zjechać do boksu i rozpoczął hamowanie. Kompletnie zaskoczyło to jadącego za nim Lance’a Macklina, który, by uniknąć kolizji, gwałtownie skręcił w lewo. Nie miał czasu, żeby zauważyć, że tuż za nim pędzą dwa mercedesy kierowane przez Francuza Pierre Levegha i legendarnego argentyńskiego mistrza, Juana Manuela Fangio. Levegh w ostatniej chwili uniósł rękę, ostrzegając Fangio, po czym z prędkością 200 km/h uderzył w bolid Macklina. Mówi się, że obok ratunku kolegi, gest uniesionej ręki był symbolicznym pożegnaniem, gdyż Francuz musiał wiedzieć, iż zginie.

Pojazd wyleciał w powietrze i roztrzaskał się przed trybuną, uderzając w szczyt wału ziemnego. Tragedii dopełniły szczątki bolidu; wirująca pokrywa silnika zadziałała niczym gilotyna. Zginęły 83 osoby, a 120 zostało rannych. Pomimo ogromu tragedii organizatorzy zdecydowali się nie przerywać wyścigu i dokończyć zawody. Wygrał „sprawca”, czyli Hawthorn, który niedługo później zginął w wypadku na zwykłej drodze, ale w łudząco podobnych okolicznościach, co Levegh. Jakże mocno to wydarzenie kontrastuje z ostatnimi Mistrzostwami Europy w piłce nożnej, podczas których kapitan duńskiej reprezentacji padł na murawę, doznając ataku serca. Sportowy świat wstrzymał oddech, dziennikarze byli w szoku, mecz przerwano, a niektórzy pytali, czy w ogóle powinien być tego dnia wznawiany. Dwa zdarzenia, które dzieli 66 lat, obrazują potężne zmiany, jakie zaszły w postrzeganiu przez ludzi rzeczywistości: kwestia odpowiedzialności, stosunku ryzyka do bezpieczeństwa, ale również możliwości wytrzymywania sytuacji trudnych uległy diametralnemu przeobrażeniu.

Świat się zmienia. Dzisiejsi mężczyźni, to już nie ci, którzy przed stu laty szli na wzgórza, by przebijać się bagnetami. Wielu dzisiejszych mężczyzn jest zniewieściałych, niedługo będą wzorem kobiet poprawiać usta, są zajęci budowaniem wizerunku w mediach społecznościowych, beztroskim życiem. Ponadto są wrażliwsi i mieli okazję w internecie zobaczyć, czym jest realna wojna. Mój kolega redaktor zacytował wypowiedź pewnego arabskiego szejka, z którą się zgadzam: „Trudne czasy produkują silnych ludzi, dobre czasy produkują słabych ludzi”. Żyjemy w dobrych czasach. Nie mam zamiaru stawiać się wyżej. Sam, gdy przyszłaby wojna, chciałbym w pierwszej kolejności ewakuować tych, którzy są dla mnie naprawę ważni. Rodzinę.

Oczywiście, są ludzie, którzy o wojence marzą, którzy niosą w głowach etos wojaka zabijającego wrogów. Z grupek nacjonalistów rozsianych po kontynencie jednak się globalnej zawieruchy nie zrobi. Istnieje w przestrzeni niewypowiedziana idea, że pokój trwa zbyt długo, zbyt dużo jest napięć, dlatego, gdyby trochę ludzkość skrwawić, wróciłby porządek i pęd życia. To jednak nie nastąpi. Pamięć Holocaustu, potworności prawdziwej wojny, bestialstw i zbrodni wryły się głęboko w świadomość europejską, rosyjską i amerykańską. Jasne, Putin jest zimnym mordercą, ale jednak przy Berii czy Dzierżyńskim to zaledwie „zbrodniarzyk”. Nawet on ma pewne hamulce. Przejęcie Krymu było w zasadzie bezbolesne w sensie krwi, a konflikt na Ukrainie z zielonymi ludzikami, z całym szacunkiem dla śmierci i terroru miejscowych wspólnot, w porównaniu z masakrami na Wołyniu czy Bałkanach to zabawa w kotka i myszkę. Gdzieś, coś strzelają na odległość, jakoś prowokują, ale to bardziej podchody niż klasyczna wojna.

Ludzie nie są już zdolni do regularnej, wyniszczającej wojny konwencjonalnej. Całe społeczeństwa pozamykały się na rok w domach w trwodze przed wirusem o niedużej śmiertelności, a gdzie tu zakładać karabin na plecy i iść w pole, kiedy ryzyko śmierci jest wielokrotnie większe, a zgon boleśniejszy? Rosja potrzebuje Ameryki i na odwrót. Światowy i lokalny hegemon prowadzą specyficzne mocarstwowe podchody, rozgrywki. My wam tutaj „kuksańca”, a wy nam międzynarodową odezwę i tak to się będzie kręcić. Niczym w dysfunkcyjnej rodzinie, która pomimo bójek przy alkoholu, trwa w tym opętańczym tańcu.

Powód numer dwa: technologia wojenna.

Jak mawiał klasyk: „Jeśli będzie III wojna światowa, to IV będzie na maczugi”. Globalni gracze trzymają się w szachu, jeden drugiego łapie za kapotę. Dziś poza nieracjonalnymi, egotycznymi zakusami dyktatorów, zdobycie spłachetka ziemi nie ma wielkiego znaczenia. Rozwój śmiercionośnych technologii wojennych trzyma więc graczy w ryzach, a świat w jednym kawałku. Zniszczenie globu nie jest w niczyim interesie.

Nie znaczy to, że zagrożeń nie ma. Są wielkie: globalna inwigilacja, fake newsy, blatowanie się ogromnych korporacji cyfrowych z państwami, kryzys klimatyczny, wojna ekonomiczna, bitwa o surowce, postępująca apatia społeczeństw, powrót do ery piktogramów, zapaść myśli, słowa, odwagi.

Z większości tych „instrumentów” korzystają byty takie, jak Rosja. Im nie potrzeba podbojów terytorialnych, wystarczy ujście dla rur gazowych, a dezintegrują skutecznie Europę, korzystając z cyfrowych możliwości.

Nastały czasy nie krwawych bitew i wojen, ale kłamstwa, podstępu, ekonomicznego i surowcowego uzależnienia, globalizacji w tym złym sensie, który jednostkę zniewala. Blisko mi tu do optyki pesymistów jak Neil Postman, George Orwell czy Aldous Huxley. Obecne, pandemiczne czasy tylko zanik wolności przyspieszają. Widmo europejskiej wojny to woda na młyn dla błyskotliwych, ale fatalistycznych mędrców pokroju Jacka Bartosiaka, którzy rozbudzając wojenne fantazje, świetnie kapitalizują swoje pisarskie umiejętności.

Jedynym realnym konfliktem zbrojnym na wielką skalę jest potencjalna masakra, jaka może dokonać się na kanwie kryzysu klimatycznego. Gdy spiekota w Afryce i na Bliskim Wschodzie stanie się nieznośna, gleba twarda i skąpa, a perspektywy do życia jeszcze gorsze, niż w przeszłości, może popchnąć to miliony zdesperowanych ludzi do przekraczania europejskich bastionów z zasiek, drutu kolczastego i murów. Możemy stać się wówczas świadkami przerażających obrazów.

Tylko wtedy będziemy nie żołnierzami, lecz rzeźnikami.

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: Liberalne wiatraki

Zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE? I jak bardzo podnieść ceny? Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE