Ślad wodny a poczucie winy

Doceniasz tę treść?

„Produkcja jednego T-shirta kosztuje 2,7 tys. l wody”, „para jeansów to 10 tys. l wody”, „jeden kubek kawy to 140 l wody”, a ostatnio nawet: „1 kg mięsa wymaga 15 tys. l wody”, „przeciętny Polak zużywa w domu ok. 150 l wody na dobę, ale jego ślad wodny wynosi 3900 litrów” – z takimi zdaniami zetknęli się niemal wszyscy użytkownicy Internetu. I trudno uwierzyć, że celem podawania tego typu haseł jest merytoryczna dyskusja. Przeciwnie, są one nastawione na zamknięcie debaty – zszokowanie czytelnika dokonywanym przezeń „antropocentrycznym marnotrawstwem”, wpędzenie go w poczucie winy za pomocą szokującego leadu (nawet jeżeli w pełnym tekście artykułu autor wyjaśnia, że wcale o poczucie winy mu nie chodzi).

Właśnie ta „populistyczna” cecha informacji o tysiącach litrów śladu wodnego odróżnia ją na przykład od ostrzeżeń, że duże ilości jedzenia są marnowane albo obserwacji, że w miastach należy sadzić drzewa, aby upały były bardziej znośne. Hasła typu „jedna koszulka wymaga 2,7 tys. litrów wody” domagają się wyjaśnienia, zwłaszcza ze względu na swą nieprawdopodobność: przed oczami pojawia się nam, po jednej stronie, nasz codzienny T-shirt, a po drugiej stronie – wypełniony wodą basen. Tym bardziej warto wyjaśnić czytelnikom pojęcie „wody wirtualnej”, od którego zaczęło się liczenie „śladu wodnego”. Wyjaśnienia takie zazwyczaj nie są w popularnych mediach dokonywane, ponieważ miałyby charakter uspokajania i usprawiedliwiania konsumentów – a przecież cel jest odwrotny. U części mediów wynika to po prostu z pogoni za generującą kliknięcia i wyświetlenia sensacją, a u innej części rolę gra nawet ideologia: trzeba doprowadzić czytelnika do rytualnego lamentu nad własną „grzesznością”, bez żadnych stopni pośrednich i niuansów. Mamy instynktownie myśleć: jest bardzo niedobrze, powinienem już nigdy nie kupować koszulek.

Jak ograniczyć ślad wodny żywności? źródło: biznes.newseria.pl

Czym jest wirtualna woda?

Zacznijmy od tego, że „woda wirtualna” to suma wody wykorzystywanej na każdym etapie produkcji towaru. W ślad wodny ryżu, kawy czy koszulki wliczają się m.in. komponenty takie jak: nawadnianie pól uprawnych ryżu, kawowca czy bawełny, woda wykorzystywana przy obróbce kawy, woda służąca przygotowaniu farby do barwienia T-shirtów i swetrów na najmodniejsze kolory (osobną kwestią jest dostrzeżona przez ekologów toksyczność niektórych substancji używanych do koloryzacji ubrań). Na potrzeby bardziej wnikliwych analiz woda wirtualna jest dzielona na „niebieską” (wykorzystanie rzek i jezior), „zieloną” (użytek z wody deszczowej) oraz „szarą” (ilość wody zanieczyszczonej m.in. nawozami czy barwnikami potrzebnymi do produkcji danego towaru). Najważniejszy w kontekście naszego artykułu jest jednak fakt, że wprowadzone w 1993 roku przez naukowca Johna Anthony’ego Allana pojęcie „wody wirtualnej”, z której liczymy „ślad wodny” danego towaru konsumpcyjnego (czy też konsumującej różne rzeczy osoby), służyło możliwości obliczenia, jak kraje o ubogich zasobach wody, zwłaszcza Bliski Wschód i Afryka Północna, mogą zaoszczędzić cenną substancję, importując z innych krajów pewne produkty (zwłaszcza żywność), zamiast wytwarzać je u siebie. Jeżeli zrezygnujemy z uprawy czegoś, co zostawia u nas wysoki ślad wodny, zostawiamy sobie „wodę wirtualną” na inne potencjalne aktywności i pozwalamy na zachowanie części naszych skromnych zasobów na następne lata. Centralnym zagadnieniem nie było więc samo „zło” konsumerystycznego zużycia wody, ale racjonalizacja, możliwość przeznaczenia wody na inne cele. Jeżeli w danym kraju wyprodukowanie zboża, owoców czy innych produktów generowało większy „ślad wodny”, lepiej dla jego mieszkańców było importować żywność z innego kraju, w którym jej wytworzenie zostawiało mniejszy „ślad wodny”. Przykładem jest choćby ograniczenie przez Izrael wodochłonnej produkcji pomarańczy na cele eksportowe oraz rezygnacja Arabii Saudyjskiej z ambicji zaspokojenia potrzeb krajowych i eksportowych własną hodowlą pszenicy, która to ambicja wymagała monstrualnego wydobycia zasobów wody kopalnej.

Pomijając problemy wynikające z różnicy stref klimatycznych między Polską a Brazylią czy Kolumbią, próba uprawy kawowca w Polsce zakończyłaby się pewnie bardzo wysokim, nieopłacalnym śladem wodnym, gdyż roślina ta wymaga 1500–2000 mm rocznych opadów deszczu. Ponieważ w Polsce (według danych za lata 1998–2018) opady wynosiły średnio 700 mm na rok, sarmacka uprawa kawowca wymagałaby codziennego uzupełniania przez człowieka owej luki w nawodnieniu. Lepiej więc zaśpiewać „Czerwone jabłuszko” i przeznaczyć naszą „wodę wirtualną” na produkcję dostosowanych do naszego klimatu jabłek, racząc się kawą importowaną ze wspomnianej Brazylii czy Kolumbii. Z raportu opublikowanego przez szwajcarski Federalny Departament ds. Ekonomicznych (FDEA) dowiadujemy się, że wyhodowanie kilograma pomarańczy zostawia najmniejszy ślad wodny (ok. 150 l) w Stanach Zjednoczonych, zaś w Brazylii, Hiszpanii i Włoszech ślad ten jest umiarkowany (ok. 350 l), a najwyższy w Chinach (prawie 500 l). Ekologicznym rozwiązaniem nie jest zatem wcale rezygnacja z tych cytrusów, ale kupowanie pomarańczy zostawiających niższy ślad wodny – na przykład amerykańskich, choć ze względu na to, że transport owoców zza oceanu do Polski generuje dodatkowy ślad wodny, bardziej opłacalne byłoby importowanie pomarańczy z Hiszpanii i Włoch. Inny przykład: aby nie przyczyniać się do dalszego wysychania Jeziora Aralskiego w Kazachstanie z powodu uprawy bawełny, wymagającej nawodnienia całkowitego obszaru uprawnego oraz prowadzonej tak nieracjonalnie, że część wody wydrenowanej z jeziora i jego dopływów nawet nie dociera do pól uprawnych, świadomy konsument może kupować produkty bawełniane z krajów, gdzie przykładowa „koszulka” ma niższy ślad wodny, gdyż potrzeba nawadniania pól jest tylko częściowa, na przykład w Indiach Północnych oraz Pakistanie. Konsument taki może też wywierać presję na budowę nowocześniejszych sposobów nawadniania upraw. Niedawno Hiszpania przedstawiła dane, z których wynika, że z powodu zastosowania lepszych technologii nawadniania, ślad wodny hodowli grejpfrutów zmniejszył się o 37 procent w latach 1990-2020 – z 322 tys. do 203 tys. litrów wody na 1 tonę tych owoców.

 

 

Dysproporcja między wodą zużywaną a wykorzystywaną jest czymś naturalnym

Dla prof. Allana tabela, w której przedstawiał, że woda wirtualna, użyta do produkcji żywności, to rocznie 1 mln litrów, w porównaniu z 3500 litrami wody bezpośrednio zużywanej do picia, gotowania i higieny osobistej, nie służyła szokowaniu, lecz zakreśleniu ram, w których można wprowadzać drobne korekty, aby w dłuższym okresie uchronić narodowe gospodarki przed niedoborami i spadkiem jakości życia. Jak pisał naukowiec w swym tekście pt. „Virtual water: a long term solution for water short Middle Eastern economies?”: „Efektywna alokacja wody między sektorami, aby uzyskać wysoki zwrot inwestycji i wysoki poziom zatrudnienia, jest fundamentalna dla ekonomicznej i politycznej stabilności. Ekologiczne znaczenie wody i jej jakości nie będzie tu rozważane, ale nie dlatego, że jest to nieważne. Będę przekonywał, że zrozumienie globalnej dostępności wody i ekonomicznie rozsądne korzystanie z wody są obecnie głównymi priorytetami polityki i gospodarki wodnej dla pierwszego na świecie regionu, któremu wyczerpały się zasoby wody”. Zamiast być kaznodzieją wzywającym do radykalnego ograniczenia konsumpcji, Allan pyta: „Co należy rozumieć jako rozsądną prognozę wykorzystania wody w dynamicznie zmieniających się gospodarkach przyszłości? Czy powinno to być 1 mln litrów [śladu wodnego] na osobę w ciągu roku, czy też 2 mln litrów na osobę, na wszystko, co związane z jedzeniem, piciem, utrzymaniem domu i miasta, przemysłem i odpoczynkiem? Jak rozgryźć środowiskowy (environmental) problem wody? Niektóre społeczności na świecie, na przykład pewne części Stanów Zjednoczonych, już teraz żyją powyżej krańca tego modelu konsumpcji. Drugą skrajnością są osoby żyjące w Afryce w rozległych półpustynnych terenach południowej Sahary. Ludzie ci mają dostęp do niewiarygodnie niskiej i bardzo zmiennej sezonowo puli 1 mln litrów wody zawartej w ich lokalnej glebie. Dziennie zużywają jedynie 10 litrów wody na picie i utrzymanie domu; to jest tylko 350 l rocznie; całkowite [uwzględniające wodę wirtualną] zużycie wody na osobę to około 1 mln litrów rocznie”. Allan dochodzi do wniosku, że dzięki racjonalniejszej alokacji wody między państwami powinniśmy dążyć do zużycia umiarkowanego, sytuując się gdzieś między Amerykanami a mieszkańcami Sahary, czyli zużywając 1,5 mln litrów wody wirtualnej rocznie.

Z przytoczonego artykułu wynika, że ogromna dysproporcja między wodą zużywaną w ciągu roku bezpośrednio a tą wykorzystywaną pośrednio jest czymś naturalnym. Dlatego żerowaniem na ludzkich emocjach są grafiki z informacją: „wypicie wody potrzebnej do wyprodukowania jednego T-shirta i pary jeansów zajęłoby ci 13 lat”. Porównuje się wtedy dwie nieporównywalne rzeczy. Allan przyjmuje za coś normalnego to, że w we wszystkich fazach tworzenia i transportowania danego produktu wykorzystywane są łącznie tysiące litrów wody. Choć wymagałoby to dalszych badań, można domniemywać, że ślad wodny niektórych produktów, na przykład farbowanych i zdobionych ubrań, był w erze przedindustrialnej podobny do dzisiejszego; mógł nawet przybierać wyższy poziom z powodu tradycyjnych, pozbawionych efektu skali metod wytwarzania, choć z drugiej strony, w przeciwieństwie do dzisiejszego masowego importu rzeczy z Azji czy Ameryki, produkty w czasach przedprzemysłowych były wytwarzane raczej lokalnie, więc ich transport nie generował śladu wodnego. Tak czy inaczej, autor koncepcji wody wirtualnej chce nam powiedzieć, że w przeciwieństwie do medialnego przekazu na temat śladu wodnego, nie powinny nas szokować sam fakt pojawiania się tysięcznych liczb czy też milionowego rocznego śladu wodnego jednego człowieka (skoro taki ślad zostawia nawet ubogi mieszkaniec Sahary), ale raczej to, że ślad wodny pewnych produktów nie jest na przykład o 30 procent mniejszy. Innymi słowy, chodzi o to, aby w celu dbałości o środowisko dokonywać delikatnych korekt śladu wodnego – na przykład, aby „przeciętny Polak” czy „przeciętny Niemiec” ograniczył swój dzienny ślad wodny z 4 tys. do 3 tys. litrów albo żeby na produkcję koszulki udało się przeznaczać 1,5 tys. zamiast 2,7 tys. litrów.

jezioro aralskie, ślad wodny, ekonomia
Jezioro Aralskie – kiedyś czwarte co do wielkości jezioro na świecie, tętniący biologiczną różnorodnością zbiornik wodny i podstawa gospodarki regionu, dziś jest symbolem jednej z największych katastrof ekologicznych w dziejach świata, źródło: nlad.p

Populistyczne kaznodziejstwo

Dzięki sięgnięciu po pierwotną narrację na temat śladu wodnego jesteśmy już bliżej wykrycia, dlaczego dziś mówienie o śladzie wodnym przekształciło się w populistyczne kaznodziejstwo. Koncepcja śladu wodnego służyła początkowo nie celom uniwersalistycznym, a partykularnym – temu, jak kraj o niższych zasobach wody może zaoszczędzić, importując towary z miejsc, gdzie produkcja zostawia niższy ślad wodny. Oczywiście, ja sama zastosowałam powyżej motyw ekologiczny, podając przykład osoby zatroskanej wysychającym Jeziorem Aralskim – mając świadomość katastrofy w tamtejszym regionie (który to problem można nazwać „wysokim śladem wodnym produkcji bawełny”), konsument taki nie tworzy popytu na tekstylia z tego regionu oraz przekonuje do tego innych. Tylko że mimo tej słusznej ekologicznej troski nadal pozostajemy w paradygmacie „umiarkowania” i partykularyzmu reprezentowanego przez Allana: konsument nie chce przyczyniać się do dewastacji ekosystemu Jeziora Aralskiego, jednak wybiera bawełniane ubrania z innego kraju, w którym poziom zużycia wody potrzebnej do produkcji bawełny jest bardziej racjonalny. Podobnie jest na poziomie partykularnego interesu danego kraju: fakt, że będziemy importować kawę z Brazylii, zamiast hodować nasiona kawowca w Polsce albo, że będziemy kupować pszenicę na Ukrainie, zamiast hodować ją w Arabii Saudyjskiej, sprawia, że zapobiegniemy katastrofie ekologicznej w naszym kraju, a kraje produkujące kawę czy pszenicę nie ucierpią, gdyż u nich produkcja danej rzeczy jest zgodna z ich ekosystemem. Zastąpienie produkcji własnej importem zboża i innych towarów przez Egipt pozwala mu zmniejszyć narodowy ślad wodny o 8 procent, a zatem w ramach cyrkulacji odtworzyć się zasobom wody zamiast je nadmiernie, zbyt szybko drenować. A to pozwala uniknąć katastrofy takiej jak we wspomnianym Jeziorze Aralskim i zachować m.in. populację żywiącej się rybami czapli egipskiej.

Tymczasem narracja części ekologów – czy też autorów rozpoczynających teksty od szokującego „1 T-shirt to 3 tys. litrów wody” – jest przejawem zastosowania koncepcji śladu wodnego do celów uniwersalistycznych. W przeciwieństwie do partykularyzmu, ta narracja nie uwzględnia owego umiarkowania i niuansowania – chodzi tu o totalną walkę światłości z ciemnością. Sposób pisania o T-shirtach czy kotletach sugeruje, że mamy czuć winę z powodu ogromu wody, zamiast pogodzić się, że takie mniej więcej są przeciętne ilości pośredniego zużycia wody; jak nie z powodu T-shirta, to z powodu kupienia nowego kubka czy pluszaka dla dziecka. O żadnej „lekkiej korekcie”, harmonizacji interesów, nie ma w tym uniwersalistycznym przekazie mowy.

 

Neoliberalny sposób zarządzania środowiskiem

Dane pokazują, że po 2007 roku miał miejsce diametralny wzrost liczby artykułów naukowych dotyczących „wody wirtualnej”. Można postawić hipotezę, że wzrost ten szedł w parze z przemianą spojrzenia na „wodę wirtualną” – z zaprzęgnięciem jej do krytyki „antropocenu”, do wpędzania ludzi w poczucie winy. Pierwotna koncepcja Allena jest zaś – w ramach owego przypływu publikacji o wodzie wirtualnej – krytykowana właśnie za pozostawianie miejsca na wspomniane niuanse i partykularyzm, nierezygnowanie z indywidualizmu mimo kładzenia przez jednostki, firmy i państwa akcentu na umiar w zużyciu cennych zasobów. Ten – by tak rzec: „pozwalający mimo wszystko konsumować” – wymiar koncepcji „wody wirtualnej” jest nazywany przykładem „neoliberalnego sposobu zarządzania środowiskiem”. Jak piszą ekolodzy Kaitlin Stack Whitney i Kristoffer Whitney: „Idea wody wirtualnej jest ogłaszana jako odpowiedź na nierówności w dystrybucji wody. (…) Jednak mimo zwiększenia się popularności i złożoności tej koncepcji, warto podkreślić, czego w niej brakuje. Zarówno Allan, jak i komitet, który przyznał mu nagrodę w Stockholm International Water Institute, nie wspominają o ekologicznych rozumieniach kwestii wody. Koncepcja wody wirtualnej nacjonalizuje zasoby wodne, aby rozlokować wodę zgodnie z granicami narodowymi i międzynarodowymi szlakami handlowymi, gdy tymczasem zbiorniki wodne całego świata nie dają się zmapować podług granic administracyjnych. (…) Idea wody wirtualnej jest kwintesencją neoliberalnego sposobu modelowania przepływów wody – redukuje globalne przepływy wody do przepływów towarów, mając nadzieję, że to handel rozwiąże kryzysy wodne”. Można te słowa znów skomentować w następujący sposób: niektórzy działacze ekologiczni są zdenerwowani na to, że pierwotna koncepcja wody wirtualnej pozwala na działania takie jak kupowanie koszulki z kraju o niższym śladzie wodnym niż z kraju, który zużył na jej produkcję więcej wody. A przecież ma chodzić o to, żebym w ogóle tej koszulki nie kupowała, żebym traktowała ten zakup jako „popełnianie zbrodni”, bo jest to owo „szokujące” kilka tysięcy litrów śladu wody wirtualnej. Nienawiść do oryginalnej koncepcji Allana można podsumować w postaci żądania: należy tak poluzować kategorie, aby jako „racjonalne” było odbierane prezentowanie grafiki z napisem „wypicie wody potrzebnej do wyprodukowania jednego T-shirta i pary jeansów zajęłoby ci 13 lat”. Inna autorka, Camelia Adriana Bucatariu, w łagodniejszych słowach daje wyraz takiego samego zniesmaczenia ekologów: „Koncepcja wody wirtualnej została zaprezentowana w latach 90. Jej początkowym kontekst stanowiła debata nad bezpieczeństwem żywnościowym i handlem w regionach ubogich w wodę, jak Bliski Wschód i Afryka Północna. (…) [Jednak] to, czy woda i/lub produkty rolne są sprzedawane na rynku wewnątrzkrajowym bądź międzynarodowym, nie zmienia faktu, że woda została wydobyta i osadzona w gospodarce. Argumentuję, że nadszedł czas, aby koncepcja wody wirtualnej została rozważona w perspektywie globalnej konsumpcji żywności i globalnego systemu produkcji” – pisze Bicatariu w opublikowanym w 2020 r. artykule „The concept of (virtual) water in the food industry”. W popularnych mediach ekwiwalentem tego rodzaju oburzenia jest populistyczno-tabloidowy sposób przedstawiania danych o śladzie wodnym – oraz „ikonki śmiechu” przy facebookowych sugestiach, że może warto najpierw wyjaśnić czytelnikom koncepcję wody wirtualnej…

Inną kwestią – poza potrzebą uświadomienia, że te „tysiące litrów” wody wirtualnej są czymś normalnym, a nasze słuszne proekologiczne działania na rzecz zmiany całkowitego śladu wodnego per capita mogą go tylko delikatnie obniżyć – jest sama przydatność śladu wodnego do podejmowania decyzji konsumenckich. W artykule „Quantifying the human impact on water resources: a critical review of the water footprint concept” J. Chenoweth, M. Hadjikakou i C. Zoumides rozważają m.in. znaczenie, jakie informacje o śladzie wodnym mogą mieć dla konsumenta. Z jednej strony – jak piszą – dostępność informacji o śladzie wodnym może dawać konsumentowi poczucie sprawczości i prowadzenia własnej, by tak rzec, krajowej lub międzynarodowej mikropolityki handlowej. Informacja o śladzie wodnym może być dla konsumenta „środkiem do przezwyciężenia prowadzonej w niektórych krajach nieadekwatnej polityki wodnej”. Można sobie wyobrazić, że popyt takiego świadomego konsumenta na produkty zagraniczne, o niższym śladzie wodnym, będzie stanowić „odwet” za niebudowanie przez własny rząd oczyszczalni ścieków czy zaniedbywanie innych sposobów oszczędzania wody. Z drugiej strony, w obecnej (chciałoby się rzec: populistycznej) formie, informacja o śladzie wodnym jest niepełna. Jak piszą autorzy artykułu, „sam ślad wodny wskazuje tylko na to, jaka objętość wody została zużyta do wyprodukowania towaru, a nie na to, jaki jest wpływ zużycia wody na lokalne środowisko, koszty alternatywne zużycia tej wody, ani też poziom niedoborów wody w rejonie produkcji. Informowanie konsumentów o środowiskowym wpływie konsumowanych przez nich produktów może być pożyteczne, ale nie jest jasne, jak praktyka liczenia śladu wodnego może osiągnąć ten cel, ponieważ obecnie dostarczana konsumentom informacja jest zbyt zagregowana i ograniczona. Może to nawet wprowadzać w błąd, kiedy ze względu na chęć osiągnięcia większej przejrzystości, konsumentom [na infografikach] są podawane tylko ślady wodne pięciu produktów, bez wyjaśnienia, co oznaczają wykresy i skąd pochodzą dane. (…) To oczywiste, że na razie (…) naukowość tych danych traci na rzecz ich czytelności”.

Przykładem niedostatecznego kontekstu dla publikowanych danych może być choćby podawanie przez media czytelnikom śladu wodnego jednej nacji (na przykład Polaków) bez porównania ich do mieszkańców innych krajów. Dziennikarze osiągają wtedy efekt szoku (Polacy mają szokująco wysoki ślad wodny, ponieważ dane takie jak „4 tys. litrów wody dziennie” zawsze będą wyglądać szokująco), zwłaszcza jeżeli połączy się to z prezentacją narodowego stereotypu (na przykład: Polak lubiący tłuste mięso) – a obok zamieści się ślad wodny, jaki zostawia produkcja wieprzowiny lub wołowiny. Sądzę, że proponowane przez naukowców niuansujące rozbudowanie danych o śladzie wodnym, a nawet już samo porównywanie zagregowanych śladów różnych produktów, może być dobrym sposobem na zwiększanie świadomości konsumenckiej i poziomu wiedzy ekologicznej. Do tego jednak potrzeba woli reprezentantów medialnego i ekologicznego mainstreamu, aby przestali oni przedstawiać dane o śladzie wodnym w duchu „walki o wszystko albo nic” – jako domniemany „szokujący dowód naszej grzeszności” – i zamiast tego poszukali bardziej spokojnej, merytorycznej i… pro-ludzkiej narracji.

 

Dla ujednolicenia danych wszystkie cytowane informacje o objętościach wody zamieniałam na litry.

 

Wykorzystane źródła:

https://www.soas.ac.uk/water/publications/papers/file38347.pdf

https://www.researchgate.net/publication/260724110_Review_article_Quantifying_the_human_impact_on_water_resources_A_critical_review_of_the_water_footprint_concept

https://www.waterfootprint.org/media/downloads/Report18.pdf

https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0921818113002075

https://saiplatform.org/uploads/Library/WG%20Fruit%20-%20ART%20Final%20Report.pdf

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/B9780128164495000072

https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0959652618319255

https://www.environmentandsociety.org/arcadia/john-anthony-allans-virtual-water-natural-resources-management-wake-neoliberalism

https://blog.manifestklimatyczny.pl/2021/09/01/slad-wodny-czyli-o-tym-ile-w-rzeczywistosci-zuzywamy-wody/

https://noizz.pl/ekologia/15-tys-litrow-wody-na-1-kg-wolowiny-slad-wodny-codziennych-zakupow-szokuje/g4g2r1q

https://www.freshplaza.com/article/9431193/the-water-footprint-of-spain-s-grapefruit-production-has-decreased-by-36-9-over-the-last-30-years/

Inne wpisy tego autora

Wolnościowe prace domowe

Zniesienie obowiązkowych i ocenianych prac domowych w szkołach podstawowych było jedną z pierwszych decyzji oświatowych nowego rządu. Zmiana ma wejść w życie od kwietnia. Jednocześnie

Czy czeka nas wzrost kompetencji UE?

Według autorów przyjętego 22 listopada przez Parlament Europejski projektu zmian w traktatach UE, potrzeba reformy Unii bierze się z kilku przyczyn. Po pierwsze, unijne traktaty