Sankcje działają. Rosja na skraju katastrofy gospodarczej, cz. I

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Lada dzień minie pół roku od ataku Rosji na Ukrainę i należy zadać sobie pytanie – czy sankcje nakładane na Rosję przez cały zachodni świat, działają?

W kwietniu w tekście „Prywatne sankcje gospodarcze” pisaliśmy, że wedle niektórych prognoz pod wpływem nałożonych przez Zachód sankcji rosyjska gospodarka może cofnąć się do poziomu z 1995 roku. Będzie więc mniejsza niż polska. Przedstawialiśmy wtedy przewidywania, wskazywaliśmy na symptomy. Dziś można mówić o faktach. W liczącym blisko 120 stron raporcie „Sankcje i Ucieczka Biznesu Rujnują Rosyjską Gospodarkę” naukowcy z Uniwersytetu Yale wykazują, że sankcje działają i jeśli zostaną utrzymane, to zbrodniczy reżim nie uniknie gospodarczej katastrofy.

Poparte liczbami i danymi tezy raportu idą całkowicie w poprzek coraz częstszym opowieściom, o tym, że Rosja jest odporna na sankcje, że przynoszą one więcej szkody Zachodowi niż pożytku i że to on jest ich główną ofiarą. Naukowcy Yale zdecydowanie odrzucają taki pogląd i traktują go jako efekt rosyjskiej propagandy (ze swej strony możemy dopisać propagandę Niemiec, które chcą jak najszybszego powrotu do robienia interesików ze zbrodniczym reżimem Putina) oraz płytkości, pobieżności dotychczasowych analiz. Jako przykład wskazują m.in. na projekcje agencji Bloomberg, która przewidywała, że dochody Rosji z eksportu ropy i gazu wyniosą w 2022 roku 285 miliardów dolarów i będą o 1/5 wyższe niż w 2021 r. Prognoza ta została powszechnie na świecie przyjęta, choć była oparta o dane rosyjskiego Ministerstwa Gospodarki z marca, kiedy dochody z powodu gwałtownej zwyżki cen wystrzeliły w górę, a żadne sankcje jeszcze nie działały. Dochody z ropy i gazu sięgały nawet 1 miliarda dolarów dziennie. Tymczasem już w maju wedle rosyjskich danych dochody z eksportu tych paliw spadły o połowę, a teraz Kreml nie podaje już żadnych statystyk na ten temat.

 

Ocena przez Yale sankcji nakładanych na Rosję

Yale uznaje informacje, dane, raporty publikowane od napaści na Ukrainę przez resorty, gospodarki, energii, finansów, Bank Rosji i federalny urząd statystyczny Rosstat za tendencyjne i całkowicie niewiarygodne. Niektóre dane jak choćby o strukturze rezerw międzynarodowych są już utajnione. Nie wiadomo, jakie są wielkości poszczególnych aktów. Agencja Rosaviacja zaprzestała publikacji danych o pasażerskim i towarowym ruchu lotniczym. Takie klauzule tajemnicy nakładane są powszechnie na całe branże. Jak piszą autorzy, sami więc przeanalizowali tysiące niezależnych raportów dotyczących poszczególnych państw, ale też firm, dane dotyczące branż np. transportu morskiego, lotniczego, przepływy kapitału etc., a nawet z rynku nieruchomości w Dubaju i doszli do wniosku, że gospodarka rosyjska wbrew propagandowym zapewnieniom Putina leci w przepaść. Główne wnioski są takie:

  • Rosja bezpowrotnie straciła swoją pozycję silniejszego na rynku strategicznych surowców, a zwrot w kierunku Azji jest niewykonalny.
  • Mimo wielu nieszczelności w sankcjach, import kluczowych komponentów z Zachodu dosłownie runął i zatrzymał produkcję w samej Rosji.
  • Rosja nie jest w stanie zastąpić importu kluczowych komponentów produkcją własną. Na miejsce biznesów, które się z Rosji wycofały, nie narodzą się własne – rosyjskie. Nie ma żadnych kadr gotowych zastąpić setki tysięcy najbardziej utalentowanych pracowników i przedsiębiorców, którzy od początku wojny opuścili Rosję.
  • Wycofanie się ponad 1000 największych firm świata z Rosji oznacza dla niej potencjalną utratę nawet 40 procent PKB, zaś poziom inwestycji zagranicznych cofnął się do tego sprzed 30 lat.
  • Dramatyczne, histeryczne interwencje Kremla w polityce monetarnej i podatkowej, na rynkach kapitałowych dadzą chwilowe złudzenie siły, podtrzymają sztucznie kurs rubla, ale wyczerpują rezerwy walutowe i pogłębiają problemy. Rosyjskie firmy są całkowicie odcięte od zagranicznego kapitału, a moskiewska giełda jest w stanie agonalnym. Nikt nie kupi rosyjskich akcji, obligacji, nikt ich też Rosjanom nie sprzeda.
  • Jeśli sankcje będą utrzymywane dla Rosji, nie ma żadnego sposobu uniknięcia upadku w gospodarczą otchłań.

Autorzy z Yale University poświęcają temu rynkowi ropy i gazu bardzo dużo miejsca, bo to on decydował do tej pory o sile gospodarczej Rosji i pozwolił zbudować ogromne rezerwy i złudną jak się okazuje potęgę militarną. W pierwszym rzędzie wskazują, że Rosja o wiele bardziej zależy od eksportu własnych surowców, niż świat od ich importu. I tak w całym światowym eksporcie ropy i gazu zaledwie 10 procent pochodzi z Rosji. Tymczasem zapewnia on ponad 60 procent budżetu państwa, bo do wpływów bezpośrednich, trzeba doliczyć choćby pośrednie jak podatki od pracowników branży, czy firm w różny sposób obsługujących wydobycie i eksport. Dochody z rynku wewnętrznego są całkowicie pomijalne, bo gaz  i paliwa są subsydiowane. Rosja eksportuje zaledwie 1/3 gazu, który wydobywa, reszta jest zużywana na potrzeby wewnętrzne. 83 procent eksportowanego gazu trafia do Europy. Ale to z kolei tylko 46 procent tego, co Europa sprowadza, bo znaczna większość, w tym LNG, pochodzi z Algierii, Norwegii, Kataru, Stanów Zjednoczonych. Mimo takich proporcji np. Niemcy, a na ich rozkaz także Bruksela, które od lat realizują katastrofalną politykę klimatyczną Energewiende, uzależniły się od rosyjskiego gazu jako paliwa przejściowego na drodze do tzw. odnawialnych źródeł energii. Rosyjski gaz dostarcza 15 procent energii elektrycznej w Niemczech, ale ogrzewa połowę – z 41 milionów gospodarstw. 1/5 „niemieckich” magazynów gazu należy do Gazpromu. Niemcy konsekwentnie umożliwiały Rosji używanie gazu i ropy jako narzędzia politycznego, choć po ukraińskim kryzysie energetycznym w 2008 roku wiadomo było, że dla Kremla jest to broń. Na marginesie warto zauważyć, że Niemcy doskonale znali też doktrynę Falina-Kwicińskiego z 1990 roku, by czołgi i armię na terenie dawnego Układu Warszawskiego zastąpić rosyjskimi rurociągami i szantażować kraje dawnego bloku odcięciem gazu i ropy. Teraz już zapomina się, że dzisiejsze Niemcy, to także dawny komunistyczny reżim NRD.

Eksperci z Yale wskazują na to, że wiele krajów nie było tak ślepych, jak Niemcy i nie wierzyło, że rosyjski gaz oznacza stabilizację energetyczną i ekonomiczną, a teraz Rosja przez swój szantaż paliwowy jest dużo bardziej narażona w długich terminach na ogromne straty, podczas gdy dla większości państw europejskich obecna sytuacja jest chwilową niedogodnością. To bardziej gra psychologiczna niż ekonomiczna. Tak czy owak, gaz i ropa jako broń nie będą skuteczne w przyszłości. Europa szuka bowiem nowych źródeł i nie będzie polegać na sprzedawcy, który całkowicie utracił wiarygodność. Tak nie zachowywał się nawet Związek Radziecki. Nawet w czasie największych kryzysów Zimnej Wony panowało powszechne przekonanie, że „co się stanie, to się stanie, ale rosyjski gaz będzie płynął”. I tak było, ale już nie jest.

 

Komu Rosja sprzeda swój gaz i ropę?

Komu więc Rosja sprzeda swój gaz i ropę, jak Europa będzie chciała go coraz mniej albo wcale? Jeśli Europie ciężko zastąpić gaz jako źródło energii, to dla Rosji niemożliwym jest zastąpienie go innym towarem eksportowym. Nie wyśle go w postaci skroplonej LNG w świat, bo nie potrafi tego zrobić, a poddana sankcjom nie nauczy się tego. We wrześniu 2021 rosyjskie Ministerstwo Energii przewidywało, że w 2024 roku Rosja będzie eksportować 51 milionów ton LNG. Tymczasem nowe szacunki wskazują, że być może w 2026 roku uda się sprzedać 30 milionów ton. Europa zaś już teraz importuje więcej LNG niż rurami gazu rosyjskiego.

Naukowcy z Yale wskazują, że w przewidywalnym czasie nie nastąpi tak bardzo reklamowany przez Putina „Zwrot na Wschód”. Chiny importują rocznie z Rosji 16,5 miliarda metrów sześciennych gazu. To mniej niż 10 procent ze 170 miliardów tłoczonych dotychczas do Europy. Już w 2014 roku Rosja po nałożonych stosunkowo niewielkich sankcjach za okupację Krymu liczyła na to, że Chiny zwietrzą okazję i okażą się aktywniejszym partnerem gospodarczym. Nic jednak takiego się nie stało. Rosja jest dla Chin marginalnym partnerem handlowym, głównym są Stany Zjednoczone, więc Pekin nie chce narażać relacji z nimi dla tak nieznaczącej gospodarczo Moskwy. (Więcej o asymetrii gospodarczej Chin i Rosji w II odcinku). Jedyny, oddany w 2014 roku gazociąg łączący Rosję z Chinami – liczący 1900 km odcinek „Siła Syberii” został w całości, kosztem 45 miliardów dolarów sfinansowany przez Chiny, a zbudowany przez firmy zachodnie. Za kolejny, zgodnie ze zobowiązaniami zapłacić miałaby Rosja, ale już nie ma z czego. Gazpromu na to już nie stać – w tym roku po raz pierwszy od 24 lat nie wypłaci dywidendy.

Budowa gazociągu Siła Syberii. Fot. Gazprom

Kolejny gazociąg z Rosji nie rozwiązuje też braku infrastruktury po chińskiej stronie. Gaz, który trafia do Europy, może być użyty od razu, rozprowadzony po całym kontynencie, a nawet na Bliski Wschód. W Chinach trafia do „ślepej rury” z dala od największych aglomeracji. Nie da się go też tłoczyć dalej w Azji – np. do Indii. Same Chiny biorące pod uwagę stopień komplikacji budowy, brak własnych kompetencji w tej dziedzinie nie chciały wesprzeć Rosjan pożyczką na tak ryzykowny biznes. Chiny mogą sprowadzać LNG z całego świata, a moce rosyjskie to ledwie odpowiednik 25 miliardów metrów sześciennych gazu naturalnego z instalacji Jamał i Wysock. Nie ma więc możliwości, by importujące z Rosji 16,5 miliarda merów sześciennych gazu Chiny, nagle odebrały ilości do tej pory kupowane przez Europę – 170 miliardów.

Do budowy rurociągu łączącego Państwo Środka i złoża we Wschodniej Syberii trzeba nająć firmy zachodnie, bo Chiny i Rosja samodzielnie nie potrafią tego zrobić. Dobrze to ilustruje historia budowy Nord Stream 2. Projekt był początkowo rozważany jako joint venture of Gazpromu i pięciu europejskich firm: Shella, E.ON, OMV, Wintershalla i ENGIE. Potem dołączały kolejne, ale wycofanie się holendersko-szwajcarskiej firmy Allseas całkowicie zatrzymało na jakiś czas budowę. Rosja potrzebowała roku, by zaadaptować dwa statki – Akademik Czerski i Fortuna do kładzenia rur na dnie morza. Tak więc ewentualny chińsko-rosyjski projekt gazowy zależy od Zachodu. Koło się zamyka. Infrastruktura w najbliższym czasie nie powstanie, a Rosja potrzebuje pieniędzy teraz, bo teraz toczy najeźdźczą wojnę.

Oprócz braku infrastruktury kolejnym problemem jest wyczerpywanie się obecnie wykorzystywanych pokładów. Odkrywane są wciąż nowe złoża, ale Rosja nie potrafi ich eksploatować. Do podboju Arktyki, nowej surowcowej ziemi obiecanej Rosja potrzebuje zachodniego sprzętu najnowszej generacji. Jednak póki są nałożone sankcje, kupić go nie może. Do pracy w ekstremalnych warunkach pogodowych potrzeba też wyjątkowo wykwalifikowanych i zdeterminowanych pracowników, których w Rosji brakuje.

Relacje handlowe z Rosją jak gra w rosyjską ruletkę

Okazuje się, że wykorzystywanie gazu i ropy jako broni nie tylko ograniczyło ich eksport do głównego odbiorcy – Europy, ale tez pozbawiło przewagi nad innym partnerami handlowymi np. ze Środkowej Azji. Charakterystyczna jest postawa Kazachstanu, której symbolami może być przyjęcie w 2021 roku alfabetu łacińskiego, czy odwołanie parady w Dzień Zwycięstwa. Rosja chcąc pokazać prezydentowi Kasamowi Tokajewowi miejsce w szeregu, czasowo zamknęła kazachsko-rosyjski rurociąg kaspijski. W odpowiedzi prezydent oświadczył, że Kazachstan wykorzysta swój potencjał surowcowy do stabilizacji rynku energetycznego. Podobnego zwrotu dokonuje Uzbekistan, który otwiera się na Chiny i zachodnie inwestycje. Wg ekspertów Yale University Rosja całkowicie utraciła wiarygodność jako stabilny partner handlowy, wywiązujący się z umów dostawca surowców. – Wchodzenie w relacje handlowe z Rosją nie różni się od grania w rosyjską ruletkę – piszą amerykańscy badacze. Szantaż surowcowy nie dotyczy tylko tych, którzy teraz zależą od rosyjskich dostaw, ale wszystkich, którzy w przyszłości chcieliby zawrzeć z Rosją jakiekolwiek umowy, bo nikt nie ma gwarancji, że Rosja nie użyję paliw jako broni nawet wobec dziś sprzyjających jej państw. Rosji będzie więc niezwykle trudno znaleźć nowych odbiorców eksportowanych przez nią surowców, nie mówiąc już o całkowitym zastąpieniu dotychczasowych. Naukowcy Yale przewidują więc dramatyczny spadek eksportu rosyjskiego gazu, a co za tym idzie przychodów z tego źródła. Beneficjentem zniszczenia przez Rosję rynku gazu naturalnego będzie sektor LNG z Kataru, Nigerii, Australii i Stanów Zjednoczonych.

Niemal wszystkie problemy odnoszące się do eksportu gazu, dotyczą też do ropy, tyle że w jeszcze większej skali, bo przychody ze sprzedaży ropy są trzy razy wyższe niż z gazu i składają się na aż 45 procent budżetu Rosji. Razem z tymi z gazu to 60 procent. Planowane na 2022 rok dochody budżetowe wynoszą 25 bilionów rubli, czyli po sztucznie utrzymywanym kursie rosyjskiej waluty – ok. 400 miliardów dolarów. I znów Moskwa bardziej zależy od eksportu tego surowca niż świat od jego kupna. Rosja jest trzecim największym na świecie producentem ropy. W styczniu 2022 roku wydobycie wynosiło 11,3 miliona baryłek dziennie. Maksymalne możliwości Arabii Saudyjskiej to 12 milionów baryłek, a Stanów Zjednoczonych – 17,6. Rosja może eksportować około 7,8 miliona baryłek dziennie – to 10 procent handlu na rynkach światowych. Kierunki eksportu są zbliżone jak w przypadku gazu – 50–60 procent trafia do Europy, 20 procent do Chin.

Zdolności Rosji do wydobywania ropy naftowej wciąż się jednak zmniejszają. W znacznej mierze to efekt sankcji nałożonych po inwazji na Krym. Yale wskazuje na brak dostępu do kapitału, nowoczesnych technologii (Rosja nie ma technologii do szczelinowania hydraulicznego) rosnące wyzwania przy eksploatacji nowych pól – zwłaszcza w Arktyce. To wszystko sprawia, że wedle ostrożnych szacunków przemysł wydobycia ropy w Rosji będzie kurczył się w tempie ok. 4 procent rocznie. To oznacza, że pod koniec dekady Rosja będzie w stanie produkować około 6 milionów baryłek dziennie, a nie 11 jak obecnie. W przypadku Rosji oznacza to nie tylko ogromny spadek przychodów do budżetu, ale też znaczenia geopolitycznego i utratę przewagi nad odbiorcami surowców. Rosyjskie Ministerstwo Finansów przewiduje, że już w 2022 roku produkcja ropy może spaść od 9 do 17 procent.  Według amerykańskich ekspertów, Rosja coraz mniejsze ilości wydobywanej ropy – Ural, będzie zmuszona sprzedawać po coraz niższej cenie. Efekt będzie się więc kumulował. Już dziś rosyjska ropa Ural w porównaniu z Brent  sprzedawana jest ze „zniżką” ok. 35 dolarów na baryłce. Przed inwazją na Ukrainę różnice sięgały 4 dolarów. Rosja zmuszona jest sprzedawać swą ropę na różnych kierunkach po okazyjnych cenach, a próby ominięcia sankcji przez zachodnich odbiorców kończą się skandalami i problemami. Tak było choćby w przypadku koncernu Shell, który jeszcze w marcu zwietrzył okazję i kupił 100 tys. ton rosyjskiej ropy Ural, płacąc za baryłkę 28,5 dolara mniej, niż wynosiły ceny referencyjne. Firma pod wpływem presji politycznej i opinii publicznej musiała się ukorzyć i cały nadzwyczajny zysk przekazała na pomoc humanitarną dla Ukrainy.

 

Czy sankcje działają?

Zmiana kierunków handlu ropą jest znacznie łatwiejsza niż w przypadku gazu. Zwrot na wschód jest więc o wiele bardziej możliwy i widać to choćby po zwiększonej ilości rosyjskiej ropy kupowanej przez Chiny i Indie. W przypadku Państwa Środka nie można mówić jednak o jakimś wielkim efekcie, bo do tej pory trafiało do niego 20 procent eksportowanej przez Rosję ropy. Wzrost sprzedaży nawet o 100 procent nie zastąpi rynku utraconego na Zachodzie, zwłaszcza że handel odbywa się z sięgającym 35 dolarów rabatem. Eksperci z Yale twierdzą, że Chiny i Indie nie są w stanie odbierać 6 milionów baryłek rosyjskiej ropy dziennie, nie zastąpią więc utraconego przez Rosję rynku zachodniego. Raporty wskazują, że Chiny i Indie już mają kłopoty z absorpcją dodatkowej rosyjskiej ropy, a co dopiero mówić o kolejnych ilościach porównywalnych z tymi, które odbierał Zachód. Z pozoru chińskie i indyjskie zakupy gazu, ropy i węgla wyglądają imponująco. Chiński import tych surowców podwoił się w lutym marcu i kwietniu, a indyjski wzrósł aż pięciokrotnie. Ale w liczbach bezwzględnych to nadal niezbyt imponujące ilości. Indie w ciągu 3 miesięcy wydały na rosyjską ropę, gaz i węgiel ledwie 5,1 miliarda dolarów. Wystarczy porównać to z przychodem 1 miliarda dolarów dziennie, jaki Rosja miała na początku wojny ze sprzedaży gazu i ropy.

Amerykanie i kraje Grupy G7 mają pracować nad mechanizmami, które jeszcze bardziej obniżą na rynkach światowych cenę rosyjskiej ropy i ograniczą ja do 40–60 dolarów za baryłkę. Łatwo się domyślić, że sprzyjają temu nowi potencjalni odbiorcy paliwa – Chiny i Indie. Rosja z państwa szantażującego dostawami ropą staje się państwem szantażowanym cenami ropy. Indie i Chiny bez skrupułów wykorzystają słabą pozycję rosyjskiego sprzedawcy, podobnie jak demonstrowały to w przypadku Iranu, czy Wenezueli.

Podobna, sytuacja dotyczy wielu innych surowców, których Rosja jest potężnym dostawcą. I tak Boeing praktycznie cały potrzebny tytan kupował od Rosji. W ciągu 3 miesięcy zdołała zastąpić go dostawami z innych krajów. Rosję czekają więc ogromne problemy z zapewnieniem sobie dochodów budżetowych. Wedle oficjalnych kremlowskich danych przychody ze sprzedaży ropy i gazu w maju w porównaniu z kwietniem spadły o połowę. A to dopiero początek kłopotów. Bogactwo surowcowe sprawiło, że Rosja pogrążyła się na stałe w tzw. chorobie holenderskiej zwanej też klątwą surowcową. W największym skrócie to zjawisko polega na tym, że bogactwo jakichś dóbr surowcowych dających szybkie nadzwyczajne dochody wysysa zasoby z innych gałęzi gospodarki i niszczy ich konkurencyjność. Rosja teraz w warunkach wywołanej przez siebie wojny płaci ogromną cenę za to, że stawiając wszystko na jedną kartę – eksport surowców – zaniedbała wszystkie inne gałęzie gospodarki. O dramatycznych skutkach tego zaniedbania w kolejnym odcinku.

Inne wpisy tego autora

Czy Republikanie nie chcą pomagać Ukrainie?

Jeszcze pod koniec stycznia, miesiąc przed napaścią Rosji na Ukrainę, na konferencji prasowej prezydent Joe Biden mówił, iż „mały najazd” spowoduje dla kremlowskiego reżimu „małe

Prywatne sankcje gospodarcze

Do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze, pieniądze. Niektórzy przypisują te słowa Napoleonowi Bonaparte, a inni twierdzą, że tylko powtórzył je za kondotierem