Zachód jednak zjednoczony

Doceniasz tę treść?

W komentarzach dotyczących militarnej presji na Ukrainę padło wiele głosów o braku jedności zachodu, słabości NATO i Unii Europejskiej wobec rosyjskiej agresji. Gdyby jednak rzeczywiście tak było, Kreml nie miałby politycznych oporów przed atakiem i zainstalowaniem prorosyjskiego rządu w Kijowie. Nie robi tego, ponieważ chłodno kalkuluje potencjalne zyski i straty. Z owego rachunku wynika zaś, że rozpad zachodu jest wprawdzie stanem przez Moskwę pożądanym, ale nie dokonanym.

Obserwując międzynarodowe reakcje na rosyjskie groźby wobec Ukrainy i żądania wobec USA oraz NATO, można by wręcz postawić tezę, iż zachód jest zadziwiająco zjednoczony, biorąc pod uwagę elementarne niekiedy rozbieżności interesów tworzących go państw.

W polityce międzynarodowej – tak zresztą, jak w życiu w ogóle – należy unikać idealizowania. Jest nim bez wątpienia oczekiwanie, że zachód będzie zwarty wobec Rosji tak, jak był wobec Związku Sowieckiego podczas zimnej wojny. Różnica między Kremlem owego czasu a Kremlem dzisiaj bowiem jest fundamentalna. Związek Sowieckie był zagrożeniem egzystencjalnym dla wszystkich państw zachodu. Pokazują to układane w Moskwie plany wojny na kontynencie europejskim, znane wówczas wywiadom, choćby dzięki pułkownikowi Kuklińskiemu. Na stosownych, ściśle tajnych  mapach – jedna z nich była trzymana w Polsce i została po upadku komunizmu upubliczniona – widać dziesiątki celów sowieckich uderzeń nuklearnych, a strzałki wielkiej ofensywy pancernej tną Europę i docierają aż do Pirenejów.

Dzisiejsza Rosja nie ma ani takich planów, ani ambicji, czy wreszcie możliwości. Trudno, aby te fakty nie zostały dostrzeżone w stolicach państw zachodnich, szczególnie tych położonych dalej od rosyjskich granic. Dla nich Moskwa nie jest fundamentalnym zagrożeniem albo wręcz w ogóle jakimkolwiek zagrożeniem. Nie mają zatem żywotnego interesu, by utrzymywać spójność zachodu wobec polityki Kremla. Najzwyczajniej w świecie ta polityka ich nie dotyczy tak, jak dotyczy Polski i innych państw wschodniej flanki NATO.

Niektóre z nich chcą z Rosją handlować pomimo łamania przez nią praw człowieka czy zasad wspólnoty międzynarodowej.  Chiny także to czynią i wszyscy z nimi handlują na potęgę, w tym Stany Zjednoczone i… Polska. Nasz argument, iż z państwami rozbójnikami nie robi się interesów, słabo wybrzmiewa, bo sami tak czynimy, choć na małą wciąż skalę. Obozy koncentracyjne dla Ujgurów nie przeszkadzają nam w rozbudowywaniu suchego portu kolejowego w Małaszewiczach, przez który idzie gros handlu lądowego Chin z Europą.

Marna jest też waga argumentu o spójności NATO. Ukraina nie została jego członkiem i Pakt nie ma wobec niej żadnych zobowiązań. Nawet Stany Zjednoczone ich nie posiadają. Gwarancje USA dla integralności terytorialnej Ukrainy zawarte w tzw. memorandum budapesztańskim, ogłoszone w zamian za zrezygnowanie przez Kijów z broni nuklearnej odziedziczonej po ZSRS nie są prawnie wiążące, nie mają charakteru traktatu. Skoro tak, dlaczego Francja, Portugalia, czy nawet Niemcy miałyby czuć się do czegokolwiek zobowiązane?

Polska i inne państwa wschodniej flanki wspomagają Ukrainę, ponieważ leży to w naszym interesie bezpieczeństwa, Stany Zjednoczone chcą powstrzymywać rozrost rosyjskiej strefy wpływów w Europie, zatem Ukraina to ich interes strategiczny. Ale Niemcy czy Francja – jaki mają powód do utrzymywania solidarności zachodu w sprawie ukraińskiej, skoro nie są do tego niczym zobowiązane?

Co innego, gdyby Rosja groziła członkowi NATO, na przykład Estonii inkorporacją Narwi. Wtedy NATO byłoby zobowiązane traktatowo do obrony tego kraju i żadne interesy gospodarcze czy politycznie by tego zobowiązania nie niwelowały. Moskwa jednak nie grozi członkowi NATO.

Oceniając spójność zachodu, należy brać wymienione powyżej czynniki pod uwagę. Co zatem powoduje, że jednak ów zachód zgodnym głosem grozi Rosji sankcjami, wzmocnieniem wschodniej flanki NATO i  dozbrojeniem Ukrainy? Wszystkie te państwa są zainteresowane utrzymaniem obecnego układu międzynarodowego oraz zasady nienaruszalności granic. Jeśli Moskwa będzie mogła bezkarnie je targać, za jej wzorem mogą pójść inni, a wtedy może się okazać, iż żywotne interesy na przykład Francji też są zagrożone.

Mamy wiec silną podstawę do relatywnej jedności i zachód ją okazuje. Nie ma sporu czy wprowadzać sankcje, jest spór jakie sankcje. Nie ma sporu co do oceny postawy Rosji, jest spór o skalę reakcji na nią. Nie ma sporu o to, czy dozbrajać Ukrainę, Niemcy są wprawdzie temu przeciwni, ale nie czynią nic, aby powstrzymać transfery broni z USA, Wielkiej Brytanii, Turcji, państw bałtyckich, czy wreszcie Polski i Czech.

Biorąc pod uwagę okoliczności i rozbieżności interesów poszczególnych państw zachodu, trzeba raczej docenić jedność, która jest, niż pomstować, iż nie ma jedności wyimaginowanej, która w obecnych warunkach nie ma szans na zaistnienie.

Sama Moskwa nie jest bynajmniej przekonana, że agresja uszłaby jej na sucho i zjednoczony zachód jej srogo nie ukarze. A to najlepszy dowód podważający popularną tezę, iż zachód nie jest zjednoczony wobec Rosji. Jest, na tyle, na ile może. I  w tym ciągle nadzieja, że jednak Rosja nie odważy się na pełną inwazję.

Tekst oddaje prywatne poglądy autora

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: PO-PiS działa

Kreatywna księgowość budżetowa kwitnie. Jak kiedyś w amerykańskim Enronie. Z tym że dyrektorzy Enronu – Kenneth Lay i Jeffrey Skilling – zostali skazani za nadużycia