Ukraina–Wielka Brytania–Polska, czyli nie taki sojusz straszny, jak go malują

Doceniasz tę treść?

Po ogłoszeniu planów stworzenia nowego formatu, zacieśniającego relacje między Polską, Ukrainą i Wielką Brytanią pojawił się szereg zróżnicowanych komentarzy. Te najbardziej pozytywne charakteryzowała przede wszystkim wizja wielkiej sprawczości sojuszu, a nawet swoista euforia, która bazowała na przekonaniu, że w obliczu działań Rosji jesteśmy w stanie stworzyć w naszym regionie nową jakość w relacjach międzynarodowych. Czy słusznie? Oprócz pozytywnych głosów pojawiały się też mocno krytyczne opinie, w których można wyróżnić trzy osie podważania sensowności tych działań polityczno-dyplomatycznych. Pierwsza z nich, chyba najbardziej emocjonalna, odnosiła się do argumentacji historycznej. Przywoływała bowiem trudne relacje polsko-brytyjskie oraz oczywiście polsko-ukraińskie z okresu II wojny światowej i tuż po niej. I trzeba przyznać, że wśród osób rozkochanych w historii zmagań wojennych w XX w., tego rodzaju spory zadomowiły się szczególnie w przestrzeni mediów społecznościowych. Jednakże istniała również druga oś krytyki, skupiająca się na pragmatycznych i realistycznych podejściach, gdzie podstawowym pytaniem było: „dlaczego mieszamy się w sprawę rosyjskiego zagrożenia wobec Ukrainy i dlaczego robimy to z państwem, które jest tak odległe od nas geograficznie?”. Mówiąc wprost, ludzie chcą wiedzieć, co nam ten sojusz da i jak wpłynie na naszą pozycję w tym rejonie świata. Trzecią osią była krytyka odwołująca się do możliwych reperkusji w zakresie funkcjonowania NATO czy UE. W tym przypadku, można było usłyszeć nawet głosy o rozbijaniu spójności przestrzeni transatlantyckiej i jej działań w dobie sytuacji kryzysowej. Jedno stanowisko było jednak niejako wspólne dla większości, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych komentarzy. Były nim emocje (które skorelowały się z poniesionym poziomem napięcia) wynikające z kolejnych działań Rosji.

Warto więc spojrzeć z dystansu zarówno na narracje optymistyczne, jak i wszelkie krytyczne głosy. Zaczynając od tych pierwszych, trzeba zauważyć, że ważne jest wyrażenie przez Londyn woli uczestnictwa w zabezpieczeniach flanki wschodniej. Ileż było głosów, że Wielka Brytania po brexicie wycofa się z naszego regionu, idąc ku światowym arenom zmagań. A jednak Brytyjczycy są nadal obecni na flance wschodniej i – co warto przypomnieć – ich żołnierze nadal stacjonują w Polsce, a samoloty są obecne w rotacjach Air Policing Baltic, czyli w misji natowskiej państw nadbałtyckich. Co więcej, to Brytyjczycy mocno zaangażowali się w pomoc Ukrainie i to na skalę, która zaskoczyła niejednego. Nie mówiąc już o tym, że sam „most powietrzny”, bez przestrzeni powietrznej nad Niemcami, stał się tematem wielu dyskusji (ale ten temat zostawmy może na inny artykuł). Dla Polski zaangażowanie Brytyjczyków to sygnał świadczący o ich motywacji, widzianej także przez pryzmat współpracy z państwem spoza NATO, czyli Ukrainą. Natomiast dla zagrożonej agresją Rosji to również pozytywny i wzmacniający sygnał polityczny, że zarówno po stronie Polski, jak i Wielkiej Brytanii Ukraina ma ważnych partnerów. Trzeba pamiętać, że takie sygnały to nie tylko element ważny dla nas samych, ale przede wszystkim dla Rosjan (szczególnie w ocenie różnych scenariuszy działania). Jednak teraz musimy dodać łyżkę dziegciu do tego słodkiego obrazu. Takie formaty nie są, co trzeba powiedzieć wprost, niczym rewolucyjnym ani tym bardziej nie należy ich mylić ze strategicznymi fundamentami naszej pozycji w przestrzeni bezpieczeństwa, czyli NATO i UE. To drobne elementy wspomagające, potencjalnie bardzo efektywnie, relacje między państwami. Również, jeśli chodzi o sferę bezpieczeństwa i obrony. Stąd też należy docenić wymiar deklaracji względem takiego formatu ze strony trzech państw, ale zachować trzeba trzeźwy osąd, szczególnie w tych wszystkich „geopolitycznych układankach”. Tutaj należy wspomnieć też o tym, że taki sojusz mógłby być bardzo przydatny np. w sferze wspierania Ukrainy, która pozostaje przecież poza strukturami NATO. (Pamiętamy, jak wyglądało kupowanie systemów przeciwdronowych czy też karabinów przeciwsprzętowych z wykorzystaniem procedur  natowskich). Taki format może też być lepszym ujęciem środków wspierających procesy szkoleniowe naszego sąsiada, zagrożonego agresywnymi działaniami Rosji. Dla Polski zaś w dłuższym wymiarze czasowym to okazja, aby współpracować w zakresie wymiany doświadczeń zarówno z Brytyjczykami, jak i Ukraińcami, chociażby w sprawach dotyczących technologii, badań i rozwoju, nie mówiąc o wymianie informacji np. o sposobie działania strony rosyjskiej. Mamy więc narzędzie, ale od jego praktycznego użycia będzie zależało czy mamy do czynienia z formatem stricte dyplomatycznym o charakterze symbolu, a może z czymś więcej.

Chłodniejsze oko, w analizie formatu relacji na linii Londyn–Warszawa–Kijów, winno też charakteryzować największych krytyków. Mają oni rację, mówiąc, że nie ma w tym czegoś, co odwróci relacje europejskie i je zrewolucjonizuje, jednak zbyt często sięgają do analogii z tym, co działo się podczas II wojny światowej. Krytycy ci wspominają o zdradzie aliantów, braku ufności do sojuszy, a nawet poruszają wątek odległości, chociaż jednocześnie zauważają wspomniany most powietrzny, który zorganizowali Brytyjczycy, by pomóc Ukrainie. Jednak, przy całym szacunku do historii i jej nauki dla współczesnych, trzeba przyjąć, że dość kuriozalne jest postrzeganie Wielkiej Brytanii jako tego samego narodu, jakim był on w przededniu konfliktów światowych z XX w. To inna skala własnych zasobów, inne problemy i inne patrzenie np. na relacje w ramach NATO czy też z partnerami strategicznymi jak USA. Wszelkie generalizowanie, mówienie o „charakterze Brytyjczyków” może wręcz zaburzyć obraz współczesnej polityki tego państwa, a więc podmiotu wysoce doświadczonego przez Rosjan i mającego pewne rachunki o wyrównania z Moskwą, która przez ostatnie lata traktowała suwerenność brytyjską ze znaną pogardą.

Czym było bowiem użycie substancji radioaktywnej lub broni chemicznej? Nie mówiąc o innych „tajemniczych” zgonach z Kremlem w tle. Można się tylko domyślać, ile podobnych argumentów może wysunąć brytyjska GCHQ (Centrala Komunikacji Rządowej, czyli agencja dbająca o wywiad sygnałowy, ale też o cyberbezpieczeństwo), jeśli chodzi o agresywne działania Rosji w cyberprzestrzeni. Co więcej, Brytyjczycy od dłuższego czasu widzą również potrzebę zmiany myślenia strategicznego w bardziej konwencjonalnych aspektach własnej obronności, także pod wpływem strony rosyjskiej. Dziś Wielka Brytania nie jest oczywiście ostoją imperium, ale nie jest też państwem słabym, które szuka państw, które można wypchnąć na pierwszą linię zwarcia z Rosją. Londyn widzi potrzeby utrzymania flanki wschodniej NATO i swoje ograniczenia (w tym te post-brexitowe) związane z poszukiwaniem nowych sojuszy w relacji z innymi państwami. To cenne, jeśli weźmie się pod uwagę starania zarówno Polski, jak i Ukrainy względem zainteresowania sytuacją na flance wschodniej innych państw spoza regionu.

Dość sceptycznie należy podejść do krytyki bazującej na argumentacji w zakresie rozbijania NATO. Współcześnie trudno jest zarzucić zarówno Brytyjczykom, jak i Polakom, żeby dążyli do takiego działania, kiedy widzą możliwość stworzenia czegoś nowego na gruzach sprawdzonego systemu obrony kolektywnej. Jeszcze bardziej absurdalne jest postrzeganie takiej możliwości w działaniach Ukrainy. W zamian za to, format jest lub raczej może być ważnym elementem stojącym na drodze wzbogacenia starań NATO i poszczególnych państw członkowskich względem nienależącej do NATO Ukrainy. Takie poszukiwanie nowych dróg dotarcia do Kijowa to wzmocnienie pronatowskiego kursu Ukrainy. Co więcej, trudno jest znaleźć głosy, że coś jest robione w zakresie erozji Traktatu Północnoatlantyckiego. Powiedzmy wprost, nowy pogłębiony format relacji trzech państw to nie żaden „pakt”, ale jedynie możliwość działania, która charakteryzuje różne regiony świata. Tak, aby dać szansę na współpracę państw należących do NATO i państwa nienależącego do systemu obrony kolektywnej. Bez komentarza należy jednak zostawić te głosy, które mówią, że nie musimy patrzeć na problemy Ukrainy, bo nie przekładają się one na nasze położenie strategiczne.

Podsumowując, sojusz Polski, Ukrainy i Wielkiej Brytani nie jest ewolucyjny, jeśli chodzi o relacje regionalne i europejskie. Nie ma też tragedii, jeśli Warszawa wspólnie z Londynem planują rozbić NATO w godzinie próby lub strona brytyjska widząc widmo wojny, szuka państw mogących przyjąć w pierwszej kolejności cios na swoim terytorium. Jest za to pokaz tego, czym jest działanie dyplomatyczne, otwierające nowe możliwości. Właśnie słowo możliwości w definiowaniu nowego formatu jest kluczem, bowiem teraz od polityków w Londynie, Warszawie i Kijowie będzie zależało to, czy będą potrafili wyciągnąć dla swoich państw wymierne korzyści z tego współdziałania.

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: Liberalne wiatraki

Zadanie dla Wysokiego Sądu: ile wiatraków musi wybudować PGE? I jak bardzo podnieść ceny? Przed Sądem Okręgowym w Łodzi rozpoczął się proces z powództwa Fundacji Greenpeace Polska przeciwko PGE